Jak zarabiać w (na) blogosferze
Lut21

Jak zarabiać w (na) blogosferze

W kraju zwanym Polską ogromna część społeczeństwa zna się na polityce, piłce nożnej i skokach narciarskich. Obecnie do listy dochodzi znajomość blogosfery, a przede wszystkim jej monetyzowanie. Niekoniecznie przez najbardziej tym zainteresowanych- blogerów. Skoro już o zarabianiu w “internetach” piszę, to pora odkryć Hamerykę ponownie: można zarabiać na blogach. Więcej- są tacy, którym to wychodzi rewelacyjnie. Kiedy dorosnę, też będę trzepał na tym kasiorę. Może nie taką jak Zombie, ale na ocean coca-coli z lodem mi wystarczy. Decydując się na publikację jakichkolwiek treści w internecie musisz się liczyć z tym, że prędzej czy później ktoś zaproponuje ci coś, co na pierwszy (często również na drugi i trzeci) rzut oka będzie wyglądać na interes życia. Siedząc w reklamie już dosyć długo ochoczo analizuję wszystkie napływające (lub znalezione w internecie) propozycje współpracy, czy jakiejkolwiek promocji mojej witryny. Dlatego postanowiłem rozłożyć na czynniki pierwsze najbardziej zaskakujące przedsięwzięcia, z jakimi się spotkałem. Obraz jaki się wyłania jest… jest jaki jest i tyle. Dzisiaj część pierwsza. Bloger Roku – co chodzi? Jeżeli nie powiodło ci się w konkursie na Blog Roku, to pozostała alternatywa. Start w innym konkursie(?), plebiscycie(?), w którym nie wiadomo było o co chodzi. Na dzień dzisiejszy już się sprawa wyjaśniła, ale do czasu zamknięcia zgłoszeń (a nawet dłużej) przekaz był taki: mamy zajebisty projekt, który ma jakichś tajemniczych sponsorów, ale ciężko powiedzieć jakie są nagrody ani tym bardziej jasne zasady udziału. Bloger Roku – nagrody Organizatorzy od samego początku robili co tylko mogli (a wychodziło im to nad wyraz dobrze), aby żeby akcja wyglądała na jak najbardziej nieprofesjonalną. Bo czy można mówić o jakimkolwiek profesjonalizmie, kiedy regulamin zachwala iż jedną z nagród jest ponoć promocja w mediach społecznościowych. W jakich mediach, jakie konkretnie świadczenia, czas realizacji- te “drobiazgi” nie zostały w żaden sposób wymienione. Podobno te media społecznościowe to FB, TT i PT, gdzie na jednym z wymienionych serwisów projekt konkursowy prawdopodobnie nie ma jeszcze nawet założonego swojego profilu. Ciekawym jaki zasięg zdążą zbudować jeśli go założą. Mam wrażenie, że cyfra dupy nie urwie. Na innym serwisie swoją dotychczasową aktywnością zdołali skupić uwagę 16 profili. Celowo piszę profili, bo wśród nich są anglojęzyczne perełki z opisem “Retweet & follow me if you like my tweets”, które śledzą ponad 300 000 użytkowników (każdy z osobna). Zapewne wielką korzyścią będzie promocja zwycięskiego bloga takiemu audytorium…. Pula nagród 10 600 PLN. Przyznaję, że myślałem nad tym bardzo długo i nijak mi się ten budżet nie spina. Według obecnie dostępnej wersji regulaminu (aczkolwiek mam wrażenie, ale nie pewność, że się trochę zmienił) i informacji zawartych na fanpage nagrody zamykają się w kwocie 2500 PLN. To szacunki “na bogato”, bo uzyskane cyfry dotyczące poszczególnych nagród...

