Historia pewnej edukacji: część II

Trzecia klasa... Doszły zupełnie nowe przedmioty: miernictwo elektryczne i elektronika. O Dżizys Qrwa… Za co mnie tak pokarało??? O ile z „miernictwa” byłem w stanie cokolwiek pojąć, to „elektronika” była niepotrzebnym zabieraniem miejsca w sali, jak również marnowaniem uwagi sora K. dla mojej osoby (bo uczył nas obydwu przedmiotów). Dlatego uznałem, że moja obecność na tym drugim jest zupełnie zbędna i co jakiś czas wpadałem na „miernictwo”. Elektronikę mieliśmy raz w tygodniu, bodajże, dwie godziny pod rząd. W piątki od 14:35… Nawet nie próbowałem sprawdzić czy tyle wysiedzę ;)
Może to zabrzmi brutalnie i dość cynicznie, ale dyrektor J. zachorował, co było najszczęśliwszym zbiegiem okoliczności dla mnie i jakiejś połowy klasy. Ważne, że na początku nauki w trzeciej klasie przyszedł na lekcję z nami, usiadł za biurkiem w sali 29 i zwrwócił się do kolegów S. i K., siedzących w pierwszej ławce tymi oto słowy: „sprawdź listę i wpisz temat”. Wyobrażacie sobie jakie poruszenie zapanowało wśród obecnych? Dziennik znikający pod rozłożystym blatem biurka musiał rozpalić wyobraźnię niejednego faceta. Każdy miał biznes związany z szybkim usprawiedliwieniem jakiejś nieobecności lub co odważniejsi syczeli o dopisanie oceny. Siedziałem wtedy w drugiej ławce, za S. oraz K. i z tego co pamiętam, to przekazywałem kumplom część komunikatów. Nic z tego nie wyszło, bo chyba koledzy nie bardzo chcieli współpracować. Wynikało to po części z zaskakującej, nowej sytuacji, po części ze stresu. Trudno… Nauka nie poszła w las. Na kolejną lekcję fizyki przyszliśmy przygotowani. Nastąpiły zmiany taktyki i przesunięcia „zawodników na boisku”. Ja na bank zająłem miejsca po lewej, obok K., S. chyba usiadł na moim miejscu i zaczęło się „tango z dziennikiem” ;) Zanim zaczęło się „sprawdzanie listy”, to nieobecności od początku dnia były przedłużone. Jeżeli ktoś nie dotarł na fizykę, to miał farta, bo akurat to z reguły przeoczyliśmy;) Jako, że przez 3 lata człowiek był w stanie nauczyć się listy obecności na pamięć to kolega, lub ja, w zależności od zapotrzebowania powoli, niespiesznie recytowaliśmy listę a drugi uzupełniał dziennik w odpowiednich polach ;) Najłatwiej było z miernictwem i elektroniką bo rozgarnięty sor miał pismo tak techniczne, że naśladowanie go było czystą przyjemnością. W zasadzie nie było ograniczeń. Miał delikwent dwie „sztuki” i mierną, a chciał „dostać” czwórkę, to szła czwórka. W takie masie nie było praktycznie opcji przypału. Znaczy raz się sor K. ocknął, że mu dobra ocena u gościa nie pasuje, ale został zakrzyczany :D. Chyba największym hardkorem była jedna fizyka, na której w czasie 3-4 minut podrasowaliśmy dziennik o 52 oceny (!!!) z dwóch przedmiotów, u jednego nauczyciela… biednego sora K. Bez wpadki. Duma i moc ;)

Oczywiście prawem serii musiała powinąć się noga, i to dwa razy. Raz poszedł przypał na matmie, bo w zastępstwie przez rok uczyła nas inna sorka. Cholera, pisała piórem. Mimo największych starań żaden długopis nie chciał pisać tak samo, a piórem nie dysponowaliśmy. Sorka się zorientowała, ale coś kolega przyczarował, Niemca przypalił i się rozmyło. Drugi przypał sam sobie zafundowałem, bo mi się nie chciało zakuwać bezsensownych formułek na przysposobienie obronne: „krew koloru fusów czarnej kawy” i jeszcze kilka innych słabych tekstów, które były konikiem naszego nauczyciela, notabene vice-dyra. Zafundowałem sobie więc klasyczne 3+ z odpowiedzi i się skurkowany skapnął… Kontrolnie ze 2 miesiące mnie na lekcji nie widział, bo chciałem mu dać czas żeby ochłonął ;) Potem wykuty na blachę, chyba po raz pierwszy w tej szkole, zjawiłem się na PO i dyro zapytał: ty dostawiałeś ocenęJa– odpowiedziałem… A on na to: nie rób tak więcej. Zadał 2 pytania i postawił 3+ :)

