Wujek Marcin rysuje

Znajomi nas dzisiaj nawiedzili. Półtorej pary, każda ze swoim dzieckiem (G., lat coś koło 3,5 oraz M., 2,5 roku stąpająca po tym świecie). Początek wizyty to wzajemna obserwacja i „wstydzenie się” całego świata. Z minuty na minutę lody topniały, a po około godzinie mieszkanie wypełnione było tupotem małych stóp i radosnym krzykiem szkrabów. W procesie zapoznawania się miała miejsce bardzo rzeczowa rozmowa dwóch małych dam: – A ile masz lat?- pyta G. Na co M. niezgrabnie, ale bardzo pewnie wyciągnęła rączkę i pokazała 3 paluszki, zaokrąglając nieco w górę swój wiek. Jak podrośnie, to nauczy się odejmować sobie lat :) Kiedy proces poznawczy dobiegł końca, młode damy rzuciły się w wir pracy artystycznej. Zostały sprawdzone też moje umiejętności, ku utrapieniu mistrzów sztuki rysowniczej. Bywa… Nie każdy jest geniuszem plastycznym ;) Czy tylko ja jestem tak uzdolniony ??? :(...

Read More
Historia pewnej edukacji: część II
Maj29

Historia pewnej edukacji: część II

Trzecia klasa... Doszły zupełnie nowe przedmioty: miernictwo elektryczne i elektronika. O Dżizys Qrwa… Za co mnie tak pokarało??? O ile z „miernictwa” byłem w stanie cokolwiek pojąć, to „elektronika” była niepotrzebnym zabieraniem miejsca w sali, jak również marnowaniem uwagi sora K. dla mojej osoby (bo uczył nas obydwu przedmiotów). Dlatego uznałem, że moja obecność na tym drugim jest zupełnie zbędna i co jakiś czas wpadałem na „miernictwo”. Elektronikę mieliśmy raz w tygodniu, bodajże, dwie godziny pod rząd. W piątki od 14:35… Nawet nie próbowałem sprawdzić czy tyle wysiedzę ;) Może to zabrzmi brutalnie i dość cynicznie, ale dyrektor J. zachorował, co było najszczęśliwszym zbiegiem okoliczności dla mnie i jakiejś połowy klasy. Ważne, że na początku nauki w trzeciej klasie przyszedł na lekcję z nami, usiadł za biurkiem w sali 29 i zwrwócił się do kolegów S. i K., siedzących w pierwszej ławce tymi oto słowy: „sprawdź listę i wpisz temat”. Wyobrażacie sobie jakie poruszenie zapanowało wśród obecnych? Dziennik znikający pod rozłożystym blatem biurka musiał rozpalić wyobraźnię niejednego faceta. Każdy miał biznes związany z szybkim usprawiedliwieniem jakiejś nieobecności lub co odważniejsi syczeli o dopisanie oceny. Siedziałem wtedy w drugiej ławce, za S. oraz K. i z tego co pamiętam, to przekazywałem kumplom część komunikatów. Nic z tego nie wyszło, bo chyba koledzy nie bardzo chcieli współpracować. Wynikało to po części z zaskakującej, nowej sytuacji, po części ze stresu. Trudno… Nauka nie poszła w las. Na kolejną lekcję fizyki przyszliśmy przygotowani. Nastąpiły zmiany taktyki i przesunięcia „zawodników na boisku”. Ja na bank zająłem miejsca po lewej, obok K., S. chyba usiadł na moim miejscu i zaczęło się „tango z dziennikiem” ;) Zanim zaczęło się „sprawdzanie listy”, to nieobecności od początku dnia były przedłużone. Jeżeli ktoś nie dotarł na fizykę, to miał farta, bo akurat to z reguły przeoczyliśmy;) Jako, że przez 3 lata człowiek był w stanie nauczyć się listy obecności na pamięć to kolega, lub ja, w zależności od zapotrzebowania powoli, niespiesznie recytowaliśmy listę a drugi uzupełniał dziennik w odpowiednich polach ;) Najłatwiej było z miernictwem i elektroniką bo rozgarnięty sor miał pismo tak techniczne, że naśladowanie go było czystą przyjemnością. W zasadzie nie było ograniczeń. Miał delikwent dwie „sztuki” i mierną, a chciał „dostać” czwórkę, to szła czwórka. W takie masie nie było praktycznie opcji przypału. Znaczy raz się sor K. ocknął, że mu dobra ocena u gościa nie pasuje, ale został zakrzyczany :D. Chyba największym hardkorem była jedna fizyka, na której w czasie 3-4 minut podrasowaliśmy dziennik o 52 oceny (!!!) z dwóch przedmiotów, u jednego nauczyciela… biednego sora K. Bez wpadki. Duma i moc ;) Oczywiście prawem serii musiała powinąć się noga, i to dwa razy. Raz poszedł...

