Kiedyś to były seriale

O świętach już pisałem, więc się nie będę powtarzał bo nic się z mojego punktu widzenia nie zmieniło. Za to skrobnę kilka słów w kontekście „ach ta dzisiejsza młodzież, albo dzieci”. Oglądają w telewizorach jakieś hamerykanckie głupoty i pewnie prawie żadne z nich nie ma pojęcia, że kiedyś człowiek cały rok czekał na kolejne spotkanie z ulubionymi bohaterami. Co tam Hany Montany i inne dziwolągi: kiedyś to były seriale dla dzieciaków… Kolejność zupełnie przypadkowa: ARABELA Chyba nie było kajtka, który nie chciałby mieć plakatu księżniczki Arabeli w pokoju. Inna sprawa, że raczej nie były dostępne. Tak czy inaczej Petr, jeden z bohaterów flirtujących z księżniczką, nie miał po co do Polski przyjeżdżać. Wrogów było zbyt wielu;) Za to Rumburak, który koniecznie chciał Arabelę porwać z królestwa bajek, to był bardzo sympatycznie nieporadny gość. PRZYGODY ELEKTRONIKA Serial zagadka. Kojarzę, że rzecz dotyczyła chłopca-robota, który był bliźniaczo podobny do zwykłego nastolatka. Ich losy oczywiście się splotły, co spowodowało niezłe zamieszanie w szkole, i nie tylko. GOŚCIE, GOŚCIE Nie chodzi tu o film z Jeanem Reno tylko czeską produkcję z lat ’80. Goście z przyszłości odwiedzają Czechosłowację w poszukiwaniu rozwiązania problemu asteroidy, który ma zniszczyć ziemię. Lekarstwem okazuje się być teoria naukowca Adama Bernaua. Problem w tym, że Adam ma dopiero coś koło 10 lat i nie bardzo garnie się do zostania uczonym. Pamiętam, że szczytem efektów było wówczas zmienienie koloru samochodu, oczywiście magiczne ;) NIKOGO NIE MA W DOMU Stary, kolejny czechosłowacki, mini-serial o perypetiach małego smyka Pawła, który pod nieobecność dorosłych w domu miał nikogo obcego nie wpuszczać do mieszkania. W każdym odcinku padało sakramentalne „nikogo nie ma w domu”, a potem Pawełek z sobie tylko znanych powodów otwierał drzwi. Lub samodzielnie coś kombinował: pranie, gotowanie, sprzątanie… Żadnej pracy się nie bał. A efekty? Spuśćmy na to zasłonę miłosierdzia;) WAKACJE Z DUCHAMI Kultowy serial dla dzieci i młodzieży. Maniuś „Pikador” z kumplami w wakacje rozdawali karty w telewizyjnej ramowce. Teraz by się pewnie powiedziało, że mieli prime time. Nie oglądali go tylko ci, którzy nie mieli telewizora. Chociaż zawsze do kogoś można było wbić. Jednak kiedyś to były seriale… Ktoś ma inne ulubione? Spodobał się wpis? Powstrzymywanie się przed „lajkiem” może źle wpływać na twoje samopoczucie :)...

Read More

Zima sucks !!!

