Notre Dame de Paris 2016 – relacja
Gru21

Notre Dame de Paris 2016 – relacja

Gdyby jeszcze dwa lata temu ktoś powiedział nam, że musical Notre Dame de Paris obejrzymy na żywo, pomyślałbym że sobie żartuje. A stwierdzenie, że dodatkowo będzie to w Palais des Congrès de Paris, paryskiej świątyni musicali, włożylibyśmy między bajki. Życie jednak potrafi zaskakiwać i 26 listopada 2016 roku przekroczyliśmy bramy raju na ziemi. Warto mieć marzenia i je spełniać… Nasz urok taki, że dłużej się zastanawiamy nad kupnem rzeczy codziennego użytku, niż nad biletami na spektakle czy koncerty. Dlatego sama informacja, że w Paryżu będzie możliwość obejrzenia jednego z najlepszych musicali wszech czasów, wywołała niemałą radość. Kiedy dodaliśmy do tego  Palais des Congrès de Paris, salę o odwiedzeniu której oboje marzyliśmy i Daniela Lavoie jako Frollo (jedyna osoba z pierwszej obsady z roku 1998), decyzja była prosta do przewidzenia: JEDZIEMY!!! To był zbyt wielki uśmiech losu, żeby się nie skusić. Palais des Congrès de Paris: świątynia musicali Żeby tradycji stało się zadość, przed wejściem na salę, wyposażyliśmy się w pamiątkowy program. Ten został wyjątkowo ładnie wydany, z dużą liczbą ciekawostek, wypowiedzi. Miłym akcentem jest wspomnienie o polskiej obsadzie, wzbogacone krótkimi wypowiedziami dwójki artystów. Na dodatek w programie zawarto również fragmenty polskich tłumaczeń, m.in. Belle. Ponad 3700 miejsc na widowni musi robić wrażenie. Dla porównania warszawska Sala Kongresowa ma niecałe 2900 miejsc. Scena, oświetlona błękitnym światłem, dodawała miejscu magii. Całość uzupełniał sączący się z głośników motyw przewodni przedstawienia. Może to zabrzmi głupio, ale czułem się jak dziecko przeniesione do bajki… Dlatego to prawie czterdziestoletnie dziecko musiało przemierzyć halę od pierwszego do ostatniego schodka. Przecież należało wykonać dokumentację zdjęciową, którą z emocji trochę zepsułem, więc musicie uwierzyć na słowo: zapiera dech w piersiach. Mogę zdradzić mały sekret: w pewnej chwili stwierdziłem, że w zasadzie to NDdP nie muszę już oglądać. Magia miejsca sprawiła, że czułem się wyjątkowo dobrze. Z drugiej strony skoro już tam jesteśmy, niech występują;) Le temps du spectacle… Spektakl zaczął się… tak po prostu… Zgasły światła, głośniej zabrzmiała muzyka i na scenie pojawił się Gringoire (Richard Charest). Kilkukrotne oglądanie poprzedniej wersji DVD, niezliczone odtworzenia utworów na YouTube bardzo mocno ukierunkowały nasze oczekiwania. Nie ma więc co ukrywać, że byliśmy nastawieni na szereg porównań. To starcie wygrał zdecydowanie Bruno Pelletier. „Nowy” trubadur nie dysponuje taką charyzmą i lekkością sceniczną jak Pelletier, co wcale nie znaczy, że wysłuchanie jego interpretacji  Le temps des cathédrales nie było przyjemnością. Kupując bilety na pierwsze spektakle- oglądaliśmy drugiego lub trzeciego dnia po premierze- liczyliśmy, że trafimy na pierwszą obsadę. Szczególnie zależało nam na zobaczeniu na żywo jednej z legend NDdP- Daniela Lavoie. Szczęście nam dopisało i nowy-stary archidiakon Frollo był na wyciągnięcie ręki. Osobiście czekałem na dwa utwory w jego wykonaniu: Belle– szczególnie na fragment...

