Przygody Tomka Wilmowskiego

Kto się przyzna, że nie wie kim był Tomek Wilmowski? Albo Tehawanka? Mój rehabilitant, rocznik ’85 nie ma o tym różowego pojęcia… Młodym nie chce się czytać to jasne ale żeby aż tak? Kolejna porcja wspomnień ze smarkatych lat: tym razem kilka książek, które przeczytałem po kilka(naście) razy, z czego znakomitą większość jeszcze w podstawówce.   10 – ZACZAROWANA ZAGRODA – Alina i Czesław Centkiewiczowie. Krótka historia o grupce pingwinów, które uciekały badaczom chcącym je zaobrączkować do badań. Jak na pierwszą czy drugą klasę podstawówki to była poważna lektura. Pryskający pingwin, to zdarzenie niecodzienne :)     09 – DR DOLITTLE I JEGO ZWIERZĘTA – Hugh Lofitng. Za moich czasów chyba niewiele dzieciaków nie miało odfajkowanej tej (i innych z serii: „Cyrk…” czy „ZOO…”) pozycji na liście czytelnictwa. Sympatyczny doktor rozmawiający z kaczką o imieniu Dab-Dab czy świnką Geb-Geb potrafił przykuć do książki na długie godziny.   08 – TAŃCZĄCY SŁOŃ, Adama Bahdaja to jeden z lepszych „kryminałów” mojego dzieciństwa. Główna bohaterka, Zulejka, pchająca się w kłopoty na wszystkie możliwe sposoby. Bo poszukiwanie tajemniczej figurki to gruba sprawa.       07 – KOSMOHIKANIE – Ewa Lach. W żaden sposób niczym się nie wyróżniała wsród innych książek ale miała w sobie to coś. Wakacyjne przygody trójki (albo czwórki rodzeństwa) były obowiązkową lekturą „nawrotową”.       06 – CZTEREJ PANCERNI I PIES. Muszę pisać, że autorstwa Janusza Przymanowskiego? Chyba nie :) Jedyne czego po dziś dzień nie mogę zrozumieć to czemu w filmie Wasyl Semen stał się Olgierdem Jaroszem. Przecież ten pierwszy był bardziej radziecki.       05 – PAN SAMOCHODZIK I ZŁOTA RĘKAWICA. Z serii o Panu Samochodziku nie przeczytałem wszystkich tytułów. Lata nie te co teraz i dostępność mniejsza. Chyba każdy kajtek chciał mieć jego furę: coś na kształt Forda Kartona z silnikiem Ferrari.       04 – ODARPI SYN EGIGWY. Druga książka Centkiewiczów, która zapadła mi w pamięć. Historia małego Eskimosa, który poznaje trudy życia w śnieżnej krainie. Pierwsze samodzielnie zbudowane iglo, pierwszy upolowany mors. Echs… to były książki.     03- PLATINI, MOJE ŻYCIE JAK MECZ. Biografia całkiem znanego kopacza:) Ile razy ją przeczytałem, nie zliczę. Dostałem od kumpla na urodziny w 6 klasie podstawówki. Od tamtej pory znam dwa zwroty po hiszpańsku: Donde estás i no te vemos.     02 – ZŁOTO GÓR CZARNYCH, Krystyny i Alfreda Szklarskich. Nigdy nie byłem wielkim fanem tematyki indiańskiej ale „Złoto…” mnie zaczarowało. Może dlatego, że były tam zamieszczone proste grafiki migowego języka Indian. Przyznać muszę, że o ile dwa pierwsze tomy przeczytałem kilkanaście razy, to trzeciego tomu nigdy nie strawiłem do końca. Jakoś potyczki Złotego Kamienia, syna Tehawanki, z amerykańcami mnie nie porwały. 01 – TOMEK W...