W wielkim skrócie pisząc: zima i święta to zuo. Od pierwszego do ostatniego płatka śniegu!!! W Internetach występuje teraz zbiorowe jaranie się zimą i świętami. Też postanowiłem się pojarać i w kilku słowach wyrazić moje chłodne uczucia do wcześniej wymienionych. Muszą być chłodne bo gorące by śnieg roztopiły i mogłoby dojść do zamieszek. Cała złość znowu by się skupiła na ambasadzie rosyjskiej i po co? Bez tego powodów do hejtowania zimy i świąt jest aż za wiele: KRYSMAS END ŁINTER SONGI Last Krysmas – grana do znudzenia przez wszystkie chyba stacje radiowe, telewizyjne, a nawet ustawiana jako „czekajka” w telefonach. O napieprzaniu bielą w centrach handlowych nie wspominam. Nic tylko patrzeć jak chopinowskie ławeczki na Krakowskim przedmieściu też będą ją z siebie wypluwać. Oprócz klasycznego zarzygania świata przez Wham! mamy do czynienia z perfidną manipulacją. Teledysk do tego kawałka po raz pierwszy obejrzałem wieki temu. I co? To, że bez mała 30 lat później oglądam go i wszyscy na tym filmie nic a nic się nie postarzeli. Młodzi i piękni jakby ich zamrażali cyklicznie, tylko po to żeby wyrwać ze stanu hibernacji przed świętami. Pośpiewają trochę i do zamrażarki. Chciałem być chytry, cwany i pierwszy. Zapodałem na fejsie linka do tego kawałka jakoś pod koniec września czy na początku października. Spóźniłem się. Dwa tygodnie wcześniej jakaś stacja radiowa już go zagrała, wspominając przy tym o świętach… Drugi śpiewający herbatnik mogący przyprawić człowieka o odruchy znane czasami z letnich, weekendowych wieczorów: Szejkin Stiwęs i jego Mery Krystmas Ewryłan. Gibający się w śniegowej scenerii albo otoczony elfami gość. Żesz do jasnej ciasnej… Gdyby zdał sobie ile facetów na świecie cierpi psychicznie na samą myśl o świątecznym spotkaniu z teściowymi to by takiego dzieła nie popełnił. Nagrałby może coś na modłę marsza żałobnego. Chyba, że jest zwykłym zdrajcą. Do pewnego czasu na czarnej liście były też Dżinglające Bele, na szczęście kilka pokoleń później ktoś dopatrzył się, że piosnka lekko trąci myszką i zapodał nowe słowa. Umieszczam ją więc tutaj jako osłodę na wcześniejsze traumatyczne przyśpiewki. Achmed jest o tyle lepszy od Dżordża Majkela, że nie tuszuje makijażem tego jak wygląda. Wielka to cnota w dzisiejszych czasach. ŚNIEG Po co komu śnieg w zimie? Po co w ogóle jest śnieg? Chyba tylko po to, żeby wkurzać drogowców, którzy wykazują się godną „podziwu” odpornością na walkę z nim. Jeżeli to jest przykład jak ewoluują organizmy na przestrzeni wieków, przyszłość nie zapowiada się obiecująco. Dodatkowo przykleja się do butów i do psa. Śnieg powinien zostać spalony na stosie. Raz, a dobrze. Afryka sobie umiała z tym problemem poradzić i śniegu tam nie uwidzisz. A podobno to trzeci świat… PREZENTY Z prezentami jest jak z weselem: cokolwiek...

