Wesołe Miasteczko, czyli starcy się bawią :)

Był Dzień Dziecka, pora na Dzień Prawieczterdziestolatka:) Po wczorajszej deszczowej pogodzie plan był następujący: w niedzielę należy osłodzić sobie życie. Odbyło się to w dwóch odsłonach:

„Cieszymy” się z Nutellą

DSC_005950 lat Nutelli, którą Christelle zajada się jak ja chipsami paprykowymi to powód dla którego udaliśmy się w okolice Atelier Amaro, gdzie odbywał się swego rodzaju piknik. Zachodziło duże prawdopodobieństwo, że będzie dane skosztować słodyczy. Pierwsza niespodzianka to zamknięte Ujazdowskie, od Belwederu do Placu Trzech Krzyży, bo rolkarze uskuteczniali jakieś zawody. Fartem zaparkowaliśmy gdzieś przy Placu Unii i zrobiliśmy sobie mały spacerek. Kilkadziesiąt metrów przez pierwszymi piknikowymi atrakcjami przywitała nas jakaś kolejka. Skoro ludzie stoją, to znaczy że coś rozdają. Zająłem więc strategiczną miejscówkę na końcu ogonka, a Christelle udała się na przeszpiegi. Dobrze, że przede mną stał jakiś gościu w koszulce z wielką czerwoną kropą na plecach, dzięki czemu zawsze wiedziałem czy nikt się nie wcisnął podstępnie:) Po chwili okazało się, za czym ta kolejka stoi. „Śniadanie z Nutellą” było na końcu. Słodko, więc stoję dalej, a Christelle poszła do innej kolejki, jakieś gofrowej. Tu kończą się pozytywy, bo gofry skończyły się nagle i bez ostrzeżenia. Po prostu przestali wydawać i tyle. Dobrze, że załapała się na ostatnią sztukę.

Kolejka „śniadaniowa” posuwała się jak krew z nosa i kiedy już byliśmy na ostatniej prostej – jakieś 20 osób przed nami – nagle tłum ruszył… bo przestali wydawać kupony. Znaczy żarcia już nie ma, więc śmiało „zapraszamy”. Kiedy przyszliśmy Christelle dowiedziała się od jakiejś „nutellanki”, że jest jeszcze około 1000 kuponów do wydania. Kolejka była może na połowę tego, więc dzielnie staliśmy półtorej godziny, żeby się oblizać.

Siara wielka, bo nie było żadnej wiarygodnej informacji, że #jadalne_darylosu nie dla wszystkich i sterczysz na własne ryzyko. Za nami stało kolejnych kilkaset osób i też raczej nie dostali takiej informacji, bo nie wierzę, że kolejkowali się dla przyjemności konwersowania ze współstaczami i podziwiania wrzeszczących bachorów.

My, zawiedzione głodomory, wiedzeni stadnym instynktem udaliśmy się do jakiejś innej kolejki, która posuwała się bardzo sprawnie. Kilka minut i znaleźliśmy się przy stanowisku gdzie rozdawali zwykłe #darylosu: jakaś koszulka, podkładka- standard.

Problem był jeden: okazało się, że to była kolejka „wyjściowa” i po przytuleniu gadżetu ogropodobny ochroniarz jasno komunikował, że należy się od…dalić i opuścić teren imprezy. Wszak dar losu zabrany i jeszcze byś chciał człowieku drugi dostać. Więc wyszliśmy ściskając drobiazgi w ręku, gdyż torebek hostessy nie miały. Na drugim stanowisku były, ale jakoś nikt się kwapił z uzupełnieniem zapasu.

Ocena imprezy: nędzna z minusem. Zero organizacji, zero informacji. Prowizorka jakiej by się sam PLL LOT nie powstydził.

Zamiast nutellowego śniadania był na obiad quiche. Tres pyszny:)

Cieszymy się z Ruskimi (chyba)

Druga próba poprawienia nastroju wypadła zdecydowanie lepiej, ponieważ rzutem na taśmę, ostatniego dnia postoju, odwiedziliśmy Wesołe Miasteczko, które rozłożyło się niedaleko Toru Stegny. Z daleka widoczne były dwie atrakcje- Diabelski Młyn, który sobie odpuściliśmy. Chociaż może lepiej napisać, że odłożyliśmy w czasie jak stetryczejemy na tyle, że wszystko inne będzie zbyt szybkie:)

Największe wrażenie robił jednak Booster. Już od samego patrzenia zaczynało się kręcić w głowie. Nie wiem jakie pieniądze musieliby mi dawać, żebym się odważył skorzystać. Chyba, że ktoś na szali by postawił lot w kokpicie B787, to bym rozważył  <— żadna sugestia:) Po załadowaniu ludków do jednej gondoli wędrowała ona na górę, żeby przeciwwagę uzupełnić. I tak kilka minut zawisu w zenicie. Potem zaczynała się jazda bez trzymanki (i bez rzyganki). Najpierw ogień w jedną stronę, chwila przerwy i w drugą. Zapewne, żeby obie strony miały równe szanse na zbadanie poziomu tolerancji swojego żołądka. Co dziwne, nie widzieliśmy nikogo w brązowych spodniach, albo chociaż z nogawkami ściśniętymi gumką wokół kostek:) Hadrcore jakich mało, zresztą sami zobaczcie.

I trochę praktyki:

YouTube Preview Image

Zaczęliśmy od niepozornego prawie-roller-coastera. Typowy Sasza podpowiedział, żeby w wagoniku usiąść z tyłu, bo jest więcej miejsca na nogi, i nie kłamał. Wyglądała ta kolejka jak wyglądała i nie spodziewaliśmy się po niej niczego wielkiego. To był błąd. Nie dość, że wytrzęsło jakbyśmy po polskiej drodze jechali to na dodatek prędkość z wewnątrz wyglądała ciut inaczej. Zasuwało „toto” niemiłosiernie, skręcało i przyspieszało bez uprzedzenia bardzo skutecznie robiąc w moim żołądku koktajl z „kiszki” i jabłek zjedzonych na deser. I tak 4 rundki jedna za drugą…

Jako że Booster nas pokonał postanowiliśmy „odgryźć się” na wiele mówiącym Street Fighterze. Podobnie jak na Boosterze, pogrom miał dwie odsłony z czego w pierwszej nie otworzyłem oczu. W drugiej się zdarzyło. Za to obiad z deserem niewątpliwie stworzył jednolitą konsystencję w żołądku:) Zeszliśmy z tej machiny na miękkich nogach. Echs… starość nie radość:)

Na koniec seans gwiazdorzenia w gabinecie krzywych luster. Pacholęce czasy się przypomniały, kiedy człowiek ze staruszkami takie imprezy zaliczał. Tylko samojebek się wtedy nie robiło:)

YouTube Preview Image

Odwet za Nutellę wzięty:)

P.S. Teraz się przenoszą na Bemowo, gdyby ktoś był żądny wrażeń.

Dla zainteresowanych: zdjęcia z wesołego miasteczka nocą.

Author: YOeLL

Share This Post On