Klikacz- ambasador głupoty

Jeśli w tym wpisie zobaczysz siebie, to jak rzekł mój idol, Robert Górski, w spektaklu Szwedzki stół: TAK WYSZŁO, NIE MOJA WINA. Uprzedzam, głaskania po głowie wnie będzie. Za to w skrócie przedstawię nową grupę internautów: Klikaczy. Różnych, różnistych. Zawsze wydawało mi się, że szczytem głupoty jest zamieszczanie słitaśnych zdjęć na fotka.pl.Znaczy w przypadku dziewczyn to obowiązkowo „wyzywająca” poza na tle okna- to wersja soft. Hardcore jest wtedy kiedy laska się pręży oparta o ścianę albo futrynę. W pakiecie obowiązkowo poza „na bociana„ czyli zgięta nóżka, wzrok zamglony… W chwili pstrykania puls musi napieprzać jej jak Justynie Kowalczyk w końcówce podbiegu na Tour de Ski. Przecież już za chwileczkę, już za momencik będzie mogła przeczytać same komplementy: pięknie wyglądasz, ale masz nogi itd… Ja sam pracuję w sprzedaży i wiem, że produkt czasem trzeba ładnie „zapakować”, jednak aż tak kłamać nie potrafię. Żeby daleko nie szukać to mamy: wielbicielkę futryn, oraz analizę składu chemicznego ściany przez dotyk. Są też opcje „erotische, ja… ja.. gut foten” prezentujące wyro i marszczoną pościel. Dla największych twardzieli przewidziano opcję regałową. Jeżeli nie masz odporności na ból na poziomie Rambo- NIE ZAGLĄDAJ!!! U facetów poza „bocian” też ma zastosowanie, ale chyba najpopularniejszym motywem jest fura. Różne ludzie mają potrzeby. Tak czy inaczej nadszedł czas, aby napisać: są rzeczy bardziej żenujące od żenująco-żenujących fotek na Fotce!!! Prawda boli ale to ludzie ludziom zgotowali ten los i nie ma co przed tym uciekać. Przy dużej dozie fantazji można powiedzieć, że znakomita większość „fotkowiczów” próbuje wykazać się inwencją. Byle jaką, ale zawsze. Doceńmy to w kontekście poniższego. O przypadku Fotki uczeni socjologowie pewnie niejedną pracę napiszą, a może to już się stało. Bo tam można się doszukać jakiejś prawidłowości. W przypadku pewnych zachowań „fejsbukowych” najtęższy umysł socjologiczny jest bezradny… W łeb biorą teorie o wykształceniu, wieku, miejscu zamieszkania, sytuacji materialnej. Mowa tu o KLIKACZACH. Klikacz to taka jednostka, która odrzuca wszystko co może mieć chociaż pośredni związek z analizą treści. Budzi się, funkcjonuje i udaje na odpoczynek z jedną myślą: klikać. Klika więc we wszystko co nie jest mu znane, bo a nuż widelec zobaczy coś. Z reguły widzi „coś”, tylko umyka mu jeden drobny szczegół, że gdyby pomyślał to nie robiłby z siebie idioty. Tu pojawiło się magiczne słowo „myśleć”. Z przykrością stwierdzam, że nawet wśród moich „fejsowych” znajomych jest grupa, która może stanowić wzorzec Klikacza. Zaobserwowałem dwie grupy Klikaczy: Pierwsza namiętnie ogląda filmiki, zdjęcia. Namnożyło się różnego rodzaju stron, które do wyświetlenia treści wymagają logowania przez FB. Kiedy Klikacz u swego równie mądrego kumpla widzi post na wallu z debilnym opisem, to co robi? KLIKA!!! Nie trzeba dogłębnej analizy, żeby ocenić jakie sekrety kryją się w cookies ich przeglądarek, bo przez...