Read More

Czytnik RSS: niech plugin będzie z tobą

Jeżeli czytasz coś więcej niż informacje o sporcie, modzie i pogodzie, to dobrze radzę- wyposaż swoją przeglądarkę w czytnik RSS. Chyba, że praktykujesz sadomasochizm i uwielbiasz wykonywać mnóstwo bezsensownych klinięć w necie. Jeszcze 15 lat temu człowiek komórki używał przede wszystkim do grania w węża a dzisiaj medycy diagnozują syndrom uzależnienia od telefonu. Wpominam o tym, żeby wyprzedzić lekarskie autorytety i zasygnalizować, że z RRS’ami będzie dokładnie tak samo. O ile mój romans ze słuchawką trwa nieprzerwanie już ładnych kilka lat, to na zaloty RSS’ów długo i niezmiennie reagowałem oziębłością. Nie wzruszyła mnie nawet śmierć Google Readera. „Jednego absztyfikanta-upierdliwca mniej”- pomyślałem. Nie powielaj mojego błędu i jeśli tylko zobaczysz gdzieś jakiegoś feed readera, to oddaj mu się od razu, bez zastanawiania. Miej gdzieś co ludzie powiedzą. Olej, że znajomi nie są dla niego tacy łatwi. Doradzę więcej: wybierz tego, którego miało już pół osiedla lub poczytaj w necie na którego w sklai światowej ludzie lecą. Uwierz, że w tym przypadku „być jednym z wielu” to komplement! Skłamię jeśli powiem, że długo się zastanawiałem, biłem z myślami. Zacząłem od rzeczy najbardziej oczywistej, pluginu do przeglądarki. Zainstalowałem RSS Feed Reader dla Chrome (obecnie jest w wersji 5.2.2) i to było prawie to, czego szukałem: – zależało mi na czymś, co będzie wyświetlać powiadomienia gdzieś w przeglądarce. Opcja klikania gdzieś, żeby otworzyło się nowe okienko była dla mnie odstraszająca. Wyszedłem z założenia, że informacje mają przyjść do mnie. Et voilà- RSS Feed Reader daje taką możliwość, za co dostał dużego plusa na starcie. Dyskretny symbol z ilością nowych powiadomień rządzi. – łatwość dodawania nowych witryn do czytnika. Wchodzisz na stronę, klikasz w ikonę czytnika i wszystko staje się jasne – jest bardzo intuicyjny. W jednym miejscu miejscu wyświetlają się wszystkie nieprzeczytane wpisy ze stron, które zostały dodane do readera. – z możliwością dowolnego posortowania witryn, zmiany layoutu (tylko w opcjach jasny/ciemny), tworzenia własnych katalogów, ustawienia ilości wyświetlanych postów archiwalnych na poszczególnych stronach, wyświetlania powiadomienia w chmurkach, a la Outlook. To ostatnie odradzam, bo 10 czy 15 powiadomień strasznie paskudnie wygląda na ekranie. Zamykałem je jak najszybciej „z palca” i nie wiem czy (i po jakim czasie) znikają automatycznie) Ponieważ na świecie nie ma ideałów to RSS Fead Reader ma wady. Otóż w wersji podstawowej nie ma  możliwości automatycznej synchronizacji danych pomiędzy dwoma komputerami. Jeśli ktoś używa jednej maszyny to problem nie istnieje. Gorzej kiedy w użyciu są dwa kompy, np. praca-dom. Można dane co prawda eksportować do pliku i importować na drugim sprzęcie, ale jest to lekko mówiąc upierdliwe. Po pierwsze: weź człowieku i o tym pamiętaj. Po drugie: odznaczysz jako przeczytane 20 postów, a na drugim widzisz je znowu w powiadomieniach....

Read More

Bitstrips jest zajebisty

Uwaga: używanie  aplikacji Bitstrips wciąga. Od razu się przyznam, że podchodziłem do niej jak niewierny Tomasz. Nie uwierzyłem dopóki nie zobaczyłem, a raczej nie spróbowałem. Skoro już ten pierwszy raz (a nawet ze 3 pierwsze razy) mam za sobą, to mogę skrobnąć kilka słów na temat mojej nowej zabawki, jaką niewątpliwie został Bitstrips. Fun bierze się z tego, że dostępne są różnorakie scenki obrazkowe (codziennie dodawane są nowe), które mają co prawda  narzucone podpisy, jednak istnieje możliwość dodawania własnych chmurek z tekstami. Można też zmieniać minę postaci, więc je jednej grafice można pokazać zarówno radość,  jak też smutek czy zdzwienie. Jest w czym wybierać. Do tworzenia historyjek wykorzystujemy tylko swój avatar lub bawimy się razem ze znajomymi, którzy również używają aplikacji. Chwilami jest wesoło, kiedy niewielka modyfikacja grafiki nadaje jej zupełnie inny wydźwięk. Krok pierwszy, to pobranie apliakcji z Google Play lub App Store. Waży około 50 MB, więc może lepiej nie wykorzystuj do tego celu tranferu danych. Na pewno gdzieś w pobliżu jest jakieś WI-Fi, poszukaj. Potem przychodzi pora na stworzenie swojego avatara. To chyba najbardziej żmudna część, bo można wybrać mnóstwo szczegółów: owal twarzy, włosy, zarost, kolor skóry. Full opcja po prostu. Sama aplikacja chodzi średnio szybko, więc proces tworzenia „siebie” nie należy do błyskawicznych. Na szczęście mnie to ominęło, bo Christelle wciągnęła się pierwsza i odwaliła całą czarną robotę :) Może to jest jakiś patent, żeby życie było lżejsze ponieważ kiedy odpalilem appkę na swoim telefonie to stworzony wcześnie avatar automatycznie się zsynchronizował z moim kontem. Oczywiście w każdej chwili można go edytować. Przed chwilą dopatrzyłem się, że aplikację można obsługiwać również z poziomu Fejsa. Nie wiem, czy da się tam tworzyć avatary, czy już tylko tworzyć z dostępnych. Jeżeli ktoś będzie mógł potwierdzić, to chętnie poznam rozwiązanie tej zagadki. Żeby nie przedłużać: zainstaluj Bitstrips !!! EDIT: wydaje mi się, że szybkość działania/instalacji Bitstrips zależy od modelu telefonu. Przykładowo na Xperii Arc-S trwało to dłuuuugo, a na Samsungu Galasy SII- błyskawicznie....