Read More

Historia pewnej edukacji: część I

W zamierzchłych czasach, kiedy kończyłem ośmioklasową podstawówkę, należało podjąć strategiczną decyzję: jaką szkołę wybrać. Potem rozpoczynała się batalia „jak ukończyć szkołę”. Ale o tym za chwilę. Nikt mi nie wmówi, że przeciętny (wówczas) piętnastolatek potrafił świadomie dokonać wyboru. W znakomitej większości przypadków wybór szkoły obywał się według kryteriów: – kumpel tam idzie, to idę i ja. Z reguły znaczyło to, że grupa klasowych / szkolnych urwisów przypuszczała szturm na najbliższą zawodówkę celem wspólnego zdobywania wiedzy praktycznej. Czasem była ona związana z planowanym zawodem. – zgodnie z „zainteresowaniami”. Skoro starszy brat ma samochód i umiem wymienić koło to idę do „samochodówki”. Zajebiście… Gdyby Kubica tak myślał, to dzisiaj byłby pewnie mechanikiem w zajezdni autobusowej. – były pojedyncze przypadki, które wtedy w podstawówce (dzisiaj w gimbazjum) potrafiły odpowiedzieć sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: co chcę robić w życiu. I potem to robiły, na szczęście dla siebie i innych. Mój konkretny przypadek, to wybór szkoły przez sugestię rodziców: bo ojciec ma zawód w ręku, stałą robotę. Jak na początek lat dziewięćdziesiątych to była całkiem sensowna argumentacja. Jeszcze się Polacy na dobre nie otrząsneli z kilku dekad komunizmu i kto mógł, to chciał minimalizować ryzyko. Dobre dziecię byłem, raczej nie zbuntowane przeciwko światu to i poszedłem do „wybranej” szkoły. Ja, humanista, wylądowałem w technikum. I o tym będzie ta historia. Nie o codziennym życiu, ale o najciekawszych chwilach spędzonych w murach tamtej budy. Dzisiaj niektóre numery pewnie by nie przeszły. Na szczęście to było „wtedy” :) Niby elektryka prąd nie tyka, ale zderzenie z inną rzeczywistością zwiększało napięcie w baniakach. Pierwsze co rzucało się w oczy, to przymus chodzenia w kapciach. Tak, tak… wtedy coś takiego jak „przymus” istniało. Nikt jakoś z tego powodu nie narzekał. Na korytarzach mieliśmy więc istną rewię kapci, klapek, poprzecieranych skarpet, a czasami nawet palców niuchalców. Trampki były dopuszczalne tylko na poziomie -1 w miejscu zwanym salą gimnastyczną. Taki urok męskiej szkoły. Znaczy dziewczyn w całej szkole było za moich początków bodajże 4 czy 5. Nie licząc kilku kolegów, których klasyfikacja była trudna ;) Dosyć szybko zorientowaliśmy się, że dyganie w papuciach ma swoje dobre strony, bo nauczyciele (szczególnie starej daty) najzwyczajniej w świecie nie wpuszczali w trampałach na lekcję. Skoro nie wpuszcza, to i nie odpyta, prawda? :) Lista nieugiętych powstała dosyć szybko i była wykorzystywana w razie potrzeby. Z tego co pamiętam, to pierwsza klasa upłynęła miło i spokojnie. Nie licząc nauki przekształcania wzorów: a*b + c = d; b= ? Chociaż pamiętam jedną pierwszych lekcji fizyki, z dyrektorem J. Wezwał do odpowiedzi kolegę F. (nr 5 na liście) i pytał o wektory i skalary. Było tego ze 4 czy 5 definicji...