Read More
Przepastne brzuchy
Wrz25

Przepastne brzuchy

To była zwykła, najzwyklejsza sobota. Wszystko toczyło się ustalonym rytmem. Po obiedzie powstała standardowa „checklista” i ruszyliśmy na wyprawę zwaną „sobotnie zakupy w markecie”. Od lat lista wygląda podobnie i w zasadzie oboje możemy ją wyrecytować z pamięci z 95% dokładnością- w zależności od tego co akurat jest na wyczerpaniu z tzw. chemii. No dobrze- przyznam się, że z chemii i w szkole byłem noga, więc moja dokładność to 80%:). Standardowo w wózku ląduje tygodniowy zapas napojów, warzywa, bardzo często ryby (bez fałszywej skromności napiszę, że kwasów Omega3 pochłaniamy zadecydowanie powyżej średniej krajowej). Nie sposób pominąć konkretnego zapasu słodyczy, który często i tak okazuje się niewystarczający. Jeżeli dodamy do tego owoce (dużo owoców) i moją graniczącą z uzależnieniem „jabłkolubność”, robi się tych zakupów objętościowo sporo. Po zsumowaniu wszystkiego okazuje się, że jak zwykle zapełniliśmy 3 torby, które zajmują cały wózek. Ktoś może pomyśleć, że kupujemy dla pięcioosobowej rodziny i psa:) Mamy też „swoją” panią kasjerkę, do której- jeśli tylko pracuje- idziemy, nierzadko ignorując komunikaty z głośnika informujące, że wolna jest „kasa numer 5”. Ot, zawsze człowiek pogawędzi, poplotkuje i płacenie mniej boli;) Jako że pani kasjerka wie czego się spodziewać na taśmie, czasami zdarza jej się żartem powiedzieć „oj coś mało dzisiaj tego, albo nie bierzecie państwo tamtego…” Chyba właśnie ta nasza zakupowa znajomość niedawno pozwoliła jej powiedzieć coś co nas zaskoczyło i rozbawiło. Nawet w prima aprilis byśmy się nie spodziewali usłyszeć, że „państwo kupują dla siebie??? A ja myślałam, że jakiś biznes gastronomiczny prowadzicie!!!”:) Teraz mamy w razie czego argument i w przypadku mniejszych zakupów zawsze możemy powiedzieć, że biznes się słabiej kręci:)...

Read More
Jak zostać znanym blogerem?
Mar20

Jak zostać znanym blogerem?

W sieci znajdziesz na ten temat mnóstwo poradników i wskazówek jak zostać znanym blogerem?. Jednak moje są najbardziej wartościowe, bo w 100% szczere. NIE MAM POJĘCIA JAK TO ZROBIĆ ponieważ nie jestem ani znany, ani bloger w znaczeniu jakim modnie jest się przedstawiać. Nawet gdybym taki był, to dupa ze mnie nie pedagog:) A wielu myśli, że już są (znani). Guzik prawda! Nie są, a piszą bo temat chwytliwy. Takie mają intencje....

Read More
Hej… kto mi zrobi logo (na bloga)?
Mar15

Hej… kto mi zrobi logo (na bloga)?

Bliższy niż dalszy jest dzień, że i ja gromkim głosem zakrzyknę „kto mi zrobi logo na bloga”??? Co gorsza będę w stanie za to zapłacić:) Na razie odkładam to na półkę z napisem „marzy mi się”, co nie znaczy że nie mogę podglądać co w trawie piszczy. Oczywiście głównie chodzi o budżet, bo ile osób tyle stawek i dobrze by było się chociaż w przybliżeniu orientować ile grosiwa wyparuje z kieszeni. W pełni rozumiem grafików, którzy rzygają „ofertami” od klientów za nędzny grosz, albo i taniej. Za każdą pracę należy godziwe wynagrodzenie, które z reguły jest kompromisem budżetowym dwóch stron. Co w przypadku, kiedy składając zapytanie klient nie kończy żenującym „mam na to 50 PLN”? Logika podpowiada, że dla klienta na pierwszym miejscu nie jest minimalizacja kosztów i wydupczenie twórcy tylko otrzymanie usługi zgodnej z jego wymaganiami. Czy aby na pewno? Dzisiejszy, sobotni poranek, zupełnym przypadkiem, pozwolił mi uzupełnić wiedzę o podejściu grafików do zapytań klientów. Dlatego z przyjemnością ustosunkuję się do pewnej sytuacji, z którą się spotkałem. Ponieważ o grafice komputerowej nie mam żadnego pojęcia, co więcej- jestem artystycznym beztalenciem przyjmę dwa założenia, które pozwolą bardzo jasno określić mój punkt widzenia i jednocześnie odbiorą oszołomom przynajmniej część argumentów do dyskusji: 1. na całą sytuację patrzę z punktu widzenia potencjalnego klienta w niedalekiej przyszłości. Ponieważ w handlu (po stronie szeroko rozumianego „sprzedawcy”) siedzę ponad 15 lat, to zakładam, że wiem jak rozmawiać z klientami (bez znaczenia czy chcą kupić towar, czy usługę) 2. nie mając żadnych kompetencji w ocenie doświadczenia wypowiadających się potencjalnych zleceniobiorców, zakładam, że każdy z nich posiada umiejętności w pełni wystarczające do wykonania zleconej pracy. Prześledźmy więc zapytanie klienta dysponującego budżetem X oraz reakcję potencjalnych wykonawców zlecenia. KLIENT PYTA Zlecę wykonanie logotypu dla blogu. Szukam grafika, który potrafi zaprojektować logo, oddające klimat i charakter tego miejsca, najchętniej zaś, mającego w dorobku takie właśnie prace, wykonywane dla blogerów. Bo blog to specyficzna marka. Zapytanie jakich wiele… Klient w kilku słowach zajawia temat, bez zbędnego wchodzenia w szczegóły. Jedyna preferencja (ale nie wymóg- co istotne), to osoby mogące się pochwalić opracowaniem logotypu dla bloga. Czy takie stosowanie takich kryteriów jest uzasadnione? Nie wiem i w zasadzie nie ma to najmniejszego znaczenia. Klient zgłaszając się z jakimkolwiek zapytaniem do kogokolwiek ma prawo swoje oczekiwania opisać jakkolwiek (aczkolwiek kulturalnie). Klient może być głupi i może być ignorantem. Profesjonaliści są od tego, żeby doradzić, a przede wszystkim żeby potrafili przekonwertować myśli klienta na język zrozumiały dla siebie. Jednak profesjonalista charakteryzuje się przede wszystkim tym, że nie da klientowi nawet odrobiny sugestii iż ten jest nieogarnięty. KLIENT DOPRECYZOWUJE Drodzy graficy – cieszę się z Waszego zainteresowania tym zleceniem, ale bardzo proszę o...

