Notre Dame de Paris 2016 – relacja

Gdyby jeszcze dwa lata temu ktoś powiedział nam, że musical Notre Dame de Paris obejrzymy na żywo, pomyślałbym że sobie żartuje. A stwierdzenie, że dodatkowo będzie to w Palais des Congrès de Paris, paryskiej świątyni musicali, włożylibyśmy między bajki. Życie jednak potrafi zaskakiwać i 26 listopada 2016 roku przekroczyliśmy bramy raju na ziemi.

Warto mieć marzenia i je spełniać…

Nasz urok taki, że dłużej się zastanawiamy nad kupnem rzeczy codziennego użytku, niż nad biletami na spektakle czy koncerty. Dlatego sama informacja, że w Paryżu będzie możliwość obejrzenia jednego z najlepszych musicali wszech czasów, wywołała niemałą radość. Kiedy dodaliśmy do tego  Palais des Congrès de Paris, salę o odwiedzeniu której oboje marzyliśmy i Daniela Lavoie jako Frollo (jedyna osoba z pierwszej obsady z roku 1998), decyzja była prosta do przewidzenia: JEDZIEMY!!! To był zbyt wielki uśmiech losu, żeby się nie skusić.

Palais des Congrès de Paris: świątynia musicali

Żeby tradycji stało się zadość, przed wejściem na salę, wyposażyliśmy się w pamiątkowy program. Ten został wyjątkowo ładnie wydany, z dużą liczbą ciekawostek, wypowiedzi. Miłym akcentem jest wspomnienie o polskiej obsadzie, wzbogacone krótkimi wypowiedziami dwójki artystów. Na dodatek w programie zawarto również fragmenty polskich tłumaczeń, m.in. Belle.

Program spektaklu

Ponad 3700 miejsc na widowni musi robić wrażenie. Dla porównania warszawska Sala Kongresowa ma niecałe 2900 miejsc. Scena, oświetlona błękitnym światłem, dodawała miejscu magii. Całość uzupełniał sączący się z głośników motyw przewodni przedstawienia. Może to zabrzmi głupio, ale czułem się jak dziecko przeniesione do bajki… Dlatego to prawie czterdziestoletnie dziecko musiało przemierzyć halę od pierwszego do ostatniego schodka. Przecież należało wykonać dokumentację zdjęciową, którą z emocji trochę zepsułem, więc musicie uwierzyć na słowo: zapiera dech w piersiach.

Mogę zdradzić mały sekret: w pewnej chwili stwierdziłem, że w zasadzie to NDdP nie muszę już oglądać. Magia miejsca sprawiła, że czułem się wyjątkowo dobrze. Z drugiej strony skoro już tam jesteśmy, niech występują;)

Le temps du spectacle…

Spektakl zaczął się… tak po prostu… Zgasły światła, głośniej zabrzmiała muzyka i na scenie pojawił się Gringoire (Richard Charest). Kilkukrotne oglądanie poprzedniej wersji DVD, niezliczone odtworzenia utworów na YouTube bardzo mocno ukierunkowały nasze oczekiwania. Nie ma więc co ukrywać, że byliśmy nastawieni na szereg porównań. To starcie wygrał zdecydowanie Bruno Pelletier. „Nowy” trubadur nie dysponuje taką charyzmą i lekkością sceniczną jak Pelletier, co wcale nie znaczy, że wysłuchanie jego interpretacji  Le temps des cathédrales nie było przyjemnością.

Kupując bilety na pierwsze spektakle- oglądaliśmy drugiego lub trzeciego dnia po premierze- liczyliśmy, że trafimy na pierwszą obsadę. Szczególnie zależało nam na zobaczeniu na żywo jednej z legend NDdP- Daniela Lavoie. Szczęście nam dopisało i nowy-stary archidiakon Frollo był na wyciągnięcie ręki. Osobiście czekałem na dwa utwory w jego wykonaniu: Belle– szczególnie na fragment kiedy jednocześnie śpiewają Frollo, Quasimodo i  Phoebus. Nie zawiodłem się. Ta sama energia, ten sam poruszający głos. Zupełnie jakby Daniel Lavoie był niepodatny na upływ czasu. No… nie licząc fryzury, która ze szpakowatej zmieniła się w siwą i zdecydowanie lepiej pasuje do archidiakona. Drugi utwór to Être prêtre et aimer une femme. W tym przypadku pomijam aspekty artystyczne, bo odkąd usłyszałem ten zwrot fascynowało mnie jedno banalne pytanie: jak człowiek może wypowiedzieć (o wyśpiewaniu tej frazy nie wspominam) „être prêtre” i nie połamać sobie przy tym języka:) Na własne oczy, a raczej uszy, przekonałem się że to możliwe.

