Na wystawie klocków Lego

Po kilku przymiarkach i jednym zapomnieniu o imprezie, nastąpiła mobilizacja sił i wybraliśmy się na „największą w Polsce wystawę budowli z klocków Lego”. Nigdy nie byliśmy na innej, więc przyjmuję, że akurat ta reklama nie kłamie. Jak to zwykle bywa w tym kraju, mało co idzie zgodnie z planem, a pierwsza przeszkoda pojawiła się na etapie próby zakupu biletu online. Z jakiegoś niewiadomego powodu system nie przyjmował żadnej liczby biletów, sugerując że należy wpisać „zero”, tylko po to, żeby i zero odrzucić. Żeby się nie kopać z koniem wdrożony został plan awaryjny- zakup w kasie na Stadionie Narodowym. Przed stadionem oczom mym ukazał się las… Ale nie krzyży, tylko autobusów szkolnych, którymi przyjechały chyba wszystkie dzieciaki z pobliskich i „podalekich” szkół. Nie muszę chyba pisać jaki kocioł potrafi zrobić banda rozwydrzonych i wychowywanych bezstresowo gnomów. No to pomnóżcie to razy ilość autokarów i wezwijcie lekarza. Chciałoby się wzorem rodziny Weasleyów odgnomić ten ogródek:) Dobrze, że chociaż kolejka do kasy była krótka i po 10-15 minutach stałem się szczęśliwych posiadaczem biletów. Chociaż trauma pozostała…

Ledwie noc zdążyła ukoić skołatane nerwy, a w sobotnie popołudnie przyszła pora na właściwą wizytę na wystawie. Dzień wcześniej dojazd był bezproblemowy, mimo nawału gnomobusów. Weekend to jednak czas niespodzianek i łatwego zarobku. Dlatego firma parkingowa(?) szybko ustawiła prowizoryczne „rogatki” na wjeździe i uśmiechnięty cieć radośnie komunikował „wjazd na parking płatny jednorazowo- 10 złotych. Nie bardzo wiem po co ktoś miałby tam wjeżdżać więcej niż raz… Na szczęście rozwrzeszczane autokary zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zastąpiły je jednak zwykłe samochody. Wyglądało to niegroźnie. Tylko co z tego, że fasada inna, kiedy wnętrze podobne: miliony, miliardy dzieciaków. Mam niejasne przeczucie, że ta wystawa mogła być właśnie do nich kierowana:) Trudno, trzeba to było jakoś przeżyć.

Sama wystawa wzbudziła nasze mieszane uczucia. Idąc tam nie wiedziałem czego się spodziewać, dlatego chciałem dać się zaskoczyć. I owszem- byłem zaskoczony zbudowanym z klocków zaprzęgiem Świętego Mikołaja, na którego konstrukcję zużyto górę klocków i poświęcono 2 góry czasu. Zaskoczeniem był również model Titanica, który wyglądał imponująco. I był tak ogromny, że nie mieścił mi się w kadrze, więc nie wstawiam jego zdjęć. Cała reszta- fajna, kolorowa, przyciągająca wzrok, tylko… jakaś taka, nie wiem jak to nazwać. Chyba oczekiwałem, że budowle będą złożone z pojedynczych klocków, a nie segmentów, z których jeden czy dwa stanowiły połowę konstrukcji. Ale ja się tam nie znam, przygodę z klockami Lego zakończyłem 25 (pewnie z okładem) lat temu, na dwóch czy trzech małych zestawach. Wychodzi na to, że świat się zmienił, a człowiekowi tylko wspomnienia zostały.

Jednak tak czy inaczej warto tam iść– chociażby dlatego, że nie wiadomo kiedy (i czy w ogóle) będzie kolejna okazja.

Author: YOeLL

Share This Post On