Read More
Share Week 2014 i wszystko jasne
Mar02

Share Week 2014 i wszystko jasne

Miałem nic nie pisać w tym temacie, bo o ile łatwo wybrać mój top (ale na buka, trzy to za mało) to gorzej mi było przełknąć świadomość, że kogoś muszę pominąć. Dobra… znakomitą większość. Skargi i zażalenia do proszę kierować do pomysłodawcy Share Week, jestKulturalnego Andrzeja:) Zeszłoroczne zamieszanie z tym związane mnie ominęło, bo się uczyłem konfigurować WordPressa, więc sorry, ale to jest mój pierwszy raz. Odrzuciłem całą „branżunię”, ponieważ moja rekomendacja i tak im nie pomoże. A może ktoś z nich by się poczuł urażony, że ma akurat we mnie wiernego czytelnika- bo może mnie akurat nie lubi;) Mniej wiesz dłużej żyjesz, a kolejność jest niczym nie uzasadniona, poza pierwszeństwem dla kobiety:) Koniec filozofowania, pora na konkrety. A raczej kobiety. Chociaż bardziej na miejscu będzie napisać „kobietę”, bo jeden mega ciekawy blog jest w zestawieniu. nastepna-blogujaca.pl Wszystkie oznaki na niebie i ziemi wskazują, że to blog językowy pisany przez zafiksowaną na punkcie języka Jagodę:) Z angielskiego największe sukcesy odnoszę kiedy milczę, jednak lubię tam zaglądać, bo zawsze czegoś zaskakującego się człowiek dowie. Np. o co kaman z kalesonami :) * * * * * Pora na występ pary mieszanej: jasdelux.pl Blog rodzinny prowadzony przez przesympatyczną rodzinkę Polaków mieszkających w Luksemburgu. Czasem wpisy, które zamieszcza Agnieszka są „uzupełniane” słowem „od siebie” przez Przemka. To działa również w drugą stronę. Najbardziej czekam na wpisy strapionego Jasa, któremu zdarza się coś lekko przeskrobać :) * * * * * Pozostało przywołać 4 blogi prowadzone przez facetów. Tu już kolejność jest zupełnie z czapy. Jeżeli akurat nie jesteś wymieniony na pierwszym miejscu, to pomyśl że jesteś, a ja to potwierdzę:) tyfon.pl Najbardziej tajemnicza postać na mojej liście, ale za to pisać potrafi. Prawie zawsze trafia w punkt i nie bije piany na darmo. Dzięki niemu wiem, że póki co to #jestęblogerę, ale wszystko przede mną;) * * * * * wkurzanie.pl Marek, jak sam o sobie mówi, to „pierwszy bloger diestyle’owy” :) Możesz go kochać lub nienawidzić. Stanów pośrednich nie przewiduje się. Czasami do bólu złośliwy i sarkastyczny, a że i ja od złośliwości nie stronię, to tak się składa, że dobrze mi się Mareckiego czyta. Co nie znaczy, że się we wszystkim zgadzamy. Z drugiej strony kiedy patrzę w lustro i podziwiam swój „pierwszy” siwy włos, aż się chce przeczytać zacny test. Tylko efekt końcowy bym sobie ciut inny życzył jeśli się zdecyduję:) * * * * * direwolf.pl Kurka wodna! Nie dość, że Waldek mieszka w pószczy*, to jeszcze popełnia miłe do czytania teksty. O zdjęciach nawet nie wspominam, bo jego fotografie psów są niesamowite. Jakby mu było mało dwóch talentów, to bonusowo posiada poczucie humoru. Zdecydowanie w top3 blogów, które zacząłem...

