Galette des Rois


10942000_10205421509604769_383095486_oŚwięta to czas, po którym nawet najtwardsi ludzie muszą się poddać w konfrontacji ze złośliwym stworem
zamieszkującym większość łazienek i zwanym „wagą”. Jednak nawet kiedy minie pierwszy szok i uda się podleczyć rany pojawi się kolejna bomba kaloryczna.

Jak co roku na naszym stole musiała zagościć galette des rois, czyli przepyszne ciasto przygotowywane we Francji na 6 stycznia. Chyba pod względem ważności można je porównać z naszym karpiem na świątecznym stole. Musi być i koniec. Ponieważ na ten dzień byliśmy umówieni ze znajomymi, zamieszkującymi prawie dziewiczy las pod Warszawą, to na nieszczęście dla naszych brzuchów standardowe zamówienie „galetki” zostało podwojone. Tak po cichu mogę napisać, że specjalnie mnie to nie martwiło. Ot, po prostu trzeba będzie bardziej „zadbać”, żeby żaden okruszek się nie zmarnował:)

Jedzenie ciasta swoją drogą, ale zgodnie ze starym zwyczajem jest i bonus. Otóż w każdym cieście jest ukryta maleńka figurka. Wieść niesie, że temu kto na nią trafi los będzie szczególnie sprzyjać. Figurka jest rozwiązaniem zagadki dlaczego do każdego ciasta jest dołączana również papierowa korona. Oto szczęśliwiec otrzymuje tytuł królowej lub króla i winien w koronie paradować cały dzień.

DSC_021410935254_10205421514044880_298743409_oTak się jakoś składa, że kilka lat z rzędu trafiałem na figurki, ale z „losem” mamy chłodne stosunki, bo liczyłem, że mnie dobrze potraktuje w Lotto i co? „Umiesz liczyć, licz na siebie”- co jak co, ale życiowe mądrości nigdy nie przestają być aktualne. W tym roku nie było tak różowo, bo mimo że ciasta były dwa to i konkurencja większa. Z pierwszego figurka nie trafiła do mnie, tylko do małej G., która wcieliła się w rolę królowej dosłownie bo oprócz paradowania w koronie i aktualnie będącej na topie kreacji z bajki Frozen (?) zaprezentowała również pokaz taneczno-artystyczny. Bez podkładu muzycznego, co doceniam tym bardziej bo jak ja sam zaczynam tańczyć, to co by nie grali, zawsze ruszam płetwą w ten sam sposób:)

DSC_0898Po otarciu łez, kilka dni później udaliśmy się na standardowe zakupy do marketu. Kiedy już lista zakupów była skompletowana, Christelle zaskoczyła mnie wrzucając do koszyka… galetkę. LOL!!! Odkąd robimy w tym sklepie zakupy, jeszcze czegoś takiego nie widzieliśmy. Galetka nie jest ciastem tanim i jej pojawienie się na półce marketowej było dużą niespodzianką. Kolejną była cena, kilkukrotnie niższa od standardowej, ale bez zbędnego namysłu podjęliśmy wyzwanie skosztowania. Zdaniem Christelle marketowy wyrób był całkiem przyzwoity jak na cenę, którą przyszło nam zapłacić, ale do prawdziwej galetki wiele mu brakowało. Za to wszystko wróciło do normy i mogłem mówić o sobie „jestę królę”. Konkretnie to marketowym królem, bo figurka jaką zdobyłem prosi się o spuszczenie zasłony miłosierdzia ;)

DSC03507

Author: YOeLL

Share This Post On