Ale musicale! – Teatr Muzyczny ROMA

Od czasu wystawienia Kotów nie zabrakło nas chyba na żadnym ważnym wydarzeniu wystawianym na Dużej Scenie Teatru Roma. Nie mogliśmy zatem pominąć mocno promowanego widowiska o jakże wymownym tytule Ale musicale!. Formuła nie jest specjalnie odkrywcza, bo prezentowane są piosenki z musicali, których adaptacje gościły na deskach Romy, tych które w najbliższej (i dalszej) przyszłości mają szansę być wystawiane, a także tych, których w Romie nie zobaczymy. Do tych ostatnich należy m.in. Król Lew. Poszczególne utwory są prezentowane bez scenografii lub w formie mocno okrojonej, co jest o tyle zrozumiałe, że czas na zmiany dekoracji jest ultrakrótki.

Lista musicali, z których utwory wykorzystano jest imponująca. Zaczyna się całkiem nieźle od Kotów i utworu Mefistofeliks, wzbogaconego o małe efekty pirotechniczne. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo nie kojarzę tego z samego przedstawienia. Ciekawie zaśpiewana została Meluzyna z Akademii Pana Kleksa. Aranżacja sprawiła, że nie brzmiała z taką ikrą jak w oryginale, jednak ogólnie na plus. Następne dwa kawałki to zupełnie nie moja bajka: Mała Syrenka i Miss Sajgon. Marcin Daniec pewnie powiedziałby, że to takie plumkanie było. Jakoś oko mi się zaczęło zamykać.

ale musicale

Janusz Kruciński

Na szczęście do rzeczywistości przywołała mnie następna piosenka z musicalu Jesus Christ SuperstarGetsemani, zaśpiewana przez Janusza Krucińskiego. Absolutny ogień i przykład na to, że zajebiste wykonanie nie potrzebuje scenografii żeby urwać tyłek. Warto iść na spektakl dla tego kawałka.

Pod koniec pierwszego aktu podano po jednym utworze z Crazy For You (bez emocji w żadną ze stron), Grease– lekkie łatwe i przyjemne oraz Deszczową Piosenkę, która jest znana w Romie z tego, że jest mokra.

Akt II rozpoczynają Les Miserables i Wyśniłam sen. Podobało się, podobnie jak całe Les Mi, więc nie liczcie tutaj na obiektywność:) Zaskoczeniem były dwa utwory z Tańca Wampirów. Pierwszy dlatego, że po zespołowym wykonaniu piosenki „wampiry” ruszyły między publiczność. Nie da się ukryć, że wyglądało to groźnie. Drugi kawałek chyba od zawsze znałem jako Odwróć się. A tu niespodzianka, że wampiry też go śpiewają. Z czasem było jeszcze lepiej i na scenę wkroczył Upiór w operze. Wejście miał mocne, bo razem ze swoją wybranką wkroczyli wejściem dla publiczności i przemaszerowali przez całą szerokość widowni by ku zdumieniu zebranych zniknąć za drugimi drzwmi. Na szczęście nie zgubili się i po chwili płynęli łódką po scenie. W upiora wcielił się Paweł Podgórski, którego nie miałem do tej pory przyjemności widzieć w tej roli. Jednak wypadł bardzo fajnie.

Po Upiorze nastąpił najbardziej wyczekiwany moment przedstawienia: fragment z Notre Dame de ParisLes temps des cathedrales w wykonaniu Jana Bzdawki. Z której strony nie patrzeć (a raczej słuchać) ma facet kawał głosu. In minus zdecydowanie fakt, że pełną „mocą” pojechał w drugiej części utworu, wykonywanej po francusku. Parafrazując Upiora zakrzyknę „śpiewaj, mój Bzdawko muzyki!!!”, jednak zaraz dodam „tylko nie po francusku”.

Kawałek z Nine, Be Italian, taki sobie. Ciężko coś odkrywczego napisać o tym wykonaniu. Ciekawie się zapowiada Księga Mormona, musical który podobno teraz jest „ą i ę” na zachodzie. Wykonanie z dużym humorem, a uśmiechnięty Bzdawka wymiata:) Jeżeli pojawi się w TR, to od razu ma etykietkę „must see”. Kontynuacja Upiora, Love Never Dies, trafia na czarną listę „nie oglądać”. Chyba, że zdarzy się cud i Edyta Krzemień nie będzie w nim grać. Nie twierdzę, że nie umie śpiewać. Po prostu nie umiem jej słuchać. Fragmenty z Newsies i Jeckyll & Hyde bez historii.  Kawałek z Producentów to popis Barbary Kurdej-Szatan (roboczo nazwanej przeze mnie Playanką). W Królu Lwie po raz drugi pojawia się Janusz Kruciński. Niestety albo udaje, że gra na „fortepianinie”, co wygląda żenująco, lub gra (prezentacja jak wcześniej). Całą radość z fonii niestety odbiera tutaj wizja. O Chicago trudno mi coś napisać, bo po lecąc na modłę gombrowiczowską: jak ma poruszać, skoro nie porusza?

Duże zaskoczenie przy Aladynie. Kurtyna w górę, pojawia się scenografia typowo „aladyńska”. Ktoś zaczyna śpiewać i… nic się na scenie nie dzieje. O co chodzi??? Oczywiście o latający dywan, na którym artyści śmigają nad widownią. Byłem przekonany, że finalnie wylądują, ale gdzieś zniknęli wśród chmur.  Bardzo ciekawe rozwiązanie. Podobało się :)

Końcówka to Mamma Mia– trochę zbyt mało energii jak na kawałek z takim powerem. Mimo to duży pozytyw.

#kurtyna

#standingovations

#kurtynawgórę

#standingovations

#kurtyna…

Ale musicale! ? Kupuj bilet, nie czekaj!!!

ocena_04

fot. Michał Kulisiewicz/Materiały prasowe TM ROMA

Author: YOeLL

Share This Post On