Festiwal Czekolady i Słodyczy

O imprezie, zwanej Festiwal Czekolady i Słodyczy, słów kilka. Czy można schrzanić coś, co z definicji powinno być sukcesem? W dwóch aktach się rozegrał ten dramat i happy endu nie było.

Jak przystało na podział słodkich obowiązków wydarzenie na FB dostrzegła Christelle i oczywiście od razu wpadło do kalendarza, zapisane wielką czerwoną cyfrą, że weekend będzie słodki.

AKT 1 – ORGANIZACJA LEŻY

Festiwal Czekolady i SłodyczyBędąc na drobnych zakupach w „ZłoTarach” odwiedziliśmy pijalnię czekolady Wedla. Oczywistą oczywistością jest, że taka wizyta nie mogła skończyć się bez zmiany salda bankowego:) Jednak przyznać trzeba, że marcepanik był pyszny i przecudnej urody. Moja część nie przetrwała drogi do garażu i zniknęła w czeluściach żołądka. Podniesieni na duchu takimi specjałami wróciliśmy do domu i spotkała nas niemiła niespodzianka. Otóż organizatorzy Festiwalu Czekolady i Słodyczy na stronie wydarzenia pochwalili się, że w pijalniach Wedla do każdego zakupu dokładana jest gratisowa wejściówka na imprezę. Jak łatwo można się domysleć takowej nie otrzymaliśmy. Zgłoszenie tego faktu skutkowało najpierw zaskoczeniem organizatorów. Po doprecyzowaniu miejsca „wpadki” było niestety już gorzej, bo o ile wytłumaczenie „wejściówki się wyczerpały i nie zdążyliśmy dostarczyć nowej partii” było w miarę sensowne, to porada dla nas raczej mało prokliencka. Doradzono, żeby udać się do innej sklepu w ZT gdzie również takowe można otrzymać. Koszt wejściówki to raptem 10 złociszy, jednak przyznać musimy, że sugerowanie kolejnej wizyty to trochę siara. I nie chodzi o kasę, tylko o zasadę. Finalnie organizatorzy sporządzili listę takowych osób i wejściówki można było odebrać na miejscu. Niby nic ale jednak wpadka, bo pomysł listy powinien powstać od razu po zgłoszeniu problemu.

ANTRAKT

Na rekonesans wybrała się w piątek Christelle:

wedel_01Moja cierpliwość byłaby wystawiona na zbyt ciężką próbę, gdybym musiała czekać aż do drugiego dnia festiwalu by nacieszyć oczy i żołądek czekoladą. Nie czekając na Marcina, poleciałam w piątek jak na skrzydłach do PKiN. Znalazłam się tam koło 12.30, czyli 30 minut po otwarciu czekoladowego przybytku, i 30 minut przed ceremonią oficjalnego otwarcia. Sporo ludków do pseudokasy, ale poszło dość gładko i sprawnie. Odebrałam wejściówkę i szybko przekroczyłam próg festiwalowych drzwi. A tam nie do końca bajka. Już na „dzień dobry” nie dało się przecisnąć przez wąskie gardło obstawione stoiskami. Wystawców mnóstwo, ale nie dało się wszystkiego kontemplować. Tłum przy większości stoisk skutecznie blokował dostęp. Poza tym w jednej z alejek w ogóle nie było przejścia, ponieważ utworzyła się gigant kolejka do darmowych żelków. Chciałam nawet wziąć Marcinowi, który się nimi zajada tak jak ja czekoladą, ale szybko zrezygnowałam… Jeśli chodzi o asortyment, dywersyfikacja na medal:) wedel_02Drobna przedsiębiorczość kontra giganci rynkowi. Sporo było zakładów cukierniczych, dystrybutorów wyrobów czekoladowych z wyższej półki, producentów cukierków, sprzedawców akcesoriów do słodkości… Wybór potężny, aż żal że nie można było się dopchać. Poza wspomnianymi żelkami i poczęstunkiem roznoszonym przez Manufakturę Cukierków, degustacji jak na lekarstwo. Ci wystawcy którzy chcieli zachęcić do kupna częstowali mikroskopijną porcją na pół paznokcia. Fajne atrakcje miała Batida w której cukiernicy na miejscu wyrabiali swoje produkty, objaśniając dokładnie cały proces. Największe i najfajniejsze stoisko (centralne) należało do Wedla. Degustacji co prawda żadnych, ale oprawa wspaniała. Gigantyczna kolejka (nie zmieściłaby się pewnie w większości dziecięcych pokoi) skonstruowana całkowicie z czekolady, z ruchomym pociągiem, wzgórzami, budynkami i samochodami. No cudo! Poza tym można było na miejscu udekorować torcik wedlowski na własną modłę. Obie panie którym wyznaczono to zadanie raczej nie miały przerwy… Żal było mi nieco opuszczać targi z pustymi rękami. Ceny jednak niczym w Dubaju (bardzo drogo, te same produkty w sklepach stacjonarnych albo internetowych można kupić taniej). Kryterium zakupu miałam więc jedno: musiał to być produkt oferowany na wielu stoiskach w zbliżonych cenach, ale największy gabarytowo:) Padło na makaroniki z T. Deker Patissier & Chocolatier, 4 PLN za sztukę. Były jednak niebiańskie, co potwierdza nie tylko koneserka czekolady, ale i wielbiciel żelków:)