Wracając do mojej „ulubionej” elektroniki… Wieść gminna niesie, że sor specjalnie kumaty nie był. Podobno któregoś dnia chłopaki z klasy „B” mu zapieprzyli kajecik A4, w którym chłopina miał konspekty. Nie był w stanie bez tego lekcji poprowadzić :) W sumie to dobrze mieć takiego belfra. Można praktycznie bezkarnie na lekcje nie chodzić, a mimo wszystko mieć państwowe oceny. Jak ja, na przykład. W drugim półroczu 3 klasy cząstkowe oceny z elektroniki miałem same „trójeczki”. Uczciwie sam je sobie wstawiłem. Nie miałem sumienia sora fatygować :)

Swoje piętno na uczniach odcisnął jeszcze sor M., pseudonim Tuti. To był dziadunio emeryt, który sobie dorabiał jako nauczyciel przedmiotu zawodowego zwanego „urządzenia elektryczne”. Facet z niesamowitą charyzmą. Był chyba jedynym nauczycielem, który nigdy nie podniósł głosu. Po prostu wchodził do sali, sprawdzał listę i zaczynał prowadzenie lekcji. Latające muchy wtedy było słychać. Dość powiedzieć, że któregoś dnia, w tzw. Dzień Wagarowicza, zamieniliśmy się z inną klasą, z innej szkoły. Taki „fun”: nasza klasa wbiła do bardziej „dziewczyńskiej” szkoły, do „ekonomika”, a panny przyszły do naszej. A my na ostatnią lekcję wróciliśmy, bo Tuti zapowiedział klasówkę. Takie miał gość u nas poważanie. A może strach wzbudzał po prostu. Nauczyciel miał jednego bzika: zagadnienia BHP. Wałkował to niemiłosiernie, na wszystkie możliwe sposoby. Bardzo lubił robić niezapowiedziane kartkówki: jedno pytanie, jeden schemat. 2-3 zdania opisu, 10 minut. Na początku bolało, bo pula pytań była szeroka, a on szczególarz ostro oceniał. I na to znalazł się sposób, prosty: każdy miał przygotowany pełen zestaw gotowców. Kiedy Tuti rzucał hasło, pozostało tylko wyjąć właściwą :) W 90% przypadków się udawało osiągnąć zamierzony cel.

historia mojej edukacjiW czwartej klasie też było wesoło. Trafił nam się nauczyciel geografii: siwy dziadziuś. Taki miał talent pedagogiczny jak ja do baletu, ale to on siedział po tej bezpieczniejszej strony dziennika. Uwielbiał cyfry i tabelki. Całe klasówki to były liczby. Mało tego! Wymagał dokładności takiej jak w książkach. Jak pytał o wydobycie węgla gdzieśtam, kiedyśtam i książka zeznawała, że było to 29,86 czegośtam, a delikwent pisał 30, to nie zaliczał odpowiedzi. Kretyn. Wiadomo, że nikt nie będzie zakuwał danych po przecinku, więc trzeba było znaleźć sposób na przeciwnika. Okazało się łatwiejsze niż ustawa przewiduje. Facet miał dwa „felery”: po pierwsze cyfrę „cztery” pisał jako zamkniętą… Dla nikogo nie było problemem dostać z klasówki „sztukę”, a poten na religii, u księdza R., dopiać poziomą kreseczkę :) No, ale ileż można księdza wykorzystywać ;) Drugą opcję nam dziadek geograf sam podpowiedział na jednej z klasówek. Dwie grupy dostały to samo pytanie. Czyli zgred nie przygotowywał się specjalnie i szedł na żywioł. Od tamtej pory na, a jakże, religii klasa grzecznie siadała na miejscach, następpował podział pytań z danego mteriały i na klasówce sor swoje, klasa swoje. Raz tylko złapał kumpla na podkładaniu gotowca i postawił bombę. Cóż… nie ma ryzyka, nie ma zabawy :)

Była też młoda nauczycielka od „urządzeń elektrycznych”. Wiedzę miała trochę większą od mojej. Z drugiej strony była jedną z niewielu, jeśli nie jedyną na świecie, osobą dla której w motocyklach były montowane „silniki na prąd spalinowy” :D Tego to nawet ja bym nie wymyślił, a herezje różne potrafiłem głosić. U niej też się fajnie zaliczało klasówki… „Sorko, zapomniałem książki. Mogę pożyczyć na chwilę”? Nikomu wiedzy nie chciała odmawiać. A w książce na końcu każdego rodziału była lista pytań kontrolnych. Nawet się dziewczyna nie wysilała, żeby własne wymyslać, tylko zaznaczała „kółeczkiem”, które będą na sprawdzianie i jeszcze oznaczała która grupa je dostanie.

Echs… to były czasy szalone :) Pamięć już nie ta i historia pewnej edukacji ma sporo braków, ale co ciekawsze chyba udało mi się odtworzyć:) Inne wspomnienia w części pierwszej.

Ktoś miał podobne przeżycia? :)

Author: YOeLL

Share This Post On