Read More
MusicaLove, co się go nie da „loffciać”
Lut18

MusicaLove, co się go nie da „loffciać”

MusicaLove Kiedy tylko pojawiła się informacja, że można kupić bilety na nowy spektakl MusicaLove w Teatrze Rampa, Christelle wcieliła chytry plan w życie. Tak oto staliśmy się posiadaczami biletów w VII rzędzie (o tyle istotne, że przy przejściu więc dużo miejsca na nogi). Skoro widzieliśmy Ale Musicale!, to i na konkurencyjnej „imprezie” nie mogło nas zabraknąć :) Bardzo fajny pomysł na początku przedstawienia. Zanim „kurtyna” poszła w górę wyświetlany był na niej filmik, zaaranżowany na zwykłą krzątaninę za kulisami. Ktoś biegnie, ktoś ćwiczy… Potem kadry z filmu dość płynnie pojawiły się na scenie, której około 1/3 powierzchni zajmowało podwyższenie dla niewielkiej orkiestry. MusicaLove, ale już mniej Pomysł na spektakl był mniej więcej taki: do kilku kawałków z Evity dodać  odrobinę Sunset Boulevard. Wszystko wymieszać (zgodnie z ruchem wskazówek zegara), powoli dolewając do garnka zasmażkę z Upiora w Operze. W razie potrzeby dorzucić dwa kawałki Jesus Christ Super Star. Odstawić do ostygnięcia. Całość oblać sosem z Les Miserbles i Love Never Dies. Czyli odśpiewać (to akurat zrozumiałe) i odtańczyć (nie wiem po co tancerze w tle). Scenografii praktycznie zero (nie licząc „kraty” w The point of no return) i jakiejś czerwonej zasłony. Rozumiem, że nie należało liczyć na podobne podejście co w Romie, jednak ten minimalizm był słaby. MusicaNieLove Ciężko nam było znaleźć jakieś wielkie pozytywy. Ola Bieńkowska w każdej wykonywanej piosence manierycznie macha ręką, o niepasujących tancerzach wspominałem… Nad wszystkim (niemalże) pieczę trzyma Jakub Wocial: inscenizacja, scenariusz, reżyseria… a nawet projekt okładki programu i plakatu. Dobrze to podsumowała Christelle: gdyby mógł, to bym sam śpiewał, grał, tańczył i na koniec zaklaskał. Nawet humorystyczne i trochę improwizowane wykonanie You can get away with anything z The woman in white nie sprawia, że chce się myśleć ciepło o całym przedstawieniu. Całkiem nieźle wypadł w utworze I only want to say… No kto wypadł? Taka zagadka mała będzie… Oczywiście, że Jakub Wocial!!! Widzę, że nie sprawiło to nikomu trudności:). Chociaż za to dam 1 punkt do oceny końcowej. Drugi dołożę za orkiestrę, która sprawiła, że wytrwaliśmy do końca. Jednak byli tacy, co wyszli w trakcie przerwy. Do tego jakiś fanklub, albo gimbaza na widowni i darcie jap. Słabizna. fot. Kinga Taukert...

Read More
Sobota na górce
Lut17

Sobota na górce

Zwiedzanie Dreamlinera nie mogło być jedynym punktem programu.  Efektem 1,5 godzinnego pobytu na górce jest kilka zdjęć. Niefartownie trafiłem na prawie 30 minutową „dziurę”, ale w nagrodę mam A330 Emirates + Air Berlin....

Read More
Zwiedzamy: Boeing 787 Dreamliner „Charlie”
Lut16

Zwiedzamy: Boeing 787 Dreamliner „Charlie”