Read More

UPC i (dez)infolinia

Przeniosłem usługi do UPC, bo mój dotychczasowy dostawca mnie denerwował (delikatnie rzecz ujmując). Była (i jeszcze jest) to mała firma rodzinna. Tylko, że kompletnie nie rozumiejąca, że ich klientem może być ktoś inny niż dziadek 60+, dla którego jedynym źródłem informacji jest badziewna ulotka ksero dostępna w siedzibie firmy. Innych form informacji nie wiedzieli potrzeby wdrażać. Ponieważ z jednym z właścicieli mieszkamy w jednym budynku to ilekroć się mijaliśmy podpytywałem co nowego itd., itp. Ze 2 lata suszyłem mu baniak o TV cyfrową. Gdybym był na jego miejscu, to w dniu wdrożenia takiej usługi bym natręta poinformował, bo by mi zbrzydło ciągłe wypytywanie. Wierzcie lub nie, ale ten był odporny na wszystkie pytania. O tym, że pakiet TV cyfrowej jest dostępny dowiedziałem się jakieś 3 miesiące po jego wprowadzeniu, przypadkiem zerkając na osiedlowy kanał TV. Krótkie info emitowali pomiędzy blokiem piosenek powstańczych, a 138 retransmisją jakiegoś pikniku bałkańskiego z powsińskiego amfiteatru. Wszystkie witki mi opadły i przy pierwszej nadarzającej się okazji chłodno i bez żalu ich pożegnałem. Oddać im trzeba, że zlewania potrzeb klientów niejedno korpo może się od nich uczyć. Nastała era UPC. Świadomie się na nich zdecydowałem, więc na usługi narzekał nie będę. W zasadzie nie mam powodu i wolałbym, żeby tak zostało. Jednak słów kilka chciałbym poświęcić ich infolinii. Chociaż nie, nawet nie samej infolinii, tylko jednej rozgarniętej jak kupa liści pani Monice C******., której w tej chwili serdecznie nie pozdrawiam, bo boję się że mogłaby najprostszych życzeń nie zrozumieć. Kontaktowałem się z UPC w banalnej sprawie: podniesienie prędkości internetu z 30 do 120 Mbit. Trafiłem na tą sierotę po drugiej stronie słuchawki. Od początku czułem, że będzie ciężko bo dziewczę autentycznie miało problemy z wyartykułowaniem jakiegokolwiek zdania. Tłumaczę w czym rzecz. OK. coś tam panna mruczy, stęka… Ewidentnie widać, że myślenie szło jak (przepraszam za wyrażenie), kurwie w deszcz!!! Umyśliła, że mój koszt wzrośnie o 20 PLN (wtopa 1)… Spojrzenie do cennika na stronie wystarczało, żeby wiedzieć iż będzie to 30 PLN, a nie 20. Jednak może o czymś nie wiem. Jestem tylko zwykłym abonentem. Pytam więc tej pipy grochowej: ile płacę obecnie za usługi, które posiadam? Okazało się, że musiałem być wybitnie złośliwym i wymagającym rozmówcą, bo kolejnej porcji mruczenia, kiedy konsultantka wymruczała ceny cząstkowe (ja je spisałem na kartkę, dodałem i miałem odpowiedź na swoje pytanie) padł „hot shot”, a raczej „hot kłeszczyn”: – ma pan dostęp do faktury elektronicznej? – mam- odpowiadam grzecznie i z pełną atencją – to tam jest wszystko napisane. (wtopa 2) Taaaaaaaadaaaaaaaaaam…!!! Dobrze, że leżałem bo nie musiałem upadać. Gdy już wspólnie z tym gejzerem intelektu przebrnęliśmy przez ceny pytam: kiedy montaż (bo technik miał się pofatygować). –...

Read More

ZUS – samo „zuo”?

