Rebel Heart Tour: czeski film w Pradze

bilet-koncertZanim przejdę do rzeczy kilka słów wyjaśnienia: relacja jest podzielona na trzy części- a co, kto bogatemu zabroni:)

– Praga, czyli to czytasz teraz
Berlin, gdzie byliśmy na drugim koncercie
oraz wisienka na torcie
Podsumowanie koncertów by Christelle. Wynika to z faktu, że zdania mieliśmy podzielone na tyle, że nijak nie szło tego ograć na jedną nutę:)

Zatem zgodnie z obietnicą pora na ciąg dalszy operacji Rebel Heart.

Wbrew obawom organizacja transportu przebiegła szybko i sprawnie, głównie dzięki śledzeniu wyszukiwarek biletów lotniczych (Praga) oraz strony PKP (Berlin), która działa tak dziwnie, że po wpisaniu trasy przejazdu prezentuje ceny biletów „od kwoty”. Szkoda, że nie mają one nic wspólnego z promocjami, które są dostępne w kolejnym kroku. Dzięki temu zyskało Deutsche Bahn, które jasno od samego początku pokazywało cenę promo. Ale to już problem PKP.

Żeby nie było tak całkiem różowo, wspomnę o procesie produkcji bannero-flagi. Plan był prosty: flaga potrzebna. Na koncert. Pani rozumie? KON-CERT… No takie coś do machania… Nie wiem, nie znam się. Flagę chcę. A dalej było mniej więcej jak w starym, dobrym skeczu KMN o drzwiach:)

Na szczęście przeszkody zostały pokonane, flaga dotarła i mogliśmy ruszyć do Czech.

Nalot na Pragę

Warszawskie Lotnisko Chopina pożegnało nas zachmurzeniem i psią pogodą. Za to nasi południowi sąsiedzi zaserwowali lot wynalazkiem zwanym ATR-42. Niby nic, ale dziwne uczucie kiedy do samolotu wsiadasz „od ogona”, a klasa biznes znajduje się w ostatnim (znaczy w pierwszym) rzędzie. Jakby tego było mało to pierwszy rząd siedzeń (po ichniemu „ostatni”)  ma siedzenia odwrócone „tyłem do jazdy”, a raczej lotu. No taka ciekawostka. Z tego co zauważyłem pasażerki z ostatniego-pierwszego rzędu nie miały zbyt wyraźnych min. I jeszcze stewardesa wysuwająca swój jump seat ze ściany. Jednak to był tylko przedsmak czeskiego filmu jaki miał nas spotkać.

Hotelowe opowieści

Hotel miał być blisko hali, nie kosztować majątku i jakoś wyglądać. Padło na Inturprag, bo na booking.com spełniał nasze kryteria: Był blisko. Nie kosztował. Potem się okazało, że również nie wyglądał jak na zdjęciach. Na recepcji powitało nas dziewczę o chińskim spojrzeniu mówiące na przemian po czesku i rosyjsku. Na kanapie rozsiadła się jakaś Masza/Wiera/Ludmiła, wagi ciężkiej zawodniczka i różowych stringów posiadaczka. W pokoju były dwa łóżka i stolik. I łazienka z odpadającym tynkiem nad kabiną prysznicową. Uważam, że pokój został opisany bardzo szczegółowo;) Dobrze, że do hali było faktycznie blisko- jakieś pół papierosa drogi. Może w tym szaleństwie jest metoda, bo gościom raczej nie chce się zbyt długo przesiadywać w takich pokojach, więc wychodzą zwiedzać, a w hotelu spokój.

Praski rekonesans

Ostatnia wieczerza

Ponieważ kupiliśmy bilety numerowane na trybuny, mogliśmy odpuścić wielogodzinne stanie pod halą. Aczkolwiek będąc tuż obok zerknęliśmy jak wygląda sytuacja. Tłumu zbyt wielkiego nie było- 200-300 osób zgromadzonych pod halą

Nadeszła pora zobaczyć co w Pradze piszczy. Wybraliśmy się na krótki spacer szlakiem typowych „januszów turystyki”: ze stacji Metra Mustek w kierunku Starego Miasta. Swoją drogą- jaki quiz trzeba rozwiązać, żeby się przesiąć w Metrze z linii Żółtej do Zielonej… Rany… Przecież nie można po ludzku oznakować żeby człowiek zrozumiał. Po wyjściu z metra popłynęliśmy z falą dzikiego turystycznego tłumu. Nie wierzyliśmy własnym oczom, że w listopadzie jest tam tyle ludzi. W Warszawie w szczycie sezonu tyle gawiedzi nie ujrzysz. Ponieważ czasem człowiek też musi naładować akumulatory, los złośliwy postawił nam na drodze lokal o nazwie U dvou sester. Miejscówka zacna- obok przechodzi tysiące ludzi. Skusiliśmy się na coś do jedzenia. Czy to było czeskie- diabli wiedzą, grunt że głód minął. Niespodzianka przyszła na końcu: przecież w turystycznych jadłodajniach płatność kartą jest zbędna. Czeski film… Ale my tu gadu-gadu a do hotelu trzeba wracać i się trochę ogarnąć przed duchową ucztą muzyczną.