Dawno mnie na płycie lotniska nie widzieli, więc należało zmienić ten niekorzystny stan rzeczy. Muszę dbać o reputację i skoro napisałem, że będę starał się przy każdej okazji wczesać „za płot”, to słowa należy dotrzymać. Po raz kolejny wziąłem udział w konkursie na fejsowym profilu PLL LOT i misja musiała zakończyć się powodzeniem. Pora ruszyć na zwiedzanie Dreamlinera, tym razem SP-LRC (kolejne, ale oby nie ostatnie) :) Zbiórka: przy biurze przepustek LCh, w hali odlotów. Szybko i sprawnie wydano całej grupie ID (chyba najsprawniejsza akcja z tych, które pamiętam). Potem przyszła pora na przemieszczenie się do bramy gdzie odbyła się standardowa kontrola bezpieczeństwa. Oczywiście jak to w przypadku LOTu- zawsze zostaje duży margines na danie „ciała”. Nie inaczej było tym razem. Po odebraniu ID’ków usłyszeliśmy, że do samolotu musimy dotrzeć okrężną drogą. Nie możemy „wejść przez lotnisko, gdyż grupa jest zbyt liczna”. Zbyt liczna znaczyło 20 osób (wraz z przedstawicielami LOTu). Jakoś swego czasu, a było to na delivery flight Bingo Airways, podobny (a może i liczniejszy skład osobowy) nie miał najmniejszego problemu z dotarciem na płytę w cywilizowany sposób: kontrola bezpieczeństwa w T1 i jak wszyscy pasażerowie znaleźliśmy się od razu przy „gejtach”. LOT zaserwował nam dyganie z samego końca hali przylotów „z buta” wzdłuż starego terminala, dawnej Etiudy i jeszcze parę „hektarów” dalej po to, żeby wsiąść do autobusu i przejechać do miejsca znajdującego się, w linii prostej, dosłownie rzut beretem od biura przepustek. Cóż… jakoś mnie ta sytuacja specjalnie nie zaskoczyła :/ Samo zwiedzanie- full wypas i tu LOT się spisał. Mieliśmy cały samolot do dyspozycji, a w kokpicie siedziało się do bólu (i nadziei) ;). Zero poganiania, pełen relaks. Nawet kilka fot zrobiłem. Tylko steward powiedział, że nigdzie z nami nie leci;) Całą imprezę można podsumować krótko: – wrażenia „artystyczne”: ocena celująca – szczegóły organizacyjne:  akceptowalnie....

Read More
Ja tu rządzę
Lut14

Ja tu rządzę

Mój pan od kilku tygodni coś dłubie przy blogu. Do pewnego czasu nie miałam pojęcia w czym rzecz, ale przecież głupia nie jestem. Może mała, z metra cięta, jednak swój rozumek mam. Zorientowałam się, że pan po prostu upiększa stronę, żeby bardziej mnie wyeksponować. Co prawda kiedy rozmawia o tym z pańcią, to jakby zaprzeczali moim ustaleniom, ale ja i tak swoje wiem. Teraz ja będę Królową Bloga, więc teraz najzwyczajniej w świecie się przedstawię. Zwą mnie Lili (co wydaje się całkiem w porządku: Królowa Lili Pierwsza). Urodziłam się tak dawno temu, że już nie pamiętam. Mam pewne podejrzenia, że było wtedy ciepło bo  pańcia z panem już trzy razy (nazywają to „lata”) się zachwycali mówiąc „jaka ta nasza Lilusia już jest dorosła”. Nie mam pojęcia co znaczy być dorosłą, bo przez ostatnie 3 lata to ja się nie zmieniłam. No… może mi trochę trochę ciałka przybyło. Jednak to wszystko wina sera Comté, który z wielkim apetytem zajada pańcia. Nauczyłam się żebrać o niego tak skutecznie, że nigdy mi nie odmawia kawałeczka:) Pewnie to dlatego ważę teraz 1,8kg. Jak żyć…? :) Kiedy byłam mała i ważyłam jakieś 70 dkg bardzo lubiłam się bawić. Biegałam po mieszkaniu dźwigając kapcie, co akurat państwu bardzo się podobało. Czasem też upiększałam mieszkanie ziemią z kwiatka. Do dzisiaj uważam, że podłoga z lekkim akcentem piachu wygląda zdecydowanie lepiej. Pańcia nigdy nie podzielała mojego entuzjazmu:) Kwiatek miał ten minus, że się ze mną nie chciał bawić, w przeciwieństwie do mojego pierwszego kumpla Tobusia. Toby był trochę podobny do mnie: tak samo śliczny i urodziwy. Tylko z 5 razy większy. Nie przeszkadzało mi to wcale w zaczepianiu go do zabawy i skakaniu na nos. Jakaż ja wtedy byłam zaaferowana. Toby miał chyba inne zdanie na ten temat, bo patrzył na mnie z politowaniem i wskakiwał na kanapę. Ale co poszczekałam na niego to moje :) Jednym z moich ulubionych zajęć jest oglądanie telewizji. Czasami pańcia albo pan chcą oglądać beze mnie, wtedy ja się dopominam o należne mi miejsce na kanapie. Kto wie, może Durczokowi znowu się stół pobrudzi. Nie chciałabym tego przegapić;) Wiem też, że bez obecności w sieci dzisiaj ciężko żyć człowiekowi (a co za tym idzie i psu również), więc nie dziwne że żywo interesuję się tym co na Fejsbuku piszczy i w miarę możliwości staram się być na bieżąco:) Nie jest to łatwe, bo państwo mówią, że psy nie mogą mieć konta na fejsie. Dlatego jestem zmuszona podglądać co tam pańcia albo pan klikają. A że wiedzę chłonę niebywale, więc nie dziwne, że czasem mało nie wejdę w monitor. Oczywiście jest też pora na osiedlowy lans. 3 razy dziennie zadaję szyku spacerując sobie po...