Historyja taka przytrafiła mi się ostatnio. Dziadek-ZUS został jej głównym bohaterem. Dziad, jako nazwa sama wskazuje powinien „dziesiąt” wiosen na karku dźwigać. A jak coś jest stare, to wiadomo: nie funkcjonuje najlepiej. Miej baczenie, że nie o ludziach, a o przywarach ta opowieść! Analogii jest jednak wiele. Przydałaby się takiemu Dziadkowi-ZUSowi wizyta u medyka. Niestety on się przed czymś takim opiera i trwa w tym swoim stetryczeniu. Pewnie wielu z Was przypomina dziadka-sąsiada, który wszystko wie najlepiej, od wszystkich wymaga a sama w zamian oferuje niewiele. Co najwyżej obakać potrafi jak się coś nie spodoba. Wróćmy do naszego dziada-bohatera. Stare toto, niegramotne jak „stopińdziesiąt”, ale jakie ma potrzeby. Nie wystarcza swoich miedziaków, to perfidnie żebra po całej rodzinie. Miesiąc w miesiąc trzeba mu daninę oddawać, bo jak nie to się zaczyna się droga przez mękę. Chytrzec wyciąga łapę od pierwszej jałmużny, którą wyzyskujący szlachcice nam wypłacają. Żeby coś odpuścił, poluzował. NIE!!!  Niby obiecuje, że kiedyś odda ale patrząc na to jak się cholera trzyma to marnie widzę zwrot. Mówi się, że z rodziną dobrze wychodzi się na zdjęciach. Sama prawda. A w biznesie z dziadkiem gwarancją jest tylko najgorszy ROI jaki można sobie wyobrazić. I obiecanki-cacanki: jak, droga rodzino, ktoś z was cherlawieć zacznie to ja go wspomogę finansowo. Drobnym druczkiem dziad dopisuje „ale tylko wtedy jak powyżej 33 dni będziesz niedomagać”.  Marny los nam pisany. Historia zna przypadki, że ujawniali się młodzi, ambitni, wierzący w ideały, próbowali dziadka wyleczyć albo chociażby zmienić. Jak skończyli, szkoda mówić. Podejrzewam, że niektórzy zaniemogli na pryczach óczesnych psychiatrów albo dla poprawienia kondycji psychicznej musieli zioła wszelakie niekoniecznie z napitkiem zażywać. Bo na trzeźwo z Dziadkiem-ZUSem wytrzymać nie idzie. Szczególnie po tak nierównej walce. Skłamałbym gdybym powiedział, że akurat ja to dziadka lubię i ogólnie nic do niego nie mam. Poziom moich uczuć obniża się gwałtownie za każdym razem kiedy dziadek-ZUS przysyła mi instrumenty regularnie, w których szyderczo informuje mnie ileż to zapisałem mu w testamencie. Wolno bo wolno ale kwota cały czas się zwiększa co powoduje podniesienie ciśnienia i ani chybi kilka dni życia odejmuje. Świadomie używam słowa testament, bo to raczej dziadek zgarnie schedę jak kopnę w kalendarz. Denary psu w dupę. Raczej dziadkowi ale nie w dupę tylko… No wiecie o co chodzi. Ogólnie niczego dobrego po starym gamracie spodziewać się nie można. Dziadek-ZUS to ZUO!!! Jako, że przysłowia są mądrością narodu a parafrazy uczony człowiek zgrabnie nazwał, tak teraz i ja mogę napisać: dopóty dziadek kasiorkę wysysał, dopóty wnuczek nie zachorował. Jakby nie było to odrobinę honoru ten dziadek ma. Mało bo mało, ale zawsze coś. Zaniemogłem więc okrutnie i zmuszon zostałem do oddania się ręce medyków. Podobno w Polsce...

Read More
Zimowe klimaty
Lut21

Zimowe klimaty

...

