Pikuty, kwadraty, niemiec

Kolejna dawka wspomnieć z pacholęcych lat: kilka opowieści o tym, czego dzisiaj niestety praktycznie nie ma. Wracał człowiek ze szkoły, rzucał mały, tandetny komunistyczny tornisterek i robił wypad z domu.  Żeby z kumplami pośmigać. Na porządku dziennym były: KAPSLE Wtedy każdy (kto zdobył obrazek) był Uwe Amplerem, a atlas do geografii, który znalazł się w zasięgu ręki był niemiłosiernie pocięty. Flagi na kapslach były konieczne. W wersji „premium” kapsle były dociążane / upiększane „skajem”, czyli lakierowną tkaniną(?). Ułożenie jej tak, żeby tworzyła wypukłą poduszkę nie było łatwe, ale za to znacznie zwiększało wartość kapsla. Były też korki z octu. „Mercedesy” sprzętowe. A w komplecie ze skajem tworzyły obiekt pożądania. Pamiętam, że pewnego pięknego dnia gdzieś znaleźliśmy skajowe ścinki, w granatowym kolorze, którymi upiększaliśmy swój peleton. Ktoś odkrył, że można z nich zrobić turkus. Należało w tym celu długo i cierpliwie wcierać weń żółte kwiaty mniszka. Jeszcze tylko zjebka  w domu za żółte łapy i można się bawić. Trasy nie były  łatwe: krawężniki ze wszystkimi nierównościami, łącznie z wczołgiwaniem się pod zaparkowane samochody jeśli akurat kapsel „nie przeszedł” za jednym strzałem. Rzadko kiedy przechodził… ;) Lub trasy malowane na parkingu. Esy floresy, wykrętasy… I parę godzin z głowy. Nie pamiętam kiedy po raz ostatni widziałem dzieciarnię pykającą w kapsle… KWADRATY Klasyka: piłka i pola rozmieszczone obok siebie. Każdy gracz na swoim. Zasady też proste: Zagranie kozłem, piłka musi się odbić najpierw w „swoim” kwadracie i leci dalej, do innego gracza. U niego jak w tenisie: piłka może raz się odbić w jego kwadracie. Potem przyjęcie i odegranie do innego kwadratu. Po przyjęciu piłka nie mogła dotknąć ziemi w kwadracie przyjmującego. „Kapki” były dozwolone, żeby podejść bliżej co miało znaczenie w końcowych etapach kiedy zostało 2-3 graczy i dzieliło ich 3-4 kwadraty. Grało się różnie- do 7-10 punktów. Każda przegrana partia to jedna literka. Z reguły graliśmy w HUJa :) STATKI Najpierw założenie „bazy”, czyli dziesięciokrotne z rzędu wbicie nożna w ziemię. Każdy miał swój symbol: kwadrat, koło, trójkąt… Potem stawianie swoich statków: każde wbicie to statek. Ilość „baz” była nieograniczona, zasady ich stawiania takie same jak na początku. Niszczenie statków: pierwsze trafienie neutralizuje.  Z reguły po nim oddawany był kolejny rzut, żeby narysować swój symbol. Gra kończyła się po zniszczeniu wszystkich jednostek przeciwników, po opadnięciu z sił lub po zapadnięciu zmroku. Lub jak dostępne noże się połamały, bo szpara między płytami chodnikowymi też była wykorzystywana do postawienia statku :) PIKTY vel PIKUTY Wymagania: nóż, piaskownica i co najmniej dwóch wariatów gotowych do uskuteczniania wbicia noża rzucając nim z różnych części ciała. Robiło się więc palec, łokieć, ramię, brodę, oczko… Rzut zaliczany kiedy pomiędzy rękojeścią a podłożem mieściły się minimum dwa...

