Rebel Heart Tour – posłuchajcie głosu rozsądku i doświadczenia

Punkt widzenia nie zależy od punktu siedzenia/stania- czyli koncertowe wywody uczestniczki numer 2 :)
Po pełnych entuzjazmu relacjach Rebel Heart Tour z Pragi i Berlina pora na chłodną analizę wydarzeń,

PROLOG:

Od lutego 2015, czyli daty ogłoszenia trasy koncertowej Rebel Heart, siedział człowiek w napięciu czekając na informacje o datach i lokalizacjach. Apogeum nadeszło w marcu, kiedy to wreszcie ukazały się konkrety. No i zonk! Nie ma Warszawy… Ba! Nie ma nawet Polski na liście. Wspólne rozkminy z Marcinem doprowadziły do decyzji kupna biletów w krajach ościennych. Największą niewiadomą było to, czy uda się zdobyć wytypowane wcześniej miejsca, stąd decyzja o dwóch próbach (czytaj dwóch miastach). Ciocia M kosztowała Marcina wiele czasu i nerwów (pieniędzy nie licząc :) ), ale jego wytrwałość została nagrodzona kupnem wymarzonych miejscówek na oba koncerty.

Ghostpeople

Ghostpeople

Drugim etapem przedkoncertowym było wyczekiwanie na przecieki dotyczące samego show, a w szczególności setlisty. Entuzjazm słabł z każdym spoilerem… Powietrze całkiem uszło na początku września, po premierowym koncercie w Kanadzie. Otóż stwierdziłam, ze Stara postąpiła wyjątkowo wrednie wybierając w większości kawałki, od których bolą mnie uszy.

A teraz największa ironia losu: Marcin dotychczas chodził ze mną na koncerty M, jednak bez emocji. Okazało się, że w przypadku Rebel Heart ekscytacja przeszła na niego, a ja zobojętniałam… Był jednak jeden element koncertu, który mocno mnie motywował: na każdym spektaklu wyciągany był na scenę osobnik z publiki, coby poskakać i potańczyć z poczciwą Staruszką. Oczami wyobraźni już tam byłam, wiec podjęłam działania mające na celu zwiększenie szans pogibania się z idolką w świetle reflektorów :)

PRAGA:

Wszystko było cacy: hotel tuż przy hali, stacji metra i centrum handlowym. Pogoda nie listopadowa, a majowa. Spotkanie i wywiad z Niemką Niną, która 2 dni wcześniej dostała się na scenę. Wyborniejszej miejscówki na hali też nie było. Tylko koncert beznamiętny… Ani razu nie zdarzyło mi się wcześniej, by w trakcie spektaklu wyjść do toalety albo na papierosa. No chyba, że gra się na ukulele i śpiewa nieznośne True Blue. Takiego obrotu spraw jednak się spodziewałam, bilans uważam więc za dodatni: Marcin się wybawił przy starociach typu La Isla Bonita, ja sobie wypaliłam kiedy chciałam, widoczność świetna, suweniry kupione, droga powrotna krótka, każdy wyszedł zadowolony ;) Nazajutrz spędziliśmy czas w pięknych okolicznościach architektury, spacerując, korzystając z ciepła i słońca oraz rewelacyjnego posiłku w poleconej knajpie. Zdania co do koncertu pozostały odmienne, z wypadu wróciliśmy jednak oboje très ukontentowani :)

BERLIN:

Po prawdzie nie chciało mi się tam wcale jechać… No, ale te wizje podskoków na scenie :) Jakież srogie było rozczarowanie po wejściu na płytę ze słono opłaconym biletem Early Entry. Ogłupiali ludzie walczyli o miejsce jak więźniowie w latach 40 o kawałek chleba. Odpuściliśmy i poszliśmy pospacerować po obiekcie, choć zastanawiam się, czy był to dobry pomysł. Wróciwszy na płytę, chcąc nie chcąc taplaliśmy się w kałużach rozlanego piwa. M zaczęła koncert w miarę punktualnie i niczym nie zaskoczyła. Czas dłużył się okrutnie, nudziłam się jak cholera. Nikomu nie przeszkadzało, że Madonna gra i śpiewa. Niemcy w najlepsze jarali sobie pod sceną to, co akurat mieli pod ręką. Ja, stara palaczka, nie mogłam znieść mieszaniny zapachów tytoniu, piwa i zielska. Jednak nie był to koniec atrakcji, bowiem Niemcy stojący przed nami/obok nas, kompletnie niezrażeni występem gwiazdy wieczoru lub uczestnikami imprezy, wykazywali bardzo wylewnie zainteresowanie swojej osobie towarzyszącej. Szkoda, że nie trzymali się przy tym pionu i musieliśmy z Marcinem służyć za podpórki.

Po Illuminati (jakieś ¾ przedstawienia) podziękowaliśmy za udział i wyszliśmy. Nie doczekałam wejścia na scenę. I dobrze, bowiem na drugi dzień się okazało, że wlazła tam jakaś Rita Ora czy cuś…

YouTube Preview Image

Nietrudno zgadnąć, że byliśmy całkiem nieukontentowani.

EPILOG

Poprzednia trasa koncertowa MDNA była wielce imponująca pod każdym względem. Liczyłam na to, że Rebel Heart będzie lepsze. Przeliczyłam się strasznie. W 90% to „zasługa” setlisty. Madonna ma w zwyczaju promować ostatnie wydawnictwo podczas trasy. Tu zrobiła chyba wyjątek i promowała lata 80. Płyta Rebel Heart jest świetna, tylko że zginęła w gąszczu staroci typu Like a Virgin, Burning Up, Material Girl, Holiday i innych wyżej wspomnianych. Spora część nowych piosenek została niestety wykorzystana jako interlude (Messiah, S.E.X., Illuminati). Nie oszołomił mnie również żaden element pozamuzyczny. Wszyscy zachwycają się faktem, że Madonna nawiązała kontakt z publicznością i z fanami. Tylko że ja do cholery nie przyszłam po to, by prowadzić dialog bądź słuchać monologu, oczekiwałam show, oczekiwałam wielkiego WOW. I się nie doczekałam… Jak na Madonnę bardzo skromna produkcja, nie wykorzystująca jej potencjału scenicznego, a tym bardziej potencjału ostatniej płyty. I zastanawiam się, dlaczego jestem kompletnie odosobniona w tych sądach. Bo wszyscy nagle pokochali Madonnę: dziennikarze, krytycy muzyczni, Marcin i nawet moja ciocia, która wybrała się na koncert w Paryżu… I ostatnia rzecz. Nigdy więcej nie pojadę na koncert do Berlina!

Author: YOeLL

Share This Post On