Read More
Jak zarabiać w (na) blogosferze
Lut21

Jak zarabiać w (na) blogosferze

W kraju zwanym Polską ogromna część społeczeństwa zna się na polityce, piłce nożnej i skokach narciarskich. Obecnie do listy dochodzi znajomość blogosfery, a przede wszystkim jej monetyzowanie. Niekoniecznie przez najbardziej tym zainteresowanych- blogerów. Skoro już o zarabianiu w “internetach” piszę, to pora odkryć Hamerykę ponownie: można zarabiać na blogach. Więcej- są tacy, którym to wychodzi rewelacyjnie. Kiedy dorosnę, też będę trzepał na tym kasiorę. Może nie taką jak Zombie, ale na ocean coca-coli z lodem mi wystarczy. Decydując się na publikację jakichkolwiek treści w internecie musisz się liczyć z tym, że prędzej czy później ktoś zaproponuje ci coś, co na pierwszy (często również na drugi i trzeci) rzut oka będzie wyglądać na interes życia. Siedząc w reklamie już dosyć długo ochoczo analizuję wszystkie napływające (lub znalezione w internecie) propozycje współpracy, czy jakiejkolwiek promocji mojej witryny. Dlatego postanowiłem rozłożyć na czynniki pierwsze najbardziej zaskakujące przedsięwzięcia, z jakimi się spotkałem. Obraz jaki się wyłania jest… jest jaki jest i tyle. Dzisiaj część pierwsza. Bloger Roku – co chodzi? Jeżeli nie powiodło ci się w konkursie na Blog Roku, to pozostała alternatywa. Start w innym konkursie(?), plebiscycie(?), w którym nie wiadomo było o co chodzi. Na dzień dzisiejszy już się sprawa wyjaśniła, ale do czasu zamknięcia zgłoszeń (a nawet dłużej) przekaz był taki: mamy zajebisty projekt, który ma jakichś tajemniczych sponsorów, ale ciężko powiedzieć jakie są nagrody ani tym bardziej jasne zasady udziału. Bloger Roku – nagrody Organizatorzy od samego początku robili co tylko mogli (a wychodziło im to nad wyraz dobrze), aby żeby akcja wyglądała na jak najbardziej nieprofesjonalną. Bo czy można mówić o jakimkolwiek profesjonalizmie, kiedy regulamin zachwala iż jedną z nagród jest ponoć promocja w mediach społecznościowych. W jakich mediach, jakie konkretnie świadczenia, czas realizacji- te “drobiazgi” nie zostały w żaden sposób wymienione. Podobno te media społecznościowe to FB, TT i PT, gdzie na jednym z wymienionych serwisów projekt konkursowy prawdopodobnie nie ma jeszcze nawet założonego swojego profilu. Ciekawym jaki zasięg zdążą zbudować jeśli go założą. Mam wrażenie, że cyfra dupy nie urwie. Na innym serwisie swoją dotychczasową aktywnością zdołali skupić uwagę 16 profili. Celowo piszę profili, bo wśród nich są anglojęzyczne perełki z opisem “Retweet & follow me if you like my tweets”, które śledzą ponad 300 000 użytkowników (każdy z osobna). Zapewne wielką korzyścią będzie promocja zwycięskiego bloga takiemu audytorium…. Pula nagród 10 600 PLN. Przyznaję, że myślałem nad tym bardzo długo i nijak mi się ten budżet nie spina. Według obecnie dostępnej wersji regulaminu (aczkolwiek mam wrażenie, ale nie pewność, że się trochę zmienił) i informacji zawartych na fanpage nagrody zamykają się w kwocie 2500 PLN. To szacunki “na bogato”, bo uzyskane cyfry dotyczące poszczególnych nagród...