Read More
Atelier Amaro
Wrz07

Atelier Amaro

Rezerwacja prawie 3 miesiące wcześniej. Kilka dni czekania na „liście rezerwowej” i radość, bo jest potwierdzenie: 06.09.2013, 18:30. Dzień, w którym zatrzymał się świat. Odwiedziliśmy Atelier Amaro, pierwszą polską restaurację odznaczoną prestiżową gwiazdką Michelin. 18 urodziny Christelle są tylko raz w życiu :) Atelier Amaro – spotkanie z doskonałością Restauracja nie posiada stałego menu. Czas, a raczej dania, płyną tam zgodnie z Kalendarzem Natury. Potrawy, określane tutaj momentami, nie mają nazw. Menu modyfikowane jest co tydzień, a raz w miesiącu następuje zmiana momentów. Na karcie wydrukowanej na czerpanym papierze, każdy jest opisany trzema głównymi składnikami. Reszta jest tajemnicą. Do wyboru trzy, pięć lub osiem momentów. Wahanie, który zestaw wybrać, było krótkie: pozwólmy się zaskoczyć od początku do końca. Przewidywany czas degustacji 8 momentów: około 2,5 godziny. Zaczynajmy. Na początek pytania o nielubiane produkty, uczulenia. Tych pierwszych pewnie bym u siebie trochę znalazł, ale chęć zmierzenia się z naturą wygrała. Lubiłem wszystko :) Do picia nie zdecydowaliśmy się na alkohol. Ktoś musi prowadzić, a degustować samotnie to niekoniecznie. Wybór padł na „orzeźwiający napój miętowy„, w którym znalazło się miejsce dla kilku plasterków świeżego ogórka. To zwiastowało, że niespodzianek będzie więcej. Dużo więcej. Na czas oczekiwania podano 3 rodzaje pieczywa, z których jedno było bardzo ciemnego koloru. Tajemnica tkwiła w mące czarnuszce i dodatku w postaci spopielonego siana. Pod pieczywem, zawinięty w serwetkę, sprytnie się schował rozgrzany kamień, dzięki czemu przez długi czas pozostawało ciepłe i świeże. Przed podaniem pierwszego z właściwych momentów obsługa serwuje 3 amuse bouche, które same w sobie są ogromnym zaskoczeniem zarówno pod kątem wizualnym jak i smakowym: – chipsy jabłkowe z majerankiem. Cieniutkie plasterki jabłka dosłownie muśnięte ziołami. Chrupiące, a jednocześnie z dającym się wyczuć sokiem jabłkowym mi osobiście przypominało jabłko suszone przez babcię. Jeżeli to miało być zaskoczeniem do zaskoczenia właściwego… to było. Bezdyskusyjnie. – „jabłko” z moreli z purée makrelowym. Na pierwszy rzut oka nie da się stwierdzić, że to „jabłko”, a nie jabłko. A smak… Obłędny. Jedyną niewiadomą było jak to zjeść. Obsługa szybko rozwiała wątpliwości: tak, aby było wygodnie. Można bez użycia sztućców, z czego ochoczo skorzystaliśmy. – trzeci krok do kulinarnego raju, to bataty ze smalcem z gęsi, z jabłkiem i czosnkiem. Po prostu smalec w gębie :) Żadna z podawanych potraw nie ma prostego składu, jednak każda z nich jest dokładnie opisywana przez kelnera. Ich sposób przekazywania wiedzy robi nie mniejsze wrażenie od tego, co na „talerzu”.  Moment 1: Bawole serce / Wanilia / Mirabelka Zgodnie z oczekiwaniami poziom rósł w każdym (nomen omen) momencie :) Podwędzany pomidor z liściem cykorii wypełnionym delikatnym purée mirabelkowym z odrobiną wanilii. Ciężko jest napisać coś mądrego, kiedy na stole pojawia się takie danie: perfekcyjny „look” i jeszcze...

Read More

Argumentacja motocyklisty

Swego czasu nadchodząca wiosna skłoniła mnie do popełnienia tekstu motocyklistach. Jak to bywa w takich przypadkach uaktywnił się kolega (R.), praktyk motocyklowy, z którym trochę podyskutowaliśmy. Każda strona miała swoje racje. Ja nie przekonałem jego, on nie przekonał mnie i chyba zostaliśmy przy swoim zdaniu. W wielkim skrócie moje zdanie o użytkownikach dwóch kołek jest następujące: nie przeszkadzają mi na ulicach, w korku i jak trochę przycisną po trasie. Ale nie toleruję bezmózgich debili, szalejących bez opamiętania. Dla mnie to idioci. Idioci do kwadratu, albo do sześcianu. Zupełnie niedawno na FB skomentowałem przypadek motocyklisty, który zginął w wypadku na Pileckiego. Stwierdziłem, że to był idiota. I tego się będę trzymał. Wywiązała się z tego kolejna dyskusja z innym kolegą (T.), który również przedstawiał swoje argumenty, że moja ocena nie powinna być tak jednoznaczna. Aczkolwiek przyznać trzeba, że dyskusja mimo iż chwilami bardzo emocjonalna, do czegoś prowadziła. Można z niej pewne wnioski wyciągnąć. To akurat dobrze. Wczoraj wrzuciłem link do artykułu o pewnej grupie użytkowników pojazdów mechanicznych z komentarzem: To SĄ IDIOCI. A jak się rozpieprzą (oby sami siebie), to będą martwymi idiotami. Przysłowie mówi „do trzech razy sztuka”, więc tym razem do „dyskusji” włączył się motocyklista-fanatyk. Osobnik zakuty w hełm i żyjący w niezniszczalnej symbiozie z manetką gazu swojego rumaka. Celowo użyłem cudzysłowu, bo dzięki aktywności owego człowieka trudno tą wymianę zdań nazwać dyskusją z prawdziwego zdarzenia, czy chociażby wymianą argumentów. Zastanawia mnie jak bardzo musiał go hełm uwierać w baniak w trakcie pisania? Bo tylko tym mogę próbować wytłumaczyć jego popisy. Zobaczmy więc jak wygląda świat oczami naszego pędzącego bohatera. Punktem wyjścia był fragment artykułu, w którym autor wspomina o „rekordziście” pędzącym po nowootwartej S8 z prędkością około 225 km/h. Nie trzeba być geniuszem intelektu, żeby stwierdzić iż taka prędkość na drodze publicznej (już pomijam miejsce), to głupota w najczystszej postaci. A co na to nasz „miszcz kierownicy”? (…) na S8 jechałem sporo szybciej niż wspomniane w artykule 225 km/h. No i co z tego?(…) Jak to co? Delikatnie rzecz ujmując było to bardzo niebezpieczne. Ale czy na pewno?  (…)Akurat tam są do tego warunki. Jeśli będę miał wypadek to najwyżej sam odniosę jakieś obrażenia, nikogo innego nie mam szansy uszkodzić(…) Swoją błyskotliwą wypowiedź akcentuje wklejając grafikę: Gdyby były do tego warunki, to pewnie nie byłoby ograniczenia prędkości (co akurat w tym kraju nie jest wykonalne) lub droga miałaby status autostrady. A skoro już jest jasne, że warunków do takiej jazdy nie ma, to przejdźmy do drugiej części wypowiedzi kolegi „złotoustego”, bo jest to punkt wyjścia do wyrabiania sobie opinii o baranach na dwóch kółkach. Twierdzi nasza gwiazda, że najwyżej sam sobie zrobi kuku. Mało tego… W swoich „mondrościach” posuwa się...

Read More