Read More

Znajomości z przeszłości

Znakomita większość znajomości z przeszłości nie jest stanie przetrwać próby czasu. Kontakt przysycha, by po latach przypadkiem załapać drugi oddech. Warto się tym ekscytować, czy lepiej olać temat? Jak sięgam pamięcią, to tych „zapomnianych” znajomości jest całe mnóstwo. Głównie wynika to ze zmiany miejsca zamieszkania i odległości. Ktoś powie, że w dzisiejszych czasach odległość to żaden problem, ale kiedy pomyślę że moje znajomości zaczęły odchodzić w niebyt w czasach kiedy nie było NK i FB ta odległość już nie jest taka nieistotna. Dokładając do tego odrobinę mniejszą popularność telefonów komórkowych i rozmowy za ponad 2 zeta minuta, to robią się idealne warunki, żeby osłabić, albo i przerwać zupełnie jakiekolwiek relacje. Jak tak pożyjemy przez rok czy dwa, potem nie bardzo jest o czym gadać. Niestety przerobiłem to w praktyce bo gdzieś w necie po kilku latach znalazłem (a było to już z 5-6 lat temu) starą znajomą. Napisaliśmy kilka kurtuazyjnych zdań na Skype, które koleżanka podsumowała żartobliwie: spotkamy się kiedyś na kawie, a do domów będziemy się zapraszać jak się polubimy :) W zasadzie racja, bo tylu latach to jak obcy ludzie dla siebie. Nawet kawa nie doszła do skutku, mimo ze mieszkamy (a może mieszkaliśmy, nie wiem, nie rozmawialiśmy od tamtej pory) ze 2-3 kilometry od siebie. Inny przykład to kumpel, ze starej paczki, z którym znamy się już ponad 20 lat. Z tego dobre kilka za nastolatka bujaliśmy się razem ganiając za piłką, a jeszcze więcej czasu spędzając przed kompem, bo kolega był wtedy szpanerem posiadającym Commodore. Kontakt się urwał zupełnie na 10 lat mniej więcej. Kilka miesięcy temu bezduszny FB pozwolił mi go namierzyć. Nawet się na bronko umówiliśmy. Nie doszło do skutku bo wtedy faktycznia jakaś zaraza grypy szalała i się kumpel rozłożył. Na browara idziemy do dziś i jakoś dojść nie możemy. A dzieli nas może z 5 km… Znajomości z przeszłości to nie teraźniejszość. Brutalne, ale prawdziwe. Wniosek jest prosty: namierzasz znajomego z przeszłości, to ustaw spotkanie jak najszybciej. Nie dojdzie do skutku? Pieprz to, bo szkoda czasu na mielenie w głowie że może jutro, za tydzień. Może samo wyjdzie za kolejne 10 lat. EDIT: Genialnie sytuację podsumowała anuleksa: Lepiej nie odgrzewać kotletów, z których panierka już dawno odpadła.   Nie zapominaj, że w każdej chwili możesz polubić ten wpis lajkując poniżej. Albo całą stronę na  FB, jeśli wolisz. fot. sxc.hu...

Read More
Lord Vader i ona jedna
Maj27

Lord Vader i ona jedna

26 maja z niezapowiedzianą wizytą w Warszawie pojawił się Lord Vader. Plotka mówi, że był też Chewbacca. Kudłaty zerwał z awanturniczym życiem, ostrzygł się i chce pozostać anonimowy w nowej skórze ;) Jednak wyszło szydło z worka.  Lord Vader przybył do Polski w poszukiwaniu żony....