Read More

Zwroty grzecznościowe czy…

Początek będzie nietypowy. Lubię FB. Lubię pisać posty, wrzucać zdjęcia, linki. Ogólnie pełna interakcja. Czasem nawet jej za dużo. Jest to też jeden z powodów, dla których powstał ten blog. Będę się uzewnętrzniał tutaj, bo może nie wszyscy chcą czytać moje wypociny a jakoś nie uśmiecha mi się żyć ze świadomością, że ktoś ukrył moją aktywność. Wiem co piszę, bo sam mam na liście kilkoro takich co nie mają prawa mi się wyświetlić. Jednak czy to FB, TT, czy jakakolwiek inna forma komunikacji (włączając w to maile i smsy) wcześniej czy później skutkuje napisaniem czegoś sensownego. Z której strony by nie patrzeć, to nawet w onetowych komentarzach pojawiają się rodzynki inne niż „jeny… ale siara xD”. Jak nie da się całego życia przewegetować o chlebie i wodzie, tak nawet największy bezmózg prawem serii napisze coś logicznie. No nie ma bata!!! Dla bezmózga nic z tego nie wynika, bo sensowna wypowiedź jest tylko kolejnym, niczym się od siebie nie różniącym powodem do pławienia się w blasku swojej zajebistości. Wbrew pozorom przy sensownych wypowiedziach najwięcej kłopotów mają inteligentni (tak zakładam) internauci. Czai się bowiem na nich wróg straszliwy, z którym, niestety, nawet nie próbują walczyć… Żeby wroga lepiej poznać proponuję cofnąć się w czasie. Niech to będą, powiedzmy, lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku kiedy to pewnie wiele osób udawało się na zasłużony wypoczynek. Wszelkiego rodzaju kolonie, a dla trochę starszych „obozy” były tak oczywiste, że niemal „wpisane w rozkaz”. Pamiętam swoją pierwszą wyprawę, kiedy to pacholęciem będąc, awansowanym do klasy 3 podstawówki wyjechałem 40 km od domu. Nie oszukujmy się- był i ryk niemiłosierny jak matka przyjechała w odwiedziny. Z tego (i innych wypadów) smarował człowiek i wysyłał widokówki. Do babć, dziadków, rodziców, cioci Kunegundy albo innej Hermenegildy. Przecież pani w szkole mówiła (heh… mówiła… trąbiła ile wlezie), że dobre wychowanie nakazuje kartkę wysłać. I mozolnie uczyła adresować koperty do Jana Nowaka, albo Janiny Kowalskiej. Poczta była zalewana milionami kartek podobnej treści: „Kochana Babciu jest mi tu dobże, koledzy som fajni. Tylko jedzenie nie takie dobre jak Twoja zupa ogórkowa. Byliśmy już na wycieczce i było fajnie.” Podpisane: Wnusio / Wnusia W zasadzie wspominam to z sentymentem, bo innej formy kontaktu nie było (przynajmniej w moim przypadku). Treść kartki, może i trywialna, ale szczera i pisana raz do roku (w tylu kopiach ile babć/cioć było na liście wysyłkowej). Echs… Tylko powspominać można… Nasi rodzice byli w podobnej sytuacji: korespondencja pisana była uskuteczniania w razie świąt wszelakich i pism urzędowych. Reszta na telefon stacjonarny, taki co nie odbiera smsów :) O ile w tamtych latach wszystko było jasne i klarowne to dzisiaj, moim skromnym zdaniem, nie jest. Mądre głowy oczywiście mają inne zdanie....

Read More

Les Miserables – Nędznicy

Les Miserables to klasyka literatury, po którą sięgnąłem mając mniej więcej lat 20, a było to pod koniec ’90. Niedługo będzie to „pół życia temu” :) Wiele z książki nie pamiętam, ponad to, że miała dwa tomy, białą, badziewną okładkę z niebiesko-czerwonym paskiem. Jean Valjean, skazany na długoletnie więzienie, po 19 latach warunkowo wychodzi na wolność. Życie z piętnem skazańca jest tak okrutne, że łamie warunki zwolnienia i rozpoczyna nowe pod fałszywym nazwiskiem. Po kilku latach koszmar z przeszłości, pod postacią inspektora Javerta, powraca. Poprzysiągł on ścigać skazańca póki starczy mu sił. Przeczytałem ją niemalże jednym tchem. Jednak Les Miserables to nie tylko powieść. Nie mogę nie wspomnieć o musicalach granych na West Endzie, londyńskim Brodwayu i wreszcie w warszawskiej Romie. Zobaczyć Nędzników w Londynie, to moje małe marzenie. Spełni się, musi… Natomiast dwukrotnie miałem niewątpliwą przyjemność widzieć Les Miserables w Teatrze Muzycznym Roma. Dla mnie osobiście majstersztyk i perfekcja od pierwszej do ostatniej minuty, a „Wino pij” czyli polską wersję utworu „Drink with me” zaliczam do genialnych. Les Miserables w kinie Oczywiście w oparciu o dzieło Victora Hugo powstawały również filmy. Poczynając od „egzotycznych” niemych z początku XX wieku po, bodajże ponad pięciogodzinny, miniserial francuski z Gérardem Depardieu w roli głównej. Jak pobieżnie policzyłem, do dnia dzisiejszego, książkę na ekrany przeniesiono ponad 20 razy. Będąc pod wrażeniem wersji musicalowej zakup biletu na film był „oczywistą oczywistością”. Dodatkową zachętę stanowiły reklamy kinowe i trailer dostępny w necie. Imponująco wypadła pierwsza scena, w której skazańcy wciągają ogromny statek do doku. „Look down” zawiesiła wysoko poprzeczkę. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie śpiewający Russell Crowe. Kompletnie nie znam się na śpiewie, a wręcz należę do osób, „którym muzyka w tańcu nie przeszkadza”- jednak ograniczenia wokalne były widoczne, szczególnie w scenie kiedy Javert popełnia samobójstwo. Hugh Jackman również fenomenalny. Myślę, że aktorsko wypadł lepiej niż Crowe. Idealnie do roli pasował Sacha Baron Cohen, chociaż chwilami za bardzo „leciał Boratem”. W zasadzie nie podobały mi się tylko dwie rzeczy. Jedna, na którą czekałem w napięciu, to wspominane już wcześniej „Drink with me”. Niestety bardzo się zawiodłem bo utwór, który w musicalu był bardzo dobrym odzwierciedleniem uczuć rewolucjonistów i miał swój niepowtarzalny klimat, w filmie został spłycony do granic możliwości. Wielka szkoda. Druga- Amanda Seyfried w roli Cosette. Jak dla mnie była zbyt bezbarwna w tej roli i chyba nie pokazała pełni swoich możliwości. Jej charakterystyczny głos powodował, że mimowolnie przed oczami pojawiały się wspomnienia z Mamma Mia, gdzie wypadła po prostu świetnie. Podsumowując: film niesamowity, na długo zapadnie mi w pamięci. Chociażby przez końcową scenę kiedy Valjean umiera i „spotyka” Fantine oraz poległych rewolucjonistów. Jak to się mówi „ciary były”. Czas trwania- prawie 2 godziny 40 minut jednak ani przez chwilę nie miałem...