Read More
HER – czyli jej film! (Ona)
Lut03

HER – czyli jej film! (Ona)

Świat, w którym żyjemy sprawia, że do nakręcenia filmu balansującego na granicy fantastyki nie ma potrzeby umieszczania akcji w „odległości” 100 lat od dzisiaj. Wystarczy, że będzie ich kilkanaście. Tak właśnie wygląda rzeczywistość, w której rozgrywa się akcja najnowszego filmu Her (Ona). Reżyserem jest Spike Jonze. Kobiety, technologie… wszystko to, co kręci mężczyzn. I to na wyciągnięcie ręki! FABUŁA Fabuła niby banalna, ale tylko przy powierzchownym odbiorze.  Theodore Twombly, przeżywający rozwód z ukochaną żoną, żyje w cyberświecie. Otacza go mało ludzi, bo całe jego życie zawodowe i intymne wiąże się ze zdobyczami techniki. Nic więc dziwnego, że ten samotny gość sprawia sobie najświeższy na rynku system operacyjny OS1. W opcji głosowej wybiera wersję kobiecą i wpada jak śliwka w kompot. Wydawać by się mogło do tej pory, że to właśnie Theodore (grany przez Joaquina Phoenixa) jest centralną postacią, a tu guzik! Jest on tylko punktem podparcia dla rozwijającej się historii. Równie dobrze mógłby nim być pryszczaty nastolatek, choć zdecydowanie wolę wyśmienitą rolę Phoenixa. Osią całego filmu jest OS1, który nadał sobie imię Samantha (głos Scarlett Johansson). Niesamowite w filmie jest to, że cała opowieść krąży wokół oprogramowania, a nie postaci z krwi i kości. SAMANTHA Początkowo Theodore korzysta z dobrodziejstw Samanthy w sposób klasyczny;) Z czasem jednak staje się ona partnerem błahych rozmów, poważnych dyskusji, a nawet seksu. Bezosobowa Sam nabiera cech ludzkich, zaczyna czuć, aż w końcu wiąże się ze swoim właścicielem. Znamienne jest, że momentami zachowuje się nie jak gadająca maszyna, ale typowa humorzasta baba. I ten moment uważam za punkt zwrotny. Od tej chwili bowiem Theodore uzależnia się mentalnie od Sam, która zostaje nawet przedstawiona oficjalnie jako jego dziewczyna. Niesamowite jak w tak prostej historii udało się pokazać aż tyle odcieni emocji związku w którym kobieta jest nieobecna fizycznie. Fascynujące są sceny wspólnej randki, wycieczki na plażę czy weekendowego wypadu zimowego. Scarlett Johansson – mimo że niewidoczna – jest tak fantastyczna, że człowiek nie może się doczekać aż Theodore uruchomi po raz kolejny OS. W napięciu trzymają świetne dialogi, bo nie wiemy co Samantha wypali Theodorowi. IŚĆ DO KINA CZY IŚĆ? Tak czy inaczej, idźcie i zobaczcie koniecznie jak facet został omotany przez najprawdziwszą technologię i trochę mniej prawdziwą ale jakże ludzką kobietę:) Zobaczycie do czego może doprowadzić izolacja i poczucie samotności. Tegoroczny Złoty Glob za scenariusz nie przypadkiem powędrował do reżysera i scenarzysty w jednej osobie. Wpis jest wynikiem współpracy z...