Jedną z największych niewiadomych był dla nas Quasimodo (Angelo Del Vecchio). Garou sprawił, że Quasimodo jest postacią kultową, a charakterystyczna chrypka i tembr głosu pozwoliły przypuszczać, że Del Vecchio może za bardzo „odjechać” od oczekiwań. Rzeczywistość okazała się bardzo pozytywnym zaskoczeniem. C. stwierdziła, że gdyby nie widziała kto śpiewa, postawiłaby na Garou.

Duże wrażenie wywarł również aktualny Clopin (Jay). Osobiście uważam, że jest od kilka klas lepszy od swego poprzednika (Luck Mervil). Les Sans-papiers w wykonaniu Mervila nie zrobiło na mnie większego wrażenia, w przeciwieństwie do interpretacji Jay’a.

Mieszane uczucia są co do  Martina Giroux (Phoebus). Z jednej strony nie porwał tak jak kolejna ikona z pierwszej obsady- Patrick Fiori. Z drugiej ciężko mu cokolwiek zarzucić. Nie ukrywam, że czekałem na jego Déchiré, i pozostał duży niedosyt. Dla mnie współczesna, lekko wymuskana postać kapitana gwardii królewskiej przegrała z zabawnie nieporadną acz szczerze zakochaną w Esmeraldzie poprzednią wersją Phoebusa.

nddp_img_2547

Hiba Tawaji zdecydowanie na plus w całym przedstawieniu. Pozytywna zmiana po kilku latach osłuchiwania się z Hélène Ségara. Odbiór przyjemniejszy, śpiew nie tak zmanierowany jak chwilami jej poprzedniczka. Gdybym miał wskazać ten jeden utwór, gdzie zaprezentowała się wyjątkowo dobrze, bez wątpienia byłby to Ave Maria païen.

Fleur-de-Lys (Alyzée Lalande)- jedyna postać, która cały czas pozostaje w cieniu, dlatego trudno mi się jakoś szczególnie do niej ustosunkować. W zasadzie jedyne co utkwiło w pamięci to wspólne wykonanie z Esmeraldą piosenki o Phoebusie Beau comme le soleil. Ale jak to w sztuce bywa- ktoś musi grać pierwsze skrzypce, żeby na drugim planie błyszczeć mógł ktoś.

Wcześniej wspominałem, że spektakl po prostu się zaczął… Nie było dzwonków, ostrzeżeń. Nie było wyczytywania, wyświetlania niekończącej się listy sponsorów i dobrodziei. Co najważniejsze- brak zakazu robienia zdjęć i filmowania, dzięki czemu mieliśmy możliwość zatrzymania w kadrze tego, co jest ulotne. Czy w Polsce coś takiego jest możliwe? Znaczy pominięcie sponsorów- o reszcie nawet nie marzę.

Prawdziwą wisienką na torcie jest własnoręcznie zarejestrowane wykonanie Les Cloches. To prezent, którego nigdy byśmy się nie spodziewali:)

O Notre Dame de Paris napisano już tak wiele, że trudno silić się na jakieś górnolotne słowa. Faktem jest, że duet Luc Plamondon – Richard Cocciante stworzyli spektakl, który powinien być na czołowych miejscach listy „must see” u każdego wielbiciela musicali. Jeżeli się jeszcze zastanawiasz, po prostu wejdź na stronę.

Za około 5 miesięcy poznamy polską wersję. Będzie „Il est venu…” czy „Il est foutu le temps des cathédrales”? Czas pokaże… Teraz pora na wielki finał.

Author: YOeLL

Share This Post On