Read More
Ich troje
Maj26

Ich troje

...

Read More

UPC Polska – mistrzowie żenady

22 maja 2013 UPC Polska dostarczyło mi kolejną porcję absurdów, więc z przyjemnością się nimi podzielę. Prawie 3 miesiące temu opisywałem jak „konsultantka” UPC Polska nie potrafiła ogarnąć zlecenia na podniesienie szybkości internetu z 30 do 120 MB/s. W końcu jakoś poszło i mogłem cieszyć uśmiech lepszym łączem. Po jakimś czasie coś z tym internetem zaczęło być „nie halo”, ale jakoś tak schodziło, schodziło i nie mogłem się zebrać, żeby to sprawdzić. Chwilami sam sobie tłumaczyłem, że to może wina Wi-Fi, może coś komp muli. Powiedzmy, że temat mi przeszkadzał średnio. Przyszedł jednak taki dzień, że zebrałem się w sobie i sprawdziłem co w tym UPC Polska piszczy. Zacząłem od przetestowania prędkości netu bezprzewodowego. Wg serwisu Speedtest wyszło 30 Mb/s. Pierwsza myśl- jakaś awaria, może program antywirusowy przymula. Wyłączyłem ochronę, odpalam test i widzę 30 MB/s. Krok drugi: podpinam się z kompem do routera po kablu. Wynik testu: 30 MB/s. Zdziwko lekkie mnie wzięło, bo cała idelogia legła w gruzach. Również ta lansowana przez pomoc techniczną UPC Polska, mówiąca o tym, że po Wi-Fi transfer jest niższy niż po kablu, prawie zawsze. A skoro testy wykazują to samo, to pozostało tylko jedno wyjście: sprawdzenie co jest w papierach. Znaczy w fakturach. Szybkie zalogowanie na konto klienta i oto co widzę: Powyższe zmotywowało mnie do wydrukowania wszystkich faktur (dobrze, że było ich tylko 6) i dokładniejszego przyjrzenia się im: – faktura listopadowo-grudniowa. Bez zastrzeżeń, bo obejmowała miesiąc z kawałkiem i siłą rzeczy musiała być wyższa niż standardowe 142 PLN. Gwoli przypomnienia- nie ma na tej fakturze opłaty instalacyjnej, bo wynegocjowałem usługę gratis, ponieważ na pierwszy termin montażu technik nie dotarł… Nie miał do mnie numeru telefonu i nie mógł uprzedzić. A nie była to pierwsza wpadka UPC Polska. Na etapie analizy oferty jeden z ich „domokrążców” przedstawicieli handlowych, z którym rozmawiałem bez mojej wiedzy umówił mi montaż podając przy tym lipny PESEL, co powodowało błędne dane na umowie. Wszystko prawdopodobnie po to, żeby mu prowizja wpadła. Szczegóły czemu jemu są mało istotne. Taki mają mechanizm wynagradzania. – faktura styczniowa – trochę niższa od oczekiwanej, bo zrezygnowałem z promocyjnego pakietu HBO i Bezpieczeństwo. Zaliczki są pobierane górką, więc korygowali. Czyli jest OK. – luty: 142 PLN na fakturze. Jest sielankowo wręcz :) – marzec / kwiecień / maj: każda kwota inna.  Parafrazując reklamę pewnego banku: UPC Polska, ŁAJ ??? Nie mogąc znaleźć logicznego wytłumaczenia wysokości faktur zacząłem analizować poszczególne na nich pozycje. Ku swemu zdziwieniu zobaczyłem: UPC Polska wyjaśnia Mamy więc luty „po staremu”, marzec- ze zleceniem zwiększenia internetu i kwiecień… z internetem 30 MB/s. WTF ??? Przecież miało być 120 MB/s. Pora na telefon do przyjaciela-konsultanta. Pomny doświadczeń spodziewałem się wszystkiego...