Read More

Ale musicale! – Teatr Muzyczny ROMA

Od czasu wystawienia Kotów nie zabrakło nas chyba na żadnym ważnym wydarzeniu wystawianym na Dużej Scenie Teatru Roma. Nie mogliśmy zatem pominąć mocno promowanego widowiska o jakże wymownym tytule Ale musicale!. Formuła nie jest specjalnie odkrywcza, bo prezentowane są piosenki z musicali, których adaptacje gościły na deskach Romy, tych które w najbliższej (i dalszej) przyszłości mają szansę być wystawiane, a także tych, których w Romie nie zobaczymy. Do tych ostatnich należy m.in. Król Lew. Poszczególne utwory są prezentowane bez scenografii lub w formie mocno okrojonej, co jest o tyle zrozumiałe, że czas na zmiany dekoracji jest ultrakrótki. Lista musicali, z których utwory wykorzystano jest imponująca. Zaczyna się całkiem nieźle od Kotów i utworu Mefistofeliks, wzbogaconego o małe efekty pirotechniczne. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo nie kojarzę tego z samego przedstawienia. Ciekawie zaśpiewana została Meluzyna z Akademii Pana Kleksa. Aranżacja sprawiła, że nie brzmiała z taką ikrą jak w oryginale, jednak ogólnie na plus. Następne dwa kawałki to zupełnie nie moja bajka: Mała Syrenka i Miss Sajgon. Marcin Daniec pewnie powiedziałby, że to takie plumkanie było. Jakoś oko mi się zaczęło zamykać. Na szczęście do rzeczywistości przywołała mnie następna piosenka z musicalu Jesus Christ Superstar– Getsemani, zaśpiewana przez Janusza Krucińskiego. Absolutny ogień i przykład na to, że zajebiste wykonanie nie potrzebuje scenografii żeby urwać tyłek. Warto iść na spektakl dla tego kawałka. Pod koniec pierwszego aktu podano po jednym utworze z Crazy For You (bez emocji w żadną ze stron), Grease– lekkie łatwe i przyjemne oraz Deszczową Piosenkę, która jest znana w Romie z tego, że jest mokra. Akt II rozpoczynają Les Miserables i Wyśniłam sen. Podobało się, podobnie jak całe Les Mi, więc nie liczcie tutaj na obiektywność:) Zaskoczeniem były dwa utwory z Tańca Wampirów. Pierwszy dlatego, że po zespołowym wykonaniu piosenki „wampiry” ruszyły między publiczność. Nie da się ukryć, że wyglądało to groźnie. Drugi kawałek chyba od zawsze znałem jako Odwróć się. A tu niespodzianka, że wampiry też go śpiewają. Z czasem było jeszcze lepiej i na scenę wkroczył Upiór w operze. Wejście miał mocne, bo razem ze swoją wybranką wkroczyli wejściem dla publiczności i przemaszerowali przez całą szerokość widowni by ku zdumieniu zebranych zniknąć za drugimi drzwmi. Na szczęście nie zgubili się i po chwili płynęli łódką po scenie. W upiora wcielił się Paweł Podgórski, którego nie miałem do tej pory przyjemności widzieć w tej roli. Jednak wypadł bardzo fajnie. Po Upiorze nastąpił najbardziej wyczekiwany moment przedstawienia: fragment z Notre Dame de Paris– Les temps des cathedrales w wykonaniu Jana Bzdawki. Z której strony nie patrzeć (a raczej słuchać) ma facet kawał głosu. In minus zdecydowanie fakt, że pełną „mocą” pojechał w drugiej części utworu, wykonywanej...

Read More