Read More
Iglaste liściaste?
Lut12

Iglaste liściaste?

Zima we współpracy ze śniegiem i mrozem potrafi zaskoczyć nie tylko drogowców. Takie dziwne coś mi się w oczy rzuciło. Efekt wizualnie ciekawy.      ...

Read More
Dobry zwyczaj – nie pożyczaj
Lut07

Dobry zwyczaj – nie pożyczaj

To jest wpis zupełnie poważny. Poważny dlatego, że dotyczy finansów. Tytuł sugeruje czego dokładnie. Poważny też dlatego, że w pewnym momencie granice absurdu zostały przekroczone i chyba nie pozostało nic innego jak zapłakać nad ludzką głupotą (to nie jest dobre określenie ale brakuje mi słowa- może podpowiesz po lekturze jakie będzie adekwatne). Za ilustrację posłuży mi cała elektroniczna korespondencja z dłużnikiem (lub dłużnikami, co wyniknie dalej z treści wpisu). Wykorzystam ją z dwóch powodów: 1. nie chce mi się przeklejać i przepisywać treści wysłanych / odebranych smsów 2. bez twardych dowodów mnie osobiście byłoby trudno uwierzyć, że tak to się mogło potoczyć. Zamazałem wszystkie (mam nadzieję) :) informacje mogące pomóc w zidentyfikowaniu dłużnika z kilku powodów: – maile, telefony- wiadomo dane osobowe – imię: z litości, żeby większego wstydu nie robić. W zasadzie mógłbym je podać, bo wśród znajomych mam w sumie 8 osób o takim imieniu ale niech mu tam będzie… – inne: jak wyżej, co czasem może powodować dziwne skojarzenia ;) A zaczęło się tak: 01- Czasami nie wypada wnikać w szczegóły. Mniej wiesz, dłużej żyjesz 02- stwierdzenie „jestem twoim dłużnikiem” było bardzo na miejscu 03- żeby nie było wątpliwości „who is who” 04- Żona, rozwód- brzmiało groźnie i nawet biedakowi trochę współczułem, bo skojarzenia miałem dosyć jednoznaczne. Na tym w zasadzie zakończyła się „pożyczkowa” korespondencja. Licznik wystartował. Zgodnie z deklaracją do 22 listopada temat powinien być zamknięty. Jako, że nie jestem specjalnie skrupulatny to przyjąłem, że ten tydzień zwłoki mnie nie zbawi. Czyli powiedzmy do końca listopada nie ma tragedii. 05- Piątek, 7 grudnia, to był najwyższy czas aby przypomnieć się koledze zapominalskiemu. 06- Jako, że nastała głucha cisza to we wtorek, 11 grudnia, przypuściłem „zmasowany atak smsowy” ;) Kolega sympatyczny owszem odpisał składając PIERWSZĄ deklarację zwrotu długu. 07- Z perspektywy czasu stwierdzam, że informacja o operacji nie była potrzebna bo posłużyła jako pretekst do zamydlenia oczu- tylko, że wtedy zakładałem, że intencje są zacne. 08- Wolałbym zwrot kasy zamiast podlewania kwiatków :) 09- Chorych nawiedzać- szlachetne i zapewne zostanie kiedyś policzone. Najważniejsze, że kasa idzie… Idzie, idzie i dojść ten biedny przelew nie może. Aż tu nagle, 23 grudnia, jest wyczekiwany news i DRUGA deklaracja: 10- prośbę o podanie nr. telefonu zignorowałem. Jakoś tak stwierdziłem, że może jeszcze zadzwoni ;) A tak to wszystko jest na piśmie. Poza tym na podstawie tej wiadomości wydedukowałem, że żona o moim istnieniu wie skoro pomyka żwawym krokiem na pocztę z przelewem. 11- wiadomym było, że zaczęła się „wojna podjazdowa” Brak reakcji skończył się bardziej konkretną wiadomością do Mydliciela Oczu (nie chcę pisać Dupowłaza) ;) No i żeby zabezpieczyć się przed sucharem typu „nie miałem dostępu do netu” przekaz...

