Historia pewnej edukacji: część I

W zamierzchłych czasach, kiedy kończyłem ośmioklasową podstawówkę, należało podjąć strategiczną decyzję: jaką szkołę wybrać. Potem rozpoczynała się batalia „jak ukończyć szkołę”. Ale o tym za chwilę. Nikt mi nie wmówi, że przeciętny (wówczas) piętnastolatek potrafił świadomie dokonać wyboru. W znakomitej większości przypadków wybór szkoły obywał się według kryteriów:
– kumpel tam idzie, to idę i ja. Z reguły znaczyło to, że grupa klasowych / szkolnych urwisów przypuszczała szturm na najbliższą zawodówkę celem wspólnego zdobywania wiedzy praktycznej. Czasem była ona związana z planowanym zawodem.
– zgodnie z „zainteresowaniami”. Skoro starszy brat ma samochód i umiem wymienić koło to idę do „samochodówki”. Zajebiście… Gdyby Kubica tak myślał, to dzisiaj byłby pewnie mechanikiem w zajezdni autobusowej.
– były pojedyncze przypadki, które wtedy w podstawówce (dzisiaj w gimbazjum) potrafiły odpowiedzieć sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: co chcę robić w życiu. I potem to robiły, na szczęście dla siebie i innych.

Mój konkretny przypadek, to wybór szkoły przez sugestię rodziców: bo ojciec ma zawód w ręku, stałą robotę. Jak na początek lat dziewięćdziesiątych to była całkiem sensowna argumentacja. Jeszcze się Polacy na dobre nie otrząsneli z kilku dekad komunizmu i kto mógł, to chciał minimalizować ryzyko. Dobre dziecię byłem, raczej nie zbuntowane przeciwko światu to i poszedłem do „wybranej” szkoły.

Ja, humanista, wylądowałem w technikum. I o tym będzie ta historia. Nie o codziennym życiu, ale o najciekawszych chwilach spędzonych w murach tamtej budy. Dzisiaj niektóre numery pewnie by nie przeszły. Na szczęście to było „wtedy” :)

Niby elektryka prąd nie tyka, ale zderzenie z inną rzeczywistością zwiększało napięcie w baniakach. Pierwsze co rzucało się w oczy, to przymus chodzenia w kapciach. Tak, tak… wtedy coś takiego jak „przymus” istniało. Nikt jakoś z tego powodu nie narzekał. Na korytarzach mieliśmy więc istną rewię kapci, klapek, poprzecieranych skarpet, a czasami nawet palców niuchalców. Trampki były dopuszczalne tylko na poziomie -1 w miejscu zwanym salą gimnastyczną. Taki urok męskiej szkoły. Znaczy dziewczyn w całej szkole było za moich początków bodajże 4 czy 5. Nie licząc kilku kolegów, których klasyfikacja była trudna ;) Dosyć szybko zorientowaliśmy się, że dyganie w papuciach ma swoje dobre strony, bo nauczyciele (szczególnie starej daty) najzwyczajniej w świecie nie wpuszczali w trampałach na lekcję. Skoro nie wpuszcza, to i nie odpyta, prawda? :) Lista nieugiętych powstała dosyć szybko i była wykorzystywana w razie potrzeby.

Z tego co pamiętam, to pierwsza klasa upłynęła miło i spokojnie. Nie licząc nauki przekształcania wzorów: a*b + c = d; b= ? Chociaż pamiętam jedną pierwszych lekcji fizyki, z dyrektorem J. Wezwał do odpowiedzi kolegę F. (nr 5 na liście) i pytał o wektory i skalary. Było tego ze 4 czy 5 definicji i musiałby się człowiek bardzo starać, żeby tego nie zapamiętać. Kolega zapamiętał i wyrecytował, ładnie rączki za plecami trzymając i nie oczekując podpowiedzi nowyc kolegów. W sali zdało się słyszeć pomruk podziwu. Może nawet komuś wymknęło się ciche „KUJON”. Dyro wysłuchał i swoim flegmatycznym głosem powiedział „uczeń F. otrzymuje ocenę MIERNĄ”. Tego dnia co najmniej 26 ludzkich (bo chyba nas 27 było) istnień musiało na nowo poskładać swój świat porzucając wiarę, że z fizyki można dostać lepszą ocenę. Życie tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że na fizie max. co można dostać, to jest „3”. Z tego co pamiętam, to było kilka (4-5) wiekopomnych wydarzeń, kiedy J. z klasówki lub odpowiedzi postawił „4”, gdzie przynajmniej połowę puli zgarnął kolega W. On był chyba jedynym z 27, który niewzruszenie ogarniał fizykę :) Po nim pod tablicę trafiły jeszcze „numerki” 10, 15, 20 i 25. Prawie pewnym jest, że skończyli podobnie jak F. Albo gorzej. Dyro J. był wymagający z natury. Z jednej klasówki dostałem soczystą bombę, bo w zadaniu były podane „km/h”, a do wzoru podstawiało się „m/s”, a ja nie rozpisałem wyliczenia tylko podstawiłem z pamięci. Mimo, że wynik był poprawny to przez brak jednej linijki było 0 pkt. Bądź mądry i się kłóć. Ja od tamtej pory mam wryte w baniak, że 72 km/h = 20 m/s.