Read More
MusicaLove, co się go nie da „loffciać”
Lut18

MusicaLove, co się go nie da „loffciać”

MusicaLove Kiedy tylko pojawiła się informacja, że można kupić bilety na nowy spektakl MusicaLove w Teatrze Rampa, Christelle wcieliła chytry plan w życie. Tak oto staliśmy się posiadaczami biletów w VII rzędzie (o tyle istotne, że przy przejściu więc dużo miejsca na nogi). Skoro widzieliśmy Ale Musicale!, to i na konkurencyjnej „imprezie” nie mogło nas zabraknąć :) Bardzo fajny pomysł na początku przedstawienia. Zanim „kurtyna” poszła w górę wyświetlany był na niej filmik, zaaranżowany na zwykłą krzątaninę za kulisami. Ktoś biegnie, ktoś ćwiczy… Potem kadry z filmu dość płynnie pojawiły się na scenie, której około 1/3 powierzchni zajmowało podwyższenie dla niewielkiej orkiestry. MusicaLove, ale już mniej Pomysł na spektakl był mniej więcej taki: do kilku kawałków z Evity dodać  odrobinę Sunset Boulevard. Wszystko wymieszać (zgodnie z ruchem wskazówek zegara), powoli dolewając do garnka zasmażkę z Upiora w Operze. W razie potrzeby dorzucić dwa kawałki Jesus Christ Super Star. Odstawić do ostygnięcia. Całość oblać sosem z Les Miserbles i Love Never Dies. Czyli odśpiewać (to akurat zrozumiałe) i odtańczyć (nie wiem po co tancerze w tle). Scenografii praktycznie zero (nie licząc „kraty” w The point of no return) i jakiejś czerwonej zasłony. Rozumiem, że nie należało liczyć na podobne podejście co w Romie, jednak ten minimalizm był słaby. MusicaNieLove Ciężko nam było znaleźć jakieś wielkie pozytywy. Ola Bieńkowska w każdej wykonywanej piosence manierycznie macha ręką, o niepasujących tancerzach wspominałem… Nad wszystkim (niemalże) pieczę trzyma Jakub Wocial: inscenizacja, scenariusz, reżyseria… a nawet projekt okładki programu i plakatu. Dobrze to podsumowała Christelle: gdyby mógł, to bym sam śpiewał, grał, tańczył i na koniec zaklaskał. Nawet humorystyczne i trochę improwizowane wykonanie You can get away with anything z The woman in white nie sprawia, że chce się myśleć ciepło o całym przedstawieniu. Całkiem nieźle wypadł w utworze I only want to say… No kto wypadł? Taka zagadka mała będzie… Oczywiście, że Jakub Wocial!!! Widzę, że nie sprawiło to nikomu trudności:). Chociaż za to dam 1 punkt do oceny końcowej. Drugi dołożę za orkiestrę, która sprawiła, że wytrwaliśmy do końca. Jednak byli tacy, co wyszli w trakcie przerwy. Do tego jakiś fanklub, albo gimbaza na widowni i darcie jap. Słabizna. fot. Kinga Taukert...

Read More
HER – czyli jej film! (Ona)
Lut03

HER – czyli jej film! (Ona)

Świat, w którym żyjemy sprawia, że do nakręcenia filmu balansującego na granicy fantastyki nie ma potrzeby umieszczania akcji w „odległości” 100 lat od dzisiaj. Wystarczy, że będzie ich kilkanaście. Tak właśnie wygląda rzeczywistość, w której rozgrywa się akcja najnowszego filmu Her (Ona). Reżyserem jest Spike Jonze. Kobiety, technologie… wszystko to, co kręci mężczyzn. I to na wyciągnięcie ręki! FABUŁA Fabuła niby banalna, ale tylko przy powierzchownym odbiorze.  Theodore Twombly, przeżywający rozwód z ukochaną żoną, żyje w cyberświecie. Otacza go mało ludzi, bo całe jego życie zawodowe i intymne wiąże się ze zdobyczami techniki. Nic więc dziwnego, że ten samotny gość sprawia sobie najświeższy na rynku system operacyjny OS1. W opcji głosowej wybiera wersję kobiecą i wpada jak śliwka w kompot. Wydawać by się mogło do tej pory, że to właśnie Theodore (grany przez Joaquina Phoenixa) jest centralną postacią, a tu guzik! Jest on tylko punktem podparcia dla rozwijającej się historii. Równie dobrze mógłby nim być pryszczaty nastolatek, choć zdecydowanie wolę wyśmienitą rolę Phoenixa. Osią całego filmu jest OS1, który nadał sobie imię Samantha (głos Scarlett Johansson). Niesamowite w filmie jest to, że cała opowieść krąży wokół oprogramowania, a nie postaci z krwi i kości. SAMANTHA Początkowo Theodore korzysta z dobrodziejstw Samanthy w sposób klasyczny;) Z czasem jednak staje się ona partnerem błahych rozmów, poważnych dyskusji, a nawet seksu. Bezosobowa Sam nabiera cech ludzkich, zaczyna czuć, aż w końcu wiąże się ze swoim właścicielem. Znamienne jest, że momentami zachowuje się nie jak gadająca maszyna, ale typowa humorzasta baba. I ten moment uważam za punkt zwrotny. Od tej chwili bowiem Theodore uzależnia się mentalnie od Sam, która zostaje nawet przedstawiona oficjalnie jako jego dziewczyna. Niesamowite jak w tak prostej historii udało się pokazać aż tyle odcieni emocji związku w którym kobieta jest nieobecna fizycznie. Fascynujące są sceny wspólnej randki, wycieczki na plażę czy weekendowego wypadu zimowego. Scarlett Johansson – mimo że niewidoczna – jest tak fantastyczna, że człowiek nie może się doczekać aż Theodore uruchomi po raz kolejny OS. W napięciu trzymają świetne dialogi, bo nie wiemy co Samantha wypali Theodorowi. IŚĆ DO KINA CZY IŚĆ? Tak czy inaczej, idźcie i zobaczcie koniecznie jak facet został omotany przez najprawdziwszą technologię i trochę mniej prawdziwą ale jakże ludzką kobietę:) Zobaczycie do czego może doprowadzić izolacja i poczucie samotności. Tegoroczny Złoty Glob za scenariusz nie przypadkiem powędrował do reżysera i scenarzysty w jednej osobie. Wpis jest wynikiem współpracy z...