Read More
Polskie perwersje
Mar24

Polskie perwersje

Zaraz, zaraz… nie tak szybko. Polskie perwersje mogą zaczekać:) Zacznijmy od w miarę prostego wyjaśnienia czym jest „zwykła” perwersja. Słownik Języka Polskiego PWN podaje iż perwersja to „1. odchylenia reakcji psychicznych w zakresie popędów, zwłaszcza w sferze seksualnej” lub „2. zachowania naruszające obowiązujące konwencje, mające na celu szokowanie”. Definicja banalnie prosta. Jest tylko jedno, małe „ale”… Wpis traktuje o polskich perwersjach, co z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością znaczy, że lekko nie będzie. Bo kim jest taki zwykły światowy perwers? A może perwersyjny światowiec? Dla mnie na takie miano mogą zasługiwać członkowie pewnego plemienia, którego nazwy nie pamiętam ale nie ma to większego znaczenia. Ceremonia „czynienia” chłopców mężczyznami wiąże się u nich z koniecznością trzymania, przez około 10 minut, obu rąk w rękawicach wykonanych z trzciny. Sęk w tym, że do każdej rękawicy „przymocowana” jest mniej więcej setka zdrowo wkurwionych mrówek, które żądlą. I to tak, że jedno żądło ma moc odczuwalną do postrzału. Oczywiście swoje żądlące odwłoki, niekoniecznie dobrowolnie, schowały wewnątrz rękawic- żeby nie było, że ściema. Zdarzają się zejścia z tego świata w trakcie obrzędu, a halunki z bólu są na porządku dziennym. Perwersja… Ale do brzegu… Żądlące mrówki to mała Miki w porównaniu z perwersją po polsku. Bo co jara dużą część naszych, że tak zażartuję, pobratymców? Co podnieca nas tak, że oddajemy się temu z lubością i powtarzalnością godną Mistrzów? Na topie jest: – zazdrość: wiem, że ludzki odruch. Sam go miewam. Tylko, że jest multum jednostek, u których przybiera ona postać kliniczną (chorą). Sąsiad kupił lepszy samochód? Złodziej pewnie!!! Żyd i komuch!!! Dawaj donosik do skarbówki. Ja nie mam to i ten ćwok miał nie będzie. Awans w robocie? Pewnie dała szefowi dupy albo on puka się z kierowniczką. Docenianie kompetencji w tym narodzie nie jest przyjmowanie jako zachowanie naturalne. Inna kwestia, że czasem promuje się zwykłych debili. Jednak nie o tym ta śpiewka. – wieczne narzekanie. Na wszystko i wszystkich. Gdyby narzekanie zrobili konkurencją olimpijską to święcilibyśmy triumfy większe niż w skokach za czasów „Małej Myszy”. Narzekaniomania zalałaby cały kraj. Chociaż nie wiem, czy może się rozlać bardziej niż teraz. Nie da się żyć cały czas z bananowym uśmiechem na japie ale jakieś zachowanie równowagi by się przydało. No, może chociaż zwykły optymizm. Minimalny. – inne- tu wstaw dowolnie, co Ci pasuje i na „polskie perwersje” się nadaje. Wymieniłem dwa zachowania, które uważam za perwersyjne, bo w cywilizowanym świecie nie są uznawane za normalne. Co oczywiste, nie są też tak praktykowane jak u nas. Jeśli myślisz, że to koniec to muszę Cię zasmucić, bo pora na POLSKIE PERWERSJE NAGRODA GRAND PRIX !!! Tu dopiero się będzie działo. Przygotuj się na najgorsze :) Największą polską perwersją (lub fetyszem)...

Read More
PLL LOT BOEING 767-35D/ER SP-LPB
Mar23

PLL LOT BOEING 767-35D/ER SP-LPB

...

Read More
PLL LOT BOEING 767-35D/ER SP-LPB
Mar23

PLL LOT BOEING 767-35D/ER SP-LPB

...

Read More
KLM BOEING 737-7K2 PH-BGQ
Mar23

KLM BOEING 737-7K2 PH-BGQ

PH-BGQ holenderskiego KLM podczas odladzania na EPWA. 18 lutego 2012, godz. 06:35....

Read More
eurolot ATR-72-202 SP-LFB
Mar23

eurolot ATR-72-202 SP-LFB

Znalezione w zakurzonym katalogu z 4 grudnia 2011 roku....

Read More
WIND ROSE AVIATION EMBRAER ERJ-190-200LR 195LR UR-WRG
Mar23

WIND ROSE AVIATION EMBRAER ERJ-190-200LR 195LR UR-WRG

Rzadko spotykany na warszawskim lotnisku gość z Ukrainy: czarter Wind Rose Aviation....