Read More
Wojna, kurwa, musi być !!!
Lut01

Wojna, kurwa, musi być !!!

W Polsce zawsze ktoś musi się z kimś (na kogoś) napieprzać. Niedawno zaczęło się obrzucanie gównem i wzajemne szczanie sobie do butów w kontekście powstania PSBV. Akurat do tego projektu mam póki co stosunek obojętny (z kredytem zaufania)  i czekam na rozwój wydarzeń. Jedna strona rozpoczęła krucjatę pod hasłem „chcą nas wyruchać, a sami będą trzepać kasiorę”. Druga zareagowała w sposób nie do końca profesjonalny (biorąc pod uwagę kim są w blogosferze), bo należało to rozegrać inaczej. Dobrze, że odbyło się AMA, zawsze to jakiś krok naprzód. Chociaż i tak pewnie część piszących będzie się doszukiwać spisku z detereminacją godną Antoniego M. (syna starego Macierewicza). Wroga jakiegoś przecież mieć trzeba… 29 stycznia znowu miało miejsce wiekopomne wydarzenie. Pierwszy polski youtuber z milionem subskrybentów na kanale, SA Wardęga w dość bezpośredni sposób wyraził swoje zdanie o blogosferze, które podobno miało być trollingiem. Ma ku temu święte prawo, nie zamierzam oceniać czy postąpił dobrze czy źle. Jego wpis, jego opinia. A zaraz potem rozpoczęła się regularna napierdalanka: na YT to siedzi gimbaza, blogerzy są pojebani i tak dalej. Na porządku dziennym było porównywanie cyferek przypominające grupę bezmózgich dresiarzy mierzących swoje penisy i chwalących się który dłuższy. No bo jak to… Wojna, kurwa, musi być!!!  Przecież w tym kraju nie można żyć w zgodzie innymi, tylko trzeba się przy pierwszej możliwej okazji przypierdolić. Być może przyczyną są problemy seksualne, ale to nie jest usprawiedliwienie :) Dlatego zanim zaczniesz znowu nakurwiać (blogerze na youtubera, a ty jutuberze na blogera) zmuś do wysiłku szare komórki, bo zaryzykuję stwierdzenie że jakieś posiadasz i zrozum: BLOGERZE !!! Stworzenie dobrego filmu na YT to nie jest łatwa sprawa. Gdyby tak było to świat byłby pełen Wardęg. Film na YT nie powstaje w 5 minut, a jeśli tak myślisz oszukujesz sam siebie lub prawdopodobnie jesteś debilem. Jeśli ktoś ci tak powiedział to jest debilem. Lub wiedział, że ty jesteś debilem i w to uwierzysz. Jestem pełen podziwu dla jutuberów, bo ich umiejętności są dla mnie nieosiągalne. Nie mam tyle cierpliwości do dłubania w montażu, a moje mierne efekty złożenia filmu nadają się do „śmiechu warte”. Trudno się nie zgodzić, że dobre filmy na YT powstają przynajmniej kilka godzin. Nie potrafię sobie wyobrazić ogromu pracy jaki trzeba włożyć, żeby powstała taka perełka: Więc przestań się ciskać, że twój blog odwiedza X ludzi, a ty jesteś najbardziej szanowaną osobą na dzielni, a youtuber to się „wozi” bezpodstawnie. JUTUBERZE… Dobre wpisy na bloga nie wypadają sroce spod ogona. Jeżeli myślisz, że jest inaczej, to spróbuj stworzyć kilka postów na 1500 znaków (to nie jest specjalnie powalająca długość), uruchom bloga nawet na darmowym silniku i poprowadź go solidnie przez miesiąc czy dwa. Nie...

Read More