Read More
Wojna, kurwa, musi być !!!
Lut01

Wojna, kurwa, musi być !!!

W Polsce zawsze ktoś musi się z kimś (na kogoś) napieprzać. Niedawno zaczęło się obrzucanie gównem i wzajemne szczanie sobie do butów w kontekście powstania PSBV. Akurat do tego projektu mam póki co stosunek obojętny (z kredytem zaufania)  i czekam na rozwój wydarzeń. Jedna strona rozpoczęła krucjatę pod hasłem „chcą nas wyruchać, a sami będą trzepać kasiorę”. Druga zareagowała w sposób nie do końca profesjonalny (biorąc pod uwagę kim są w blogosferze), bo należało to rozegrać inaczej. Dobrze, że odbyło się AMA, zawsze to jakiś krok naprzód. Chociaż i tak pewnie część piszących będzie się doszukiwać spisku z detereminacją godną Antoniego M. (syna starego Macierewicza). Wroga jakiegoś przecież mieć trzeba… 29 stycznia znowu miało miejsce wiekopomne wydarzenie. Pierwszy polski youtuber z milionem subskrybentów na kanale, SA Wardęga w dość bezpośredni sposób wyraził swoje zdanie o blogosferze, które podobno miało być trollingiem. Ma ku temu święte prawo, nie zamierzam oceniać czy postąpił dobrze czy źle. Jego wpis, jego opinia. A zaraz potem rozpoczęła się regularna napierdalanka: na YT to siedzi gimbaza, blogerzy są pojebani i tak dalej. Na porządku dziennym było porównywanie cyferek przypominające grupę bezmózgich dresiarzy mierzących swoje penisy i chwalących się który dłuższy. No bo jak to… Wojna, kurwa, musi być!!!  Przecież w tym kraju nie można żyć w zgodzie innymi, tylko trzeba się przy pierwszej możliwej okazji przypierdolić. Być może przyczyną są problemy seksualne, ale to nie jest usprawiedliwienie :) Dlatego zanim zaczniesz znowu nakurwiać (blogerze na youtubera, a ty jutuberze na blogera) zmuś do wysiłku szare komórki, bo zaryzykuję stwierdzenie że jakieś posiadasz i zrozum: BLOGERZE !!! Stworzenie dobrego filmu na YT to nie jest łatwa sprawa. Gdyby tak było to świat byłby pełen Wardęg. Film na YT nie powstaje w 5 minut, a jeśli tak myślisz oszukujesz sam siebie lub prawdopodobnie jesteś debilem. Jeśli ktoś ci tak powiedział to jest debilem. Lub wiedział, że ty jesteś debilem i w to uwierzysz. Jestem pełen podziwu dla jutuberów, bo ich umiejętności są dla mnie nieosiągalne. Nie mam tyle cierpliwości do dłubania w montażu, a moje mierne efekty złożenia filmu nadają się do „śmiechu warte”. Trudno się nie zgodzić, że dobre filmy na YT powstają przynajmniej kilka godzin. Nie potrafię sobie wyobrazić ogromu pracy jaki trzeba włożyć, żeby powstała taka perełka: Więc przestań się ciskać, że twój blog odwiedza X ludzi, a ty jesteś najbardziej szanowaną osobą na dzielni, a youtuber to się „wozi” bezpodstawnie. JUTUBERZE… Dobre wpisy na bloga nie wypadają sroce spod ogona. Jeżeli myślisz, że jest inaczej, to spróbuj stworzyć kilka postów na 1500 znaków (to nie jest specjalnie powalająca długość), uruchom bloga nawet na darmowym silniku i poprowadź go solidnie przez miesiąc czy dwa. Nie...

