Historia pewnej edukacji: część II
Maj29

Historia pewnej edukacji: część II

Trzecia klasa... Doszły zupełnie nowe przedmioty: miernictwo elektryczne i elektronika. O Dżizys Qrwa… Za co mnie tak pokarało??? O ile z „miernictwa” byłem w stanie cokolwiek pojąć, to „elektronika” była niepotrzebnym zabieraniem miejsca w sali, jak również marnowaniem uwagi sora K. dla mojej osoby (bo uczył nas obydwu przedmiotów). Dlatego uznałem, że moja obecność na tym drugim jest zupełnie zbędna i co jakiś czas wpadałem na „miernictwo”. Elektronikę mieliśmy raz w tygodniu, bodajże, dwie godziny pod rząd. W piątki od 14:35… Nawet nie próbowałem sprawdzić czy tyle wysiedzę ;) Może to zabrzmi brutalnie i dość cynicznie, ale dyrektor J. zachorował, co było najszczęśliwszym zbiegiem okoliczności dla mnie i jakiejś połowy klasy. Ważne, że na początku nauki w trzeciej klasie przyszedł na lekcję z nami, usiadł za biurkiem w sali 29 i zwrwócił się do kolegów S. i K., siedzących w pierwszej ławce tymi oto słowy: „sprawdź listę i wpisz temat”. Wyobrażacie sobie jakie poruszenie zapanowało wśród obecnych? Dziennik znikający pod rozłożystym blatem biurka musiał rozpalić wyobraźnię niejednego faceta. Każdy miał biznes związany z szybkim usprawiedliwieniem jakiejś nieobecności lub co odważniejsi syczeli o dopisanie oceny. Siedziałem wtedy w drugiej ławce, za S. oraz K. i z tego co pamiętam, to przekazywałem kumplom część komunikatów. Nic z tego nie wyszło, bo chyba koledzy nie bardzo chcieli współpracować. Wynikało to po części z zaskakującej, nowej sytuacji, po części ze stresu. Trudno… Nauka nie poszła w las. Na kolejną lekcję fizyki przyszliśmy przygotowani. Nastąpiły zmiany taktyki i przesunięcia „zawodników na boisku”. Ja na bank zająłem miejsca po lewej, obok K., S. chyba usiadł na moim miejscu i zaczęło się „tango z dziennikiem” ;) Zanim zaczęło się „sprawdzanie listy”, to nieobecności od początku dnia były przedłużone. Jeżeli ktoś nie dotarł na fizykę, to miał farta, bo akurat to z reguły przeoczyliśmy;) Jako, że przez 3 lata człowiek był w stanie nauczyć się listy obecności na pamięć to kolega, lub ja, w zależności od zapotrzebowania powoli, niespiesznie recytowaliśmy listę a drugi uzupełniał dziennik w odpowiednich polach ;) Najłatwiej było z miernictwem i elektroniką bo rozgarnięty sor miał pismo tak techniczne, że naśladowanie go było czystą przyjemnością. W zasadzie nie było ograniczeń. Miał delikwent dwie „sztuki” i mierną, a chciał „dostać” czwórkę, to szła czwórka. W takie masie nie było praktycznie opcji przypału. Znaczy raz się sor K. ocknął, że mu dobra ocena u gościa nie pasuje, ale został zakrzyczany :D. Chyba największym hardkorem była jedna fizyka, na której w czasie 3-4 minut podrasowaliśmy dziennik o 52 oceny (!!!) z dwóch przedmiotów, u jednego nauczyciela… biednego sora K. Bez wpadki. Duma i moc ;) Oczywiście prawem serii musiała powinąć się noga, i to dwa razy. Raz poszedł...

Read More

Historia pewnej edukacji: część I

W zamierzchłych czasach, kiedy kończyłem ośmioklasową podstawówkę, należało podjąć strategiczną decyzję: jaką szkołę wybrać. Potem rozpoczynała się batalia „jak ukończyć szkołę”. Ale o tym za chwilę. Nikt mi nie wmówi, że przeciętny (wówczas) piętnastolatek potrafił świadomie dokonać wyboru. W znakomitej większości przypadków wybór szkoły obywał się według kryteriów: – kumpel tam idzie, to idę i ja. Z reguły znaczyło to, że grupa klasowych / szkolnych urwisów przypuszczała szturm na najbliższą zawodówkę celem wspólnego zdobywania wiedzy praktycznej. Czasem była ona związana z planowanym zawodem. – zgodnie z „zainteresowaniami”. Skoro starszy brat ma samochód i umiem wymienić koło to idę do „samochodówki”. Zajebiście… Gdyby Kubica tak myślał, to dzisiaj byłby pewnie mechanikiem w zajezdni autobusowej. – były pojedyncze przypadki, które wtedy w podstawówce (dzisiaj w gimbazjum) potrafiły odpowiedzieć sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: co chcę robić w życiu. I potem to robiły, na szczęście dla siebie i innych. Mój konkretny przypadek, to wybór szkoły przez sugestię rodziców: bo ojciec ma zawód w ręku, stałą robotę. Jak na początek lat dziewięćdziesiątych to była całkiem sensowna argumentacja. Jeszcze się Polacy na dobre nie otrząsneli z kilku dekad komunizmu i kto mógł, to chciał minimalizować ryzyko. Dobre dziecię byłem, raczej nie zbuntowane przeciwko światu to i poszedłem do „wybranej” szkoły. Ja, humanista, wylądowałem w technikum. I o tym będzie ta historia. Nie o codziennym życiu, ale o najciekawszych chwilach spędzonych w murach tamtej budy. Dzisiaj niektóre numery pewnie by nie przeszły. Na szczęście to było „wtedy” :) Niby elektryka prąd nie tyka, ale zderzenie z inną rzeczywistością zwiększało napięcie w baniakach. Pierwsze co rzucało się w oczy, to przymus chodzenia w kapciach. Tak, tak… wtedy coś takiego jak „przymus” istniało. Nikt jakoś z tego powodu nie narzekał. Na korytarzach mieliśmy więc istną rewię kapci, klapek, poprzecieranych skarpet, a czasami nawet palców niuchalców. Trampki były dopuszczalne tylko na poziomie -1 w miejscu zwanym salą gimnastyczną. Taki urok męskiej szkoły. Znaczy dziewczyn w całej szkole było za moich początków bodajże 4 czy 5. Nie licząc kilku kolegów, których klasyfikacja była trudna ;) Dosyć szybko zorientowaliśmy się, że dyganie w papuciach ma swoje dobre strony, bo nauczyciele (szczególnie starej daty) najzwyczajniej w świecie nie wpuszczali w trampałach na lekcję. Skoro nie wpuszcza, to i nie odpyta, prawda? :) Lista nieugiętych powstała dosyć szybko i była wykorzystywana w razie potrzeby. Z tego co pamiętam, to pierwsza klasa upłynęła miło i spokojnie. Nie licząc nauki przekształcania wzorów: a*b + c = d; b= ? Chociaż pamiętam jedną pierwszych lekcji fizyki, z dyrektorem J. Wezwał do odpowiedzi kolegę F. (nr 5 na liście) i pytał o wektory i skalary. Było tego ze 4 czy 5 definicji...

Read More