Rebel Heart Tour – Praga

Samo wydarzenie można podzielić na dwie odsłony:

Niekontrola bezpieczeństwa

Niekontrola bezpieczeństwa

– przed halą i w kolejce do wejścia – gdzie panował totalny bałagan informacyjny, a raczej jego brak. Mając w ręku bilet odstaliśmy kilkanaście minut w kolejce tylko po to żeby przy wejściu dowiedzieć się, że to nie ta kolejka. Trzeba się udać gdzie indziej. Ale jak to w Czechach- po co kogokolwiek o tym informować. Lepiej niech się zrobi chlew. W tym „gdzie indziej” istny Armagedon. Dziki tłum, Pepiki postanowili robić kontrolę bezpieczeństwa jak na lotnisku: bramki, skanery, monitory. Szło im świetnie, wręcz rewelacyjnie. Aż pojawiłem się ja- posiadacz plecaka. Pepik-Kontroler nie wiedział co zrobić, odesłał do drugiego Pepika-Kontrolera-Co-Miał-Skaner-Do-Prześwietlania-Bagażu. Tamten nie wiedział po co przyszedłem z plecakiem… Więc położył go na chwilę na obudowie. Ja spytałem czy mogę zabrać, oddał… i wszedłem z nietkniętym kuferkiem do środka. Oczywiście było to niedaleko miejsca gdzie nas poprzedni Pepik-Bezinformator odesłał ze złej kolejki… Mam wrażenie, że hobby przeciętnego Czecha jest komplikowanie innym życia.

– koncert – to była impreza, którą na długo zapamiętamy. Po pierwsze wybrane miejscówki były strzałem w 10. Widok znakomity, nie za blisko, nie za daleko, nie za wysoko, nie za nisko. No raj na hali po prostu. Bonus: my gdzieś kadrze około 01:21. Niech zostanie dla potomnych :)

YouTube Preview Image

A propos walorów artystycznych odczucia mamy zupełnie odmienne, dlatego tutaj znajdą się dwie opinie, chociaż niektóre wnioski są zgodne. Tak nietypowo będzie, ale za to bardziej różnorodnie. Nie ma się co oszukiwać- Rebel Heart Tour rozmachem nie dorównuje poprzedniej trasie z 2012 roku (MDNA). Mimo to wyszedłem w pełni zadowolony. Nareszcie (do trzech tras koncertowych sztuka) doczekałem wysłuchania na własne uszy La Isla Bonita- piosenki, która dotarła do moich uszu za czasów pacholęcych i odcisnęła trwałe piętno w psychice:) Majstersztykiem jest odtworzenie Ostatniej Wieczerzy w Holy Water które podnosi emocje na widowni tylko po to by w następnym utworze pójść z diabelską modlitwą w Devil Pray. I jeszcze bym zapomniał o Illuminati z akrobacjami(?) na elastycznych tyczkach. Tancerze chwilami szybowali o centymetry na publicznością i gdyby tylko chcieli mogliby przybijać piątki. Kością, czy też piosenką niezgody między nami, okazuje się być starsze od węgla True Blue, które oddać należy w oryginale brzmi gorzej niż Lubelski Full. Jednak obecna wersja koncertowa jak dla mnie jest zajebista. Fajna aranżacja w połączeniu ze scenografią dają efekt „wow”. Moja ocena koncertu jest taka: DVD będzie kupione. #Amen.

Spacerem po Pradze

Pokoncertowe emocje najlepiej zamienić na energię niezbędną do krótkiego spaceru po Pradze. Pogoda była fantastyczna, na niebie żadnej chmurki. Dobrze, że mieliśmy ze sobą przepastne plecaki, które zmieściły nasze jesienne okrycia. Mądre aplikacje pogodowe twierdziły, że było coś koło 16-17 stopni. Wtedy (8 listopada) to było zaskakujące, ale patrząc na temperatury grudniowe wypada zamienić zdziwienie na oczywistą oczywistość. Tour rozpoczęliśmy na stacji Malostranská, w pierwszej kolejności rezerwując stolik na obiad w polecanym przez kierowcę lokalu Kampa Park. A potem klasyczny spacer Mostem Karola, na który w jednym czasie przyszli chyba wszyscy turyści z całej Pragi. Potem zabójcza dla naszych organizmów wspinaczka na Hradczany „czerwonym szlakiem” przez Zámecké Schody. Na szczycie spojrzenie śmierci w oczy, rzut oka na panoramę Pragi i zgodnie z turystycznym trendem obraliśmy kierunek na katedrę św. Wita. A potem już było z górki, bo obiad czekał:) Trzeba przyznać, że kierowca nie kłamał. Jedzenie wyborne, porcje konkretne. Absolutnie miejscówka godna polecenia.

Jeszcze takie story jest godne przytoczenia. Przy stacji metra Malostranská stoi sobie kiosk. Niewielka kolejka, w okienku rdzenny Czech z dziada pradziada (strzelam, że na imię miał Liu, Den albo Zhao). Robimy drobne zakupy, a za nami niestety stanęła grupka Polaków. Tak na oko 50+ i żwawo rozprawiają jakie bilety na metro kupić. Zdania są podzielone, kompromisu nie widać. Po chwili powstaje problem JAK się dogadać ze sprzedawcą. Ich angielski przypominał mój chiński, więc po chwili zastanowienia jedna babka zarządza: po polsku powiemy. A co to oni jak przyjeżdżają do nas to mówią po naszemu??? Nadeszła nasza kolej i po odejściu od kiosku słyszymy jak przewodniczka grupy mówi do kioskarza: dwa po trzydzieści dwa poproszę…

Wszystko co dobre kiedyś kończy… Ostatni etap podróży- praskie lotnisko i kurs na Warszawę… Ale już za dwa dni rozpoczynała się Operacja Berlin.

Author: YOeLL

Share This Post On