I jeszcze matematyka… Moja klasa trafiła na „sorkę” S. Z pierwszej klasówki u niej dostałem „mierny minus”.  Jakoś się moja matka podpytywała wśród znajomych czy ona taka ostra itd… Jak to matki, kiedy muszą przywyknąć, że czerwony pasek na świadectwie to tylko w podstawówce. W średniej co najwyżej na dupie może być :/ Podobno ktoś jej powiedział, że jak S. stawia mierny, to nie jest źle bo to jej sposób motywacji do pracy, że widzi w uczniu potencjał… We mnie widziała potencjał do ostatniej lekcji, w ostatniej klasie. Nigdy się to nie przerodziło w głębsze uczucie ;)

Chociaż mi jeszcze jeden temat umknął. Lekcje religii mieliśmy z księdzem. Młody, przypakowany, po prostu sportowiec. Pewnego pięknego dnia na religii, w rzędzie pod oknem idzie wielki brecht. Od ostatniej ławki do przodu przesuwa się karteczka, a śmiech się nasila. Bilecik trafia na pierwszą ławkę, koledzy zapodają księdzu na biurko. Ten wybucha radośnie szczerym rechotem i czyta: kto dzisiaj rano walił konia niech się uśmiechnie :) Heh… miało się kiedyś te 15-16 lat.

Byłbym zapomniał: warsztaty. Czyli praktyczna nauka (?) zawodu. Praktycznie ta praktyka sprowadzała się do 5 godzin obijania się w halach albo „salach”. Chyba najciekawszym zajęciem było smażenie kiełbasek na kuźni u dziadka, którego nazwiska nie pamiętam. Plus te jego niezapomniane „przyłóż po kawalersku młoteczkiem”. Młoteczek ważył 5kg, a dziadek nadawał tempo, postukując małym młotkiem o kowadło. Poza tym była szara, zimna rzeczywistość i wypatrywanie, czy instruktor przyjdzie na zajęcia „po setce”, czy też może akurat było jakiegoś Stanisława lub Jerzego i trzeba być wyrozumiałym.

W drugiej klasie chyba nie było żadnych spektakularnych zmian w przedmiotach. Nauczyciele też nic wielkiego nie wymyślali. Ot, po prostu zwykła wojna podjazdowa na zasadzie kto kogo przechytrzy. W zasadzie rok szkolny bez historii. Znaczy raczej z historią, a konkretnie z sorką M., która nas jej uczyła. Może to i dobra kobiecina była, ale chwilami cholernie niesprawiedliwa. Co gorsza jedyny punkt widzenia jaki uznawała, to był jej własny. Dyskusje nie były możliwe, bez względu na to jak bredziła. Nie na historyczne tematy, bo tego bym nie zanegował. Z niewiadomych mi przyczyn (bo wtedy jeszcze byłem miłym chłopcem, który nie chodził na wagary), postawiła mi miernioszkę na koniec roku. Ja młody, ambitny chciałem podważyć tą ocenę na egzaminie komisyjnym. Gdybym wiedział, to zacząłbym już wtedy przekonywać poseł Pawłowicz, że seks nie jest zły. Uszczerbek na zdrowiu byłby mniejszy, ale o tym miałem się przekonać dopiero w następnej klasie: trzeciej.

Jednak coś jeszcze sobie przypomniałem. Końcówki roku to w każdej szkole nagły przypływ wiedzy, do każdej głowy. Bez wyjątku. Poprawianie ocen (u nauczycieli), watahy chcących dodatkowo odpowiadać, pisać mogły przyprawić belfrów o odruch wymiotny. Było nas chyba 4 albo 5, którzy zapragnęli błysnąć państwową oceną z przedmiotu „pracownia elektryczna”. Zajęcia prowadziła sorka P., będąca wzrostu bardzo mikrego, co zupełnie nie szło w parze z jej charakterem, który był bardzo zasadniczy. „Pracownia” to jedyny przedmiot, z którego każdy uczeń, w każdej chwili mógł dowiedzieć się co mu grozi na półrocze czy koniec roku. Sorka P. stosowała metodę prostą jak budowa cepa: „piątka” była warta 5,0 pkt., „pięć minus”- 4,7 pkt, „cztery plus”- 4,5 pkt… i tak dalej aż do „niedostatecznej” za 1 punkt. Myli się ten, kto myśli, że to koniec skali. Po „sztuce”, „dzidzie” były jeszcze dwa stopnie do piekła: „niedostateczny minus” premiujący delikwenta 0,7 pkt i killer: „niedostateczny z krzykiem” za oszałamiające 0!!! punktów. Oceny cząstkowe były przez sorkę przeliczna na punkty, dodawane do siebie i dzielone przez ich ilość. Powstawała piękna średnia, która była punktem wyjścia do oceny końcowej. Snując się więc za sorką celem zapełnienia dziennika lepszą punktacją do średniej byliśmy bardzo wytrwali. Ona musiała nas mieć serdecznie dosyć, bo powiedziała, że nam postawi lepsze oceny bez odpytywania, ale obiecuje że przykręci na śrubkę w przyszłym roku… Okazała się pamiętliwa jak cholera, niestety dla całego wędrującego za nią składu.

Ciąg dalszy nastąpi…

Jeżeli Cię interesuje co było dalej, lajknij Fan Page. Niebawem znajdziesz tam link do drugiej części opowieści. Będzie się działo, ręczę :)

Author: YOeLL

Share This Post On