Read More
ROBERT KUBICA NA TOPIE: POLACY GOTOWI NA „KUBICOMANIĘ”?
Lut06

ROBERT KUBICA NA TOPIE: POLACY GOTOWI NA „KUBICOMANIĘ”?

Kolejna staroć odszukana w przepastnych zasobach Internetu, gdzie gdybam, co może myśleć Robert Kubica. Wpis idealny dla wszystkich, którzy mnie nie lubią (a może i nie cierpią). „Wymądrzam” się tutaj na temat Polaków, wymądrzania Polaków itd. itp. Jak ktoś uważa się za netowego pieniacza to znajdzie pożywkę. Tak samo pole do popisu będą mieli poloniści (chociaż niewielkie z tego co wiem), krytycy warsztatu pisarskiego oraz wszyscy inni chcący wyładować swoje frustracje :) Oczywiście zawsze pozostaje nadzieja, że ktoś zobaczy w tym coś pozytywnego :) —————— 23 września 2006 Od pewnego czasu głośno w kraju o Kubicy dzięki jego mniejszym lub większym sukcesom – kwestia do oceny przez daną osobę. Praktycznie na każdym portalu pojawia się dużo informacji o F1, wywiady z Robertem, INTERIA ma nawet dział poświęcony F1, gdzie sporo rzeczy jest wyjaśnione łopatologicznie (to moja opinia, bo absolutnie nie uważam się za znawcę, czy chociażby kibica F1), telewizja podaje wyniki oglądalności, które są o tyle zaskakujące, że jeszcze niedawno F1 była w naszym kraju sportem mało popularnym… Można na tej podstawie wysnuć jakże banalny wniosek – F1 staje się powoli „sportem narodowym” (czytaj: zyskuje popularność), tylko patrzeć jak objawią się nam zastępy „znawców, doradców i speców”. Z tym nie zamierzam dyskutować, bo jak przeczytałem w jednym z wywiadów Kubica powiedział, że na F1 zna się np. ten, kto wie jaki wpływ na samochód ma jakaś minimalna zmiana kąta nachylenia spojlera, czy coś takiego. Nie neguję, że takich osób nie ma, ale postawię sporo kasy, że ich odsetek wśród wszystkich oglądających będzie znikomy. Bardziej chciałbym się skupić na fakcie jak Robert Kubica będzie postrzegany przez Polaków. Nie oszukujmy się – gwiazd w sporcie nie mamy za wiele, a taka persona jak Robert jest osobiście dla mnie ewenementem. Ktoś mi powie, że się mylę… Zależy od której strony na postać Roberta spojrzymy… Weźmy dla porównania poprzedni przykład „…manii”- Małysza – facet osiągnął prawie wszystko, ale… i tu właśnie zaczynam mieć wątpliwości, na jak długo starczy Polakom uwielbienia dla Kubicy. Adam – skromy facet, dla którego sukcesy są jak najbardziej czymś wielkim, spełnieniem w sporcie, ukoronowaniem ciężkiej pracy, a jednocześnie ciężarem, który niesie za sobą ogromną popularność. Małysz na każdym kroku podkreśla, że na skoczni byli wspaniali kibice, atmosfera, którą stworzyli pomogła itd… Robert to jego zupełne przeciwieństwo – chłodny profesjonalista, który to, co osiągnął w F1 nie traktuje jak przysłowiowego chwycenia Pana Boga za nogi, tylko bardziej jako naturalną kolej rzeczy: ciężka praca = sukces. Przyznam, że zadrżałem, gdy w jednym z wywiadów przeczytałem słowa Roberta, że dla niego nie ma znaczenia, czy na wyścig przyjadą polscy kibice, czy nie. Nie przypominam sobie, żeby polski sportowiec wypowiadał się tak chłodno. Zaznaczę po raz kolejny – nie twierdzę, że Robert Kubica powiedział coś niestosownego!!! Bardziej intryguje mnie fakt, czy my – Polacy – udźwigniemy taki ciężar jakim...