Read More
Malev De Havilland Canada DHC-8-402Q Dash 8 HA-LQA
Mar22
Read More
PLL LOT EMBRAER ERJ-170-100ST 170ST SP-LDG
Mar21

PLL LOT EMBRAER ERJ-170-100ST 170ST SP-LDG

Z archiwum Iks: jedno z pierwszych zdjęć na EPWA...

Read More

Dzień kobiet

Dzień kobiet to opowieść o kasjerce, która w jednym ze sklepów sieci „Motylek” awansuje na kierowniczkę. Sympatyczny owad w realu nazywał się trochę inaczej, jednak dzięki sprytnemu zabiegowi nikt nie wie jak:). Wydawać by się mogło, że idzie za tym chociaż większa kasa, bo nie o prestiż tu chodzi. Życie nie wygląda jednak tak różowo, bo do powszechnie stosowanych praktyk należy „naginanie” czasu pracy, brak świadczeń itd… Bohaterka filmu, Halina Radwan, ma nad sobą (chwilami dosłownie) przełożonego. Obleśnego menago, w którego postać świetnie wcielił się Eryk Lubos. Dodatkowo polska mentalność nakazuje robić pod górę tym, którym się poszczęściło. Byłe koleżanki z kasy nie są więc specjalnie skore do współpracy. Pranie mózgów na pseudoszkoleniach i nacisk na produktywność zmuszają postać graną przez Katarzynę Kwiatkowską do podejmowania decyzji mających mało wspólnego z przestrzeganiem prawa, jak też zwykłą ludzką przyzwoitością. Z drugiej strony układ był prosty: albo ona, albo ją.  Trudno tutaj napisać coś szczególnie mądrego bo jak działają markety wiedzą wszyscy. Walka ze sobą i zmiana nastawienia też niczym nowym nie jest. Happy end był wiadomy od początku dla wszystkich, którzy niczym detektyw Rutkowski odnaleźli odpowiedź na pytanie: kim naprawdę był Motylek? Wiadomym jest, że film porusza trudną tematykę i w trakcie oglądania nikt ze śmiechu nie będzie płakał. Nie znaczy to, że chwilami jest naiwny: Hanka szukając córki trafia na ekipę zjaranych glutów i jednego z nich popycha/szturcha a ten grzecznie mówi co i jak. Takich rzeczy to nawet w reklamach nie ma. W innej scenie Eryk zaskakuje ją, dzwoniąc  do drzwi mieszkania, a na koniec płacze przy kracie na klatce schodowej. Jak w takim razie sforsował ją wcześniej? Sadowska wielkim reżyserem chce być najwyraźniej. Jak niewiele mi mówią jej dotychczasowe dokonania wokalne, tak filmowe stawiam z nimi na równi. Niewielu ludzi potrafi być bardzo dobrymi w wielu dziedzinach. Nie potrafię tego filmu ocenić jednoznacznie. Niby poszczególne postaci osobno wypadają całkiem dobrze, a Kwiatkowska i Lubos wręcz trzymają ten film w kupie. Jednak razem tworzą obraz bardzo przeciętny, zdecydowanie poniżej oczekiwań. fot. filmweb.pl...

Read More
Winda do nieba. Albo do biura.
Mar19

Winda do nieba. Albo do biura.