Read More
EROtrends 2013
Maj13

EROtrends 2013

Dzisiaj będzie nietypowo, bo „zdjęciowo”: wizyta na targach EROtrends. Organizatorzy zachwalali niesamowicie, więc grzechem byłoby się skusić. Wrażenia ogólne takie sobie. Wystawców stosunkowo niewielu, ale być może wynikało to z deklaracji nieobecności twardej pornografii. Z automatu sporo firm poleciało ;) Jednak i tak było na co popatrzeć. Najbardziej nastawiałem się na bodypainting i siurpriza, bo był to najgorszy fragment imprezy. Zawsze mi się to kojarzyło z jakimiś farbkami czy coś w ten deseń.  Tu na kanapie leżała jedna modelka i dwoje ludków coś przy niej rzeźbiło jakimiś flamastrami. Ani to na kolana nie rzucało, ani tym bardziej nie zatrzymywało w miejscu, bo nanoszenie wzorków szło jak „… w deszcz”. Bywa. Reszta całkiem OK, nie będę się specjalnie rozpisywał. Zdjęcia mówią więcej. NA „DZIEŃ DOBRY” Okazało się, że pasy cnoty również nie są zarezerwowane tylko dla pań. Jak równouprawnienie, to równouprawnienie.  TORNADOVSKY BODYPAINTING SHIBARI BURLESKA – PIN UP CANDY Zdecydowanie najlepszy występ, jaki tam widziałem. Delikatna muza + pląsające dziewczę tworzyły ciekawy efekt. DRAG QUEEN – KIM LEE MAPOUKA & DANCEHALL – SZKOŁA TAŃCA UANGA Jednym okiem widziałem występ Bad Boysów, ale jakoś bez większych emocji. BDSM Show akurat nie robili. Ktoś jeszcze był, widział? Jakie wrażenia?...

Read More
Majowa Lili
Maj11

Majowa Lili

...

Read More

India Express: chicken madras

Kilka miesięcy temu podjąłem bohaterską próbę zmierzenia się z jednym z najostrzejszych podobno dań w Warszawie: mutton madras G25 w India Express. Niestety przy zamawianiu popełniłem błąd, wynikający z mojej niewiedzy- nie wziąłem żadnego dodatku. Jak to się mogło skończyć łatwo się domyśleć. Posiłkowanie się odrobiną jakiejś sałatki, tudzież kawałkiem pieczywa typu Wasa nie zmieniło ogólnego stanu rzeczy i mniej więcej po „zjedzeniu” 2/3 porcji musiałem uznać wyższość przeciwnika. Straszliwa to porażka dla kogoś, kto lubi ostre jedzenie… Król Julian nawet powiedziałby: HAŃBA CI!!! Gdybym był dawnym japońskim samurajem, to tylko seppuku by mi zostało. Buk pozwolił, że żyję w cywilizowanym kraju (chyba) i mogłem podjąć próbę odkupienia swoich win. Bardziej po polsku można to wytłumaczyć hasłem „Co, ja nie zjem? Ja?” Tym razem wybór padł na danie o identycznym stopniu ostrości (5 papryczek)- chicken madras (G11). Czyli kurczak chyba marynowany w czymś czerwonym, w sosie koloru prawie wyblakłego pomidora, z odrobiną dziwnego makaronu a’la tasiemiec… Ponieważ wcześniejsza jagnięcina była dla mnie zbyt nafaszerowana capiącymi ziołami wyszedłem z założenia, że ta drobna modyfikacja nie będzie miała wpływu na wykonanie zadania. Liczy się „pożar w dupie”, a nie to co na wejściu:) Zamówiliśmy więc z kolegą potrawy (on wybrał inną, bo 5 papryczek już ma „odfajkowane”). Po dostawie sytuacja niecodzienna: dwóch zamawia jedzenie, 4 płacze i smarka ile wejdzie. Przecież nie wypadało się nie podzielić, chociaż trochę ;) Potrawa była mistrzowska. Paliła fefnaście razy bardziej niż ogień piekielny, ale z dodatkiem w postaci ryżu dało radę. Plama na honorze wywabiona. Polecam wszystkim zamówienie ostrego dania z India Express jako pokutę, bądź dobrą kurację przeczyszczającą przełyk (również) :)...