Read More
CZARNI RADOM – DZIAŁO SIĘ KIEDYŚ…
Lut05

CZARNI RADOM – DZIAŁO SIĘ KIEDYŚ…

Dzisiaj z „partyzanta”, Jebzon (jeden z 30TFT, z których na pewno dumni są Czarni Radom :) ) podesłał linka do tekstu, który spłodziłem ponad 8 lat temu. Dotyczył on ówczesnej wojny pomiędzy dwiema „największymi, najbardziej zasłużonymi i ogólnie naj…” postaciami radomskiej siatkówki, a starym składem kibiców WKSu. Żeby chłopaków dowartościować to wymienię ich z imienia i nazwiska: – Tadeusz Kupidura (bez pozdro) – Bogdan Domagała (Boguś… mordo ty moja… Nieustające pozdro ode mnie) Starość nie radość i nawet nie pamiętałem, że coś takiego kiedyś popełniłem. 25 października 2004 Od inauguracyjnego meczu z GTPS Gorzów w całej Polsce głośno o Radomiu. Kibice zwracają się z pytaniami, co takiego się stało, że radomski klub jako jedyny w Polsce ma dwa Kluby Kibica. Żeby sytuacja była całkowicie jasna cofnijmy się do ubiegłego sezonu, w którym radomski klub nosił nazwę JADAR RTS Radom. Ponad 80 lat tradycji siatkówki w Radomiu oraz kibice przychodzący na mecze od kilku (niektórzy od kilkunastu lat) powodują, że ten klub zawsze będzie się kojarzył z WKS Czarni. Tak też było- mimo braku w oficjalnej nazwie członu „Czarni” wszyscy zgodnie krzyczeli „Czarni Radom”, „WKS”. Jadar jako Sponsor miał uznanie i szacunek nie tylko ludzi mocno związanych z klubem i siatkówką, ale również osób postronnych, bo ta inwestycja uratowała radomską siatkówkę. Niestety te czasy to już historia… W obecnym sezonie Sponsor objął opieką oprócz Klubu również wiernych Kibiców z KK. Wtedy właśnie zaczęła się historia, o której dzisiaj mówi cała siatkarska Polska (i nie tylko Polska). Jadar do Kibiców z KK podszedł bardzo profesjonalnie (i nie ma w tym stwierdzeniu złośliwości)- kibice zostali wyposażeni w koszulki klubowe, otrzymali darmowe wejściówki na mecze, są również organizowane wyjazdy na wszystkie mecze- nie oszukujmy się- to bardzo dobre warunki, które pozwolą dopingować drużynę na każdym meczu. Kij ma jednak dwa końce i właśnie jeden z nich doprowadził do rozłamu. Sponsor miał „tylko” jeden warunek w zamian za swoją inwestycję w kibiców. Po prostu na meczach kibice objęci opieką przez Sponsora NIE MOGĄ krzyczeć „Czarni”, tylko skandować nazwę Sponsora. Na taki układ stanowczo, zdecydowanie i jednogłośnie nie zgodzili się ci, którzy w KK są od lat, współtworzyli Klub Kibica i byli z Klubem zawsze (wtedy, gdy odnosił sukcesy i wtedy, gdy pierwszy raz w historii musiał doznać smaku degradacji do niższej klasy rozgrywek), mimo zmian sponsorów. Warto tutaj dodać, że pierwsze akcje mające na celu utworzenie KK grupa entuzjastów zaczęła robić na początku 1999 roku. Początki były trudne, KK liczył kilka osób. Jednak zapał i całkowite zaangażowanie w tworzenie czegoś, czego jeszcze w Radomiu nie było przyniosło nieoczekiwane skutki. W maju podczas turnieju Women Spring Cup miało miejsce ukoronowanie trudu i wysiłku włożonego w KK, bowiem...

Read More