Winda, jak sama nazwa wskazuje, służy do windowania. Ludzi, rzeczy, zwierząt i wszelakich innych żyjątek. Już starożytni Rzymianie wykminili w baniakach, że do góry nie trzeba kitrać się po schodach lub drabinach. Kontuzjogenne to było, i jest nadal. Poza tym smarując z sandała po drabinie te rzemienie musiały ich cholernie obcierać. Nie dziwne, że zaczęli kombinować jak ulżyć cierpieniom. Przeciętnie rozgarnięta istota wie, że otarcie  naskórka na stopie w ludzkich temperaturach jest upierdliwe, więc co dopiero przy 73 stopniach. Tak myślę, że właśnie tyle było bo parę filmów o Rzymianach widziałem i słońce zawsze tak dawało po oczach, że musiało być u nich co najmniej 54 stopnie w cieniu. Skąd zatem 73 w słońcu? Nie wiem… ale zajebiście to brzmi: na jutro Cezar przewiduje 73 stopnie. Znaczy krótkie tuniki trzeba przygotować. – A skąd drogi Żuliuszu wiesz, że dzisiaj temperatura jest taka jak mówił nasz Boski? – Zamknij się!!! Być może mniej więcej w taki sposób, leniwie gawędzili Rzymianie o pogodzie. Początki „windziarstwa” były pewnie takie, że kilku bardziej rozgarniętych (albo takich co ich stopy najbardziej napieprzały od łażeniach po schodach) prawdopodobnie zauważyło paru lokalnych przygłupów, którzy żebrali o miedziaki na amforę taniego i ciepłego (fuj!!!) winciacha. Za frajer kasą dzieli tylko minister Mucha. To znaczy, że żulernia nie mogła liczyć na jałmużnę i jedyne co mogli zrobić to zostać najemnikami. Pierwszymi windziarzami w historii ludzkości. Zasada była prosta: suszy cię? To bierz jełopie linę w łapy i drałuj przed siebie. Nie dajesz rady- wołaj kumpli!!! Ci mądrzejsi Rzymianie stawali na jakiejś desce omotanej linami i opalając uzębienie byli wciągani przez żulernię na górę. Pewnie nie obyło się bez wypadków, bo żul jak to żul… a to na „półpiętrze” jeden sięgnął po piersiówkę, drugi źle sandały nasmarował i buksował w miejscu. Życie… Metodą prób i błędów ogarnęli temat. Jakoś się windziarski biznes kręcił. O ile na początku „trasa” windy była prosta: ziemia – gdzieś do góry a w drugą stronę: góra – jeb na glebę. Każdy pasażer cieszył uśmiech, że nie pizdnął za bardzo w piach i dziękował w myślach (a może i na głos) Cezarowi za jego łaskawość i poparcie dla prywatnej inicjatywy. Z czasem pojawiły się przystanki. W praktyce były to jasno określone miejsca gdzie żule uzupełniali zapas płynów a cwani Rzymianie ewakuowali się z platformy w okna, lufciki i inne otwory. Grunt, że był ruch w interesie. Sprzedaż amfor rosła, alko schodziło. Kapitalizm pełną gębą :) Po latach albo i wiekach przyszedł czas na windy napędzane mechanicznie. To prawdopodobnie jest powód bezrobocia i bezdomności na świecie. Są kraje, w których kiedyś było tylu windziarzy że głowa mała. Rumunia, Bułgaria… Teraz mają problem z odnalezieniem się w...

Read More
Lili w czerniach
Mar16

Lili w czerniach

Dzisiaj dla odmiany będzie tylko BW....

Read More

Quo vadis telewizjo?

Każdy człowiek z wiekiem dojrzewa do podjęcia życiowych decyzji. Weźmy chociażby nowego papieża: 76 lat i zamienia Argentynę na Włochy. A podobno starych drzew się nie przesadza ;) Na mnie też przyszedł czas… po kilku spektakularnych „sukcesach” kulinarnych. Przecież oczywiste jest, że „odwróć kurczaka w piekarniku” znaczyło dla mnie „obróć pojemnik o 180 stopni, a nie jego zawartość”. Efekt jaki był można się domyślać. Z ciężkim sercem musiałem pogodzić się z faktem, że nie będę pierwszym polskim szefem kuchni z gwiazdką Michelin. Zupełnie mi to jednak nie przeszkadza w biernym gotowaniu, czyli oglądaniu wszelkiego rodzaju programów kulinarnych i kulinarno-podobnych. Pierwszym, który mnie wciągnął był Hell’s Kitchen. Wtedy Gordon Ramsay był nowością, więc dało radę to oglądać. Po drugiej serii zrobiło się nudno, bo za każdym razem rzucał „fakami” tak samo. Potem pojawił się Kitchen Nightmares, w którym Ramsay był taki sam jak zawsze ale chociaż właściciele czasem lecieli „na grubo”. Z mniejszym zainteresowaniem oglądałem czasami Un Dîner Presque Parfait, czyli Come Dine With Me na francuskiej M6. Zdecydowanie najlepszym programem związanym z kulinariami był M@ster Chef Australia. Moim idolem zdecydowanie został jeden z jurorów, George Calombaris. Pozostali też niewątpliwie byli ciekawymi osobowościami ale George rządził. Niestety los bywa okrutny a natura złośliwa. A może po prostu taka jest kolej rzeczy, że zagraniczne formaty prędzej czy później mają swoją polską premierę. Na szczęście Hell’s Kitchen jeszcze się temu opiera i mam nadzieję, że ten stan rzeczy będzie trwał jak najdłużej. Przyczyna jest banalna: dopóki nie jest emitowany w Polsce to go jeszcze nikt nie spieprzył. Weźmy pierwszy przykład: Kitchen Nightmares, zwany po polsku Kuchennymi Rewolucjami. Już pal licho diametralną różnicę w osobach prowadzących. Gdzieś wyczytałem, że Magda Gessler to „polski Gordon Ramsay”. Chyba prawnicy Ramsay’a tego nie słyszeli bo pozew o naruszenie dóbr by wygrali w cuglach. Jeżeli Gordon jest „żwawy jak górski strumień” to można to również powiedzieć i o Gesslerowej, dodając „wypełniony olejem”. Taka jest babka dynamiczna. Zmęczenie gwarantowane od samego słuchania wstępu do odcinka. A zanim „odwiedzi” knajpę wielce prawdopodobna jest niestrawność. Dobrze, że są leki na taką dolegliwość. TVN emitowała też swoją wersję M@ster Chef… Wyczekiwałem go i to bardzo. Mając apetyt rozbudzony wersją australijską wiedziałem, że poprzeczka jest zawieszona wysoko. Rzuciłem też okiem na edycję US, z „amerykańską Magdą Gessler” i mnie nie porwała. Kolejny Gordon-show. Jednak polska edycja zaskoczyła mnie zupełnie. Wszystkim. eMDżi jako head juror… Nie miałem w domu Ulgixu, niestety… Ania Starmach- nie moja bajka. Gotować pewnie potrafi ale gwiazdą telewizji nie będzie. Dobry (bo śmieszny) był tylko Michael „oddawaj fartucha” Moran. Może wydać się dziwne ale jurorzy mimo porażki w 2/3 wcale nie byli najsłabszym punktem programu. Nie mam pojęcia kto przenosił to na polski grunt ale...

Read More

Komisarz Alex

Jakaś dziwna ta sobota była. Ni to wiosna, ni to zima. Ogólnie do dupy biomet. Pewnie dlatego nawet mi się nie chciało zmienić kanału w telewizorni i bez większego zainteresowania patrzyłem co serwuje TVP1. Padło na serial Komisarz Alex. Jako że nie w temacie byłem to jasność spłynęła na mnie po chwili, kiedy okazało się że komisarzem jest pies. Fakt, ma najinteligentniejszy wyraz twarzo-pyska z całej ekipy. Chyba z tego powodu reszta go nie rozumie. Reszta znaczy jego opiekun, komisarz Bromski Marek. Zaczęło jak w produkcji rodem z Holywood. Konkretnie to to Cholyłódź, bo samochody miały blachy EL. Idzie panna ulicą, upada. Oczywiście finalnie podąża tunelem w stronę światła i ani myśli wracać na ziemię. Jest i motyw z horroru bo ktoś wykrada ciało z kostnicy, nie zapominając zaciukać przy tym dziadko-ciecio-ochroniarza. Siara by to skwitował „mają rozmach skurwisyny”. Potem zaczynają się schody do piekła. Grający główną rolę Dżejkob Vesolovsky cały film popierdziela ciągnąc za sobą psiaka. To rozumiem, bo ktoś musi w tym duecie myśleć. Natomiast reżyser najwyraźniej zapomniał mu powiedzieć, że praca w filmie polega na kreowaniu postaci, a nie załatwianiu każdej sceny jedną miną. Chyba, że jest się Pawłem Małaszyńskim, prawdopodobnie mentorem Dżejkoba. Wtedy durnowatym spojrzeniem w pakiecie z głupkowatym uśmiechem da się wytłumaczyć wszystko. I przenikliwe analizy sytuacji, i cięte riposty do przestępców (tak mi się wydaje, bo nie zdzierżyłem do końca). W jednej ze scen przepytuje barmankę z miną 1A, która mówi (mina „mówi”, nie barmanka): kłamiesz, czytałem scenariusz i wiem wszystko bejbe. Gdyby grał w kreskówce to co chwila by mu się słońce w zębach odbijało. Ja rozumiem, że w filmach są uproszczenia, a bohaterowie czasami mają nadludzkie umiejętności. Tylko, że wtedy jest to jasno powiedziane w tytule filmu: Spiderman, Batman, Bruce Wszechmogący czy wreszcie z rodzimego podwórka Ranczo albo Klan. Tytuł „Komisarz Alex” nic takiego nie sugeruje. Jak więc wytłumaczyć scenę, w której Paweł Małaszyński ver. 2.0 wchodzi do remontowanego mieszkania, po raz pierwszy w życiu, patrzy na ścianę i mówi: tego tu wcześniej nie było. Oczywiście okazuje się, że za kartongipsem ukryto ciało w worku foliowym, No żesz… Rentgen w oczach. Mam swoją teorię skąd ten tekst… Po prostu pomiędzy jednym a drugim dublem ktoś z ekipy mu powiedział, że w ostatniej chwili skończyli przygotowywać lokal, bo dostawa gładzi się opóźniła, a ścianę musieli postawić, no i zagadka rozwiązana. Mimo całego zła był też jeden akcent amerykański. Męża denatki zatrzymuje policjant, który chwilę wcześniej oblał się kawą i jednocześnie pochłania jakąś bułę. Czyści sobie przy tym kożuszek. Z pełną gębą mówi do gościa, że jest zatrzymany, na co w odpowiedzi dostaje centralnie z bańki. Zalewa się krwią, pacjent wskakuje do samochodu i daje...

Read More

Amiga – pamiętacie?

Dawno temu- kiedy nie było jeszcze FB, słowo „mobile” mogło być odbierane jak przekleństwo, a Internet kojarzył się z przyprawą do potraw- na świecie trwały już „wojny” komputerowców. Po jednej stronie stali „amigowcy”, z drugiej „pecetowcy”. Nawet w mojej klasie widać było podział popierających właścicieli kompów Amiga lub wyczesanych wówczas 386 SX lub na bogato DX (chyba takie były oznaczenia 386, na 100% nie jestem pewien). Oczywiście uczucia były zmienne i mocno zależne od tego, kto powiedział „idziemy do mnie po budzie, popykamy w nową gierę”. Przypomina to trochę poparcie polityczne ;) Toczone więc były wojny podjazdowe wyśmiewające konkurencję.  „Blacharze” mogli pomarzyć o dobrym dźwięku, co było niewątpliwą zaletą Amigi. Ci drudzy stawali się obiektem kpin z powodu konieczności nieustającej żonglerki dyskietkami. Takie to były szalone lata ’90. Tak coś chyba koło 93-95 roku. Wśród samych amigowców też nie było jedności:) Najliczniejszą grupę stanowili posiadacze klasyków „500”: 512kB RAM, no HDD. Druga grupa to przymusowi wielbiciele Amigi 600. Z tego co pamiętam maiła 1 MB RAM w standardzie, ale brakowało jej klawiatury numerycznej i z powodu różnicy w wersji ROM niektóre gry z 500 na nich nie śmigały. W sferze marzeń pozostawała A1200. 2 MB RAM i specjalne wersje niektórych gier stawiało ich właścicieli wśród elity amigowców. Była jeszcze jedna grupa, o której nie jestem w stanie w zasadzie nic powiedzieć, ponieważ chyba nawet nigdy takiego sprzętu nie dotknąłem. Chodzi o Amigę CD TV. Coś jak prehistoryczna wersja konsoli- bez klawiatury. Nadawało się tylko do grania- znaczy musiało być do bani, dla innych amigowców oczywiście. Co z tego, że 99% właścicieli zwykłych Amig oprócz grania potrafiło Workbencha odpalić (to taki prekursor Windowsa był). Nie ma klawiatury- szrot! Zasady były proste :) Zainspirowany wpisem o Bombermine– współczesnej wersji amigowego klasyka- po ciężkich przemyśleniach stworzyłem swój TOP10. Ranking nieobiektywny, stronniczy i często nie mający pokrycia z opiniami  fachowców ale za to mój własny. Lista gier, które „jarały” mnie w czasach posiadania pierwszego komputera. 10. FLASHBACK – jak na tamte czasy mocno rozbudowana platformówko-przygodówka. Chyba jedna z pierwszych gier, gdzie oprócz poruszania się prawo/lewo, góra/dół, skocz/strzel należało wykorzystać skradanie się, rzucanie przedmiotami w celu odwrócenia uwagi przeciwnika bądź aktywowania jakiegoś przycisku. Pamiętam, że było to cholernie trudne i gry raczej nie ukończyłem. Wersja językowa oczywiście ENG ale to i tak dobrze bo pierwsze kopie jakie dotarły były po francusku. Próbowaliśmy z kumplem „tłumaczyć” z ENG na PL i problemem największym nie był język, tylko grzebanie w HEXach za pomocą edytora Cygnus. Kto nie używał, nie pojmie poziomu męczarni :) 09. CANNON FODDER – gra pozbawiona jakichkolwiek realiów polegająca na poprowadzeniu żołnierzyków i eliminacji wrogów, tak żeby nasi przeżyli. Mnóstwo przypadkowości. Po pewnym...