Read More
5 najgorszych scen w filmach porno (ever !!!)
Sty20

5 najgorszych scen w filmach porno (ever !!!)

W filmach porno zdarzają się dobre akcje, czasem nawet bardzo dobre. Niestety są też takie, od których włos na głowie jeży się nawet łysym. Jeżeli masz odwagę to zapraszam do obejrzenia 5 najgorszych scen i dialogów w filmach porno. I nie próbuj mi wmówić, że nigdy nie oglądałeś(aś) ślizgacza. 99% społeczeństwa je ogląda, 1% się do tego nie przyznaje. Zaczynajmy: 05. Dramatyzm akcji, władczy ton i oksfordzka angielszczyzna tego gościa sprawiają, że boję się pomyśleć co było dalej. 04. Let’s fuck her… i seks lesbijski 03. Idealny dowód na to, że w pornosach występują bezmózgowi faceci :) Majstersztyk efektów dźwiękowych. 02. Oprócz sprawnego penisa i nadludzkiej umiejętności jego używania ważne jest też męstwo i siła. Cechy, o których zapominamy w dzisiejszych czasach, a w oczywisty sposób pokazują jak powinien zachować się prawdziwy dżentelmen w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa. 01. Wzruszyłem się jak nieprzymierzając na Titaniku czy Nocach i Dniach. Romantyzm sceny mnie przerósł, a gra aktorska zaczarowała. Ktoś wie czy ten film dostał jakiegoś Oskara? Powyższa lista zainspirowała Cię do… czegokolwiek? Podziękuj lajkiem i podrzuć linka znajomym niech korzystają z głębi przekazu :) photo credit: Lies Thru a Lens  via photopin cc...

Read More
Dzień dobry, poproszę najtańsze wino
Sty17

Dzień dobry, poproszę najtańsze wino

Taka sytuacja, gdzieś przy Wiatraku :) Szukamy czegoś procentowego, po taniości. Ma być na prezent „z jajem”. Sklep 1: Sieciówka, przyzwoitej jakości. – Po ile najtańsze wino? – Mam Sangrię, 9,60 Powiedzcie dobrzy ludzie gdzie tu kryzys? :) Sklep 2: Gdzieś w małej uliczce, ciemny i obskórny. Pasuje jak ulał do profilu klienta „kierowniku… pan dołoży złotóweczkę…” – W jakiej cenie najzwyklejsza alpaga? – Nie mam takich. Najtaniej po 16 Żeby w kraju słynącym z chlania nie można było nic przyzwoitego kupić. W dupach się żulom poprzewracało;) – To gdzie tu w pobliżu coś takiego dostać? – Za rogiem w lewo i… [tu pani wytłumaczyła jak trafić pod właściwy adres] Sklep 3: Wbijamy z kolegą do lokalnego monopolka (zagadką pozostaje co starsze: lokal czy ekspedientka) i wywiązuje się dialog: – Potrzebujemy najtańsze wino, zwykłą alpagę Sprzedawczyni, ewidentnie bardzo zaznajomiona ze smakami i skutkami ubocznymi sprzedawanych trunków rzecze: – Mózgojeba znaczy? Tam stoją… 4,55 [razem z kaucją za flaszkę] Fakt, na górnej półce stały trzy zacne 0,7… – To poprosimy z prawej, z tą panią na etykietce. Sprzedawczyni się odwraca i krzyczy gdzieś w kierunku zaplecza: – Ej… chodź zdejmiesz panom tego mózgojeba z gołą dupą na etykiecie Grunt to subtelność :) Finalnie staliśmy się właścicielami flaszki „napoju alkoholowego na bazie piwa” z nieokreśloną zawartością fenyloalaniny i siarczanów. Najważniejsze, że 9% alko jest :) Jeżeli jesteś chociaż pod niewielkim wrażeniem tej „przygody”, to nie krępuj się- daj lajka i  udostępnij dalej....