AKT 2 – ORGANIZACJA LEŻY… I KWICZY

Piątkowe rozpoznanie sprawiło, że w sobotę wybraliśmy się razem. Pierwsze co zaskoczyło, to przeogromna kolejka, co najmniej tak długa jak po ocet w czasach PRL. Wiła się niczym wkurzony i mocno pozwijany wąż boa przez cały teren przed głównym wejściem do PKiN i kończyła gdzieś na wysokości dawnej hali Marcpolu. Christelle zajęła strategiczną miejscówkę w kolejce, a ja udałem się na poszukiwanie miejsca parkingowego. Przypominało to zabawę w kotka i myszkę i czyhanie aż ktoś wyjedzie by tygrysim skokiem, uprzedzając jadących z naprzeciwka wskoczyć ja jego miejsce. Piździało przy tym jak w kieleckiem, albo co najmniej jak na Placu Defilad. Ponieważ nie zakładaliśmy Armagedonu, Sodomy i Gomory w jednym (mocno wspieranych przez lokalne trzęsienie ziemi), ubrałem się średnio adekwatnie do pogody. Żeby nie musieć potem odwiedzać znachora, Christelle została na kolejkowym posterunku, a ja zajrzałem do wnętrza. Ludź, ludzia ludziem pogania, ludź na ludziu niemal stoi… Im bliżej schodów tym było gorzej. Na środku hallu, na półpiętrze dziki tłum więc i ja się udałem za gawiedzią. Chciałem zasięgnąć języka a propos wejściówek „na telefon” itd. Okazało się, że to nie jest kasa biletowa. W sumie nie dziwne, bo nie było na tym stoisku takiego napisu, ani nic co mogłoby tak sugerować. Niestety napisu „Kasa” nie widziałem nigdzie. Życie pokazało, że aby tam trafić trzeba dać się porwać tłumowi, który niczym wąż przeżuwający złapanego królika siłą mięśni przesunie cię w kierunku białego „czegoś” gdzie miedź ciężko zarobioną wymienisz na bilet do słodkości.

Pani na stoisku prasowym chciała być pomocna na tyle ile potrafiła, i to chyba jedyny pozytyw tej imprezy. Zrobiłem prosty deal: wymieniłem swój uśmiech Jokera i spojrzenie kota ze Shreka na dwie wejściówki. Na tym skończyła się bajka, bo nie wiadomo było co z tymi wejściówkami zrobić. Gdzie iść, gdzie stanąć, w którym kierunku zmierzać. Jakaś hostessa udzieliła mi porady na poziomie wiejskiego jarmarku „musi pan iść TAM„, gdzie „tam” to było bliżej nieokreślone miejsce w dzikim tłumie. Obok tysiącgłowej i czterotysięcznokończynowej (???) hydry było przejście którego pilnował ochroniarz, ale okazało się, że z wejściówkami to nie tędy tylko gdzieś indziej.

Rozumiem, że ludzie stali w kolejce nawet 2 godziny i nie byli skłonni do współpracy, żeby na ostatniej prostej wpuszczać innych. Niestety organizator kompletnie nie miał pomysłu jak rozwiązać kwestię wprowadzania osób „darmowych”. Teoretycznie najbardziej sprawiedliwe byłoby stanie w jednej kolejce i wejście bez wykupowania biletu, po odpękaniu swojego na zimnie. Pewnie tacy byli, ale jeżeli ktokolwiek próbował uzyskać informację u źródła, zamiast konkretów dostawał dawkę bezwartościowych słów, które powodowały zamęt i irytację zarówno pytających, jak i współcierpiących kolejkowiczów.

Brak informacji, koordynacji i ogólna dezorganizacja spowodowała, że odpuściliśmy sobie sobotnie wejście. Niestety z tego co wiem, organizatorzy nie wyciągnęli żadnych wniosków z drugiego dnia festiwalu i w niedzielę było dokładnie tak samo. Mam wrażenie, że impreza przerosła organizatorów i kompletnie nie potrafili sobie poradzić z zainteresowaniem. Chwilami można było odnieść wrażenie, że całość została zorganizowana amatorsko z hasłem przewodnim „jakoś to będzie”.

Owszem było- bardzo słabo:(

Author: YOeLL

Share This Post On