Read More

Auchan, Tesco i Leclerc- zakupy online

Zakupy spożywcze online wkroczyły pod naszą strzechę. Dłuższy opór nie miał sensu, bo zdrowie mnie opuściło i zasiliło szeregi „wroga”. Zostałem wyznaczony do pełnienia zaszczytnej funkcji „buyera”. Pierwsze podejście uskuteczniałem na szpitalnym łóżku. Jednak odradzam takie rozwiązanie jeśli dostęp do netu w laptopie jest poprzez transmisję danych w smartfonie. Droga przez mękę i stanu zdrowia raczej nie poprawia. Na pierwszy ogień poszło Tesco, potem Leclerc i Auchan. TESCO Plusy: – zdecydowanie na uwagę zasługuje możliwość aktualizacji zamówienia już po jego wysłaniu. Jest to dopuszczalne do godziny 23 w dniu poprzedzającym dostawę. Wygodne, bo można coś w ostatniej chwili dołożyć. – koszty dostawy poniżej 8 PLN – kurier dzwoni i pyta czy może przyjechać trochę wcześniej jeśli ma zapas czasu – duża ilość reklamówek po dostawie, jeśli ktoś potrzebuje – mięso / wędliny- świeże, bez zastrzeżeń – warzywa / owoce- możliwość zakupu na kilogramy lub sztuki. Wystarczy zaznaczyć żądaną opcję Minusy: –  nie wszystko było na stanie. Niby proponują towar jak najbardziej zbliżony, ale czasem mocno uznaniowo. Trafność taka „so, so…”– w innych przypadkach po prostu info, że nie ma w dostawie– jedna cytryna w stanie wskazującym na dłuższe leżakowanie. A nie była „siatkowana” więc raczej babol.– brak możliwości zdefiniowania „listy zakupów”. Jest tylko podgląd „Poprzednio zakupione” bez jakiegoś logicznego sortowania – pakowanie tylko w reklamówki. Kierowca trochę jak „rumun” z tym wygląda – biurokracja przy odbiorze zakupów Layout sklepu średni. Nawigacja również mogłaby być łatwiejsza. Szczególnie przy wyborze kategorii i podkategorii. In minus brak miniaturek przy podkategoriach. Niestety jest ich dużo i to mocno przeszkadza. Przy wielu produktach „teskowych” brak miniaturek ze zdjęciami. Wiem, że są tanie ale jednak… Ogólne odczucia mocno średnie. Bez żalu na tapetę poszedł Leclerc. Ogólna ocena: 3,5 / 5,0 LECLERC Plusy: – godziny dostawy nawet do „24:30”- to z ich strony :) – można zamówić wędliny na wagę – łatwa nawigacja po sklepie – pakowanie w kartony, produkty świeże w przenośnej lodówce – jeden kwit do podpisania przy dostawie. W Tesco było tego pół góry – telefonicznie potwierdzają zamówienie z informacją o brakach, możliwościach zamiany lub dorzucenia czegoś co nie widnieje na stronie (np. filet z łososia). Tesco samo narzucało zamienniki lub nie dostarczało. Minusy: – Chwilami wysokie koszty transportu. Zależne od wagi i wartości zamówienia. Koszty spadają za każde 100 zeta. Można je obniżyć w razie czego dorzucając kilka ramek fajek :) – bardzo toporny koszyk. Opcja zachowania koszyka jest jak dla mnie mało intuicyjna i bardzo łatwo o popełnienie błędu, który skutkuje duplikacją jego zawartości – brak jednego sklepu dla sieci Leclerc. Każde miasto sobie… Trochę czerstwo. – Dość toporne zachowywanie / odzyskiwanie koszyka. Trzeba kilku prób, żeby opanować. Ogólna ocena: 4,0 / 5,0   AUCHAN Plusy: –...

Read More