Read More
American Hustle – pozwól się oskubać
Sty10

American Hustle – pozwól się oskubać

Włącz sobie utwór z tego filmu. Przyjemniej się będzie czytać. Wczorajszy wieczór spędziliśmy na przedpremierowym pokazie American Hustle. Umożliwiła nam to firma Sony Pictures, na co ani Christelle ani ja narzekać nie zamierzamy:) Dla Irva Rosenfelda (Christian Bale) praca nie jest pasją, której oddaje się z pełnym zaangażowaniem. Dzień zaczyna od starannego przyklejenia zabawnego tupeciku i wykonania zaczeski. Bez tego wszak nie wypada pokazać się ludziom. Ma sieć pralni, jednak skupia się na niezbyt wyrafinowanym, ale skutecznym sposobie zarabiania poprzez oszustwa finansowe. Obiecuje swoje pośrednictwo i pomoc w uzyskaniu kredytów osobom, których sytuacja życiowa nie jest specjalnie komfortowa. Pobiera za to sutą, bezzwrotną „prowizję”. Oczywiście na tym się kończy. To pomysł bohatera na utrzymanie siebie, żony i jej syna z poprzedniego związku. „Interes” kręci się przyzwoicie, jednak w życiu Irva wszystko zmienia się wraz z poznaniem Sydney Prosser (Amy Adams), przyjmującą tożsamość „Lady Edith”. Dzięki niej Irving-oszust rozwija skrzydła, a liczba oszukanych osób rośnie w bardzo szybkim tempie, aż działalnością pary kochanków zaczyna interesować się FBI i agent Richi DiMaso (Bradley Cooper). Do tej pory rozwój sytuacji jest jasny i klarowny: szwindel za szwindlem, a kasa leci wartkim strumieniem. Pojawienie się Coopera burzy świat w jakim żyją Irv i Sydney. Irvind, mimo całej swojej przestępczej działalności, to facet wzbudzający bardzo pozytywne odczucia. Zostaje postawiony w bardzo niewygodnej dla siebie sytuacji, ponieważ agent FBI nie daje mu wyboru i Irvind jest zmuszony do odstąpienia od resztek pozytywnych wartości, które wyznawał w swoim życiu. Po kontrolowanym wręczeniu czeku z prowizją Richi  proponuje im dość standardowy układ: spokój w zamian za wystawienie czterch innych oszustów. Wydawać by się mogło, że to nic trudnego, jednak film trwa ponad dwie godziny:) Agent DiMaso okazuje się być chorobliwie ambitnym gościem, który widząc chociaż cień szansy na wykazanie się, przestaje racjonalnie myśleć. Początkowy plan wsadzenia za kratki kilku średniego kalibru oszustów urasta do rangi ogromnej akcji przeciwko korupcji w którą zamieszany jest burmistrz Carmine Polito (Jeremy Renner), kongresmeni, senatorowie. W pewnym momencie na „celowniku” agenta DiMaso pojawiają się również ludzie z kręgów mafijnych. Agent FBI chce zamknąć wszystkich, bez względu na stanowisko, a co gorsza wychodzi przy tym z założenia, że cel uświęca środki. Nie waha się w związku z tym w bardzo bezpośredni sposób przekonywać swojego przełożonego do swoich planów. Za sojusznika ma siedzącego jeszcze szczebel wyżej karierowicza, który chętnie ogrzeje się w blasku sukcesu. Mamy więc do czynienia z siłą złego na jednego. Czy to się może dobrze skończyć? Nie sposób pominąć tutaj roli Jennifer Lawrence, która wiceliła się w żonę Irva, Rosalyn Rosenfeld. Tam gdzie są duże pieniądze, polityka i mafia, jedna zraniona kobieta ma ogromne pole do popisu. Zwłaszcza kiedy jasny kolor włosów...

Read More

Kiedyś to były seriale

O świętach już pisałem, więc się nie będę powtarzał bo nic się z mojego punktu widzenia nie zmieniło. Za to skrobnę kilka słów w kontekście „ach ta dzisiejsza młodzież, albo dzieci”. Oglądają w telewizorach jakieś hamerykanckie głupoty i pewnie prawie żadne z nich nie ma pojęcia, że kiedyś człowiek cały rok czekał na kolejne spotkanie z ulubionymi bohaterami. Co tam Hany Montany i inne dziwolągi: kiedyś to były seriale dla dzieciaków… Kolejność zupełnie przypadkowa: ARABELA Chyba nie było kajtka, który nie chciałby mieć plakatu księżniczki Arabeli w pokoju. Inna sprawa, że raczej nie były dostępne. