India Express: chicken madras

Kilka miesięcy temu podjąłem bohaterską próbę zmierzenia się z jednym z najostrzejszych podobno dań w Warszawie: mutton madras G25 w India Express. Niestety przy zamawianiu popełniłem błąd, wynikający z mojej niewiedzy- nie wziąłem żadnego dodatku. Jak to się mogło skończyć łatwo się domyśleć. Posiłkowanie się odrobiną jakiejś sałatki, tudzież kawałkiem pieczywa typu Wasa nie zmieniło ogólnego stanu rzeczy i mniej więcej po „zjedzeniu” 2/3 porcji musiałem uznać wyższość przeciwnika. Straszliwa to porażka dla kogoś, kto lubi ostre jedzenie… Król Julian nawet powiedziałby: HAŃBA CI!!! Gdybym był dawnym japońskim samurajem, to tylko seppuku by mi zostało. Buk pozwolił, że żyję w cywilizowanym kraju (chyba) i mogłem podjąć próbę odkupienia swoich win. Bardziej po polsku można to wytłumaczyć hasłem „Co, ja nie zjem? Ja?” Tym razem wybór padł na danie o identycznym stopniu ostrości (5 papryczek)- chicken madras (G11). Czyli kurczak chyba marynowany w czymś czerwonym, w sosie koloru prawie wyblakłego pomidora, z odrobiną dziwnego makaronu a’la tasiemiec… Ponieważ wcześniejsza jagnięcina była dla mnie zbyt nafaszerowana capiącymi ziołami wyszedłem z założenia, że ta drobna modyfikacja nie będzie miała wpływu na wykonanie zadania. Liczy się „pożar w dupie”, a nie to co na wejściu:) Zamówiliśmy więc z kolegą potrawy (on wybrał inną, bo 5 papryczek już ma „odfajkowane”). Po dostawie sytuacja niecodzienna: dwóch zamawia jedzenie, 4 płacze i smarka ile wejdzie. Przecież nie wypadało się nie podzielić, chociaż trochę ;) Potrawa była mistrzowska. Paliła fefnaście razy bardziej niż ogień piekielny, ale z dodatkiem w postaci ryżu dało radę. Plama na honorze wywabiona. Polecam wszystkim zamówienie ostrego dania z India Express jako pokutę, bądź dobrą kurację przeczyszczającą przełyk (również) :)...

Read More