Read More

progressive – eliminacje

Progressive – eliminacje to mocno zmiksowane chyba wszystkie talent-show w naszym kraju. Główna bohaterka, dziewczyna, chciałbym napisać że bliżej nieokreślona, ale to nie byłaby prawda. Przybrała bowiem postać Aleksandry Długosz. Czyli nie da się ukryć, jest to kobieta :) Dziewczę (czy też „kobiecię”) ;) bierze udział w castingu ponieważ marzy jej się kariera wokalna. Konfrontacja z jurorami sprowadza ją na ziemię, bo ich komentarze często nie są ani sensowne, ani tym bardziej uzasadnione. Na początku bohaterka ufa wszystkim wokół, potem wraz z upływem czasu przechodzi metamorfozę i odkrywa co tak na prawdę jest w życiu ważne. Okazuje się, że jednak nie kariera. Czyli happy end jest. Akcja toczy się we wręcz ascetycznej scenerii. Na scenie trzy krzesła, miniaturowy podest „castingowy”, gdzieś w kącie fotel i stół jurorów. Na ścianach kilka ekranów, na których wyświetlany jest obraz z prawdziwej kamery, którą obsługuje najprawdziwszy w świecie operator. Na początku myślałem, że to ściema ale prawda była brutalna i widownia musiała się zmierzyć z „karierą telewizyjną” niektórych z nich:) Ciekawy pomysł. Najmocniejszym punktem programu była główna bohaterka. O tyle mnie to zaskoczyło, że obawiałem się iż nazwiska jurorów mogą ją „przykryć”. Dobrze było się pomylić. Na śpiewaniu się nie znam, więc mogę napisać tylko, że mnie osobiście jej śpiew się bardzo podobał. Piosenki, które wykonywała nic mi nie mówiły, ale może to i lepiej bo nie było z czym porównywać. Mistrz Zamachowski wcielił się w rolę jakiegoś jurora erotomana-gawędziarza. Był monotematyczny w swoich kudłatych myślach, jednak za każdym razem trochę inaczej. Paweł Królikowski to ten zły policjant. O ile jego wygłaszane przez niego kwestie nie odbiegały od poziomu pozostałej dwójki, to wniósł do spektaklu trochę krzyku i dynamiki. Zapewne wpływ na to miał dosyć luzacki strój i fryzura wkurzonego Szopena, połączona z przesadną gestykulacją. A ja myślałem, że tylko w Ranczo gra ;) Na koniec jurorska gwiazda- Katarzyna Groniec. Zmienna bardziej niż chorągiewka przy huraganie, epatująca lekceważeniem jeszcze większym niż Kuba Wojewódzki. Do kompletu jej bohaterka była karykaturalnie głupawa jak dla mnie, jednak trzymało się to wszystko przysłowiowej kupy: nieśmiała marzycielka i troje „władców”, od których zależy być albo nie być kandydata. Chociaż może lepiej pasuje „śpiewać, albo nie śpiewać”. Jedyne co mnie zastanawia to dwukrotnie pojawiające się obawy dziewczyny: czy to prawda, że wczoraj widziano go z jakąś tam… OK., rozumiem przesłanie, ale nie widzę żadnej spójności z całym przedstawieniem. Żadne wydarzenia przed, ani po nijak do tego nie nawiązują. Coś jakby w utwór metalowy wpleść kilka sekund disco polo. Nie mam pojęcia jak to wytłumaczyć, ale pewnie dlatego nie jestem reżyserem:) Całościowo spektakl wypada całkiem pozytywnie. Jest spora dawka humoru, chwilami abstrakcyjnego. Jest kameralna scena, której minimalizm ma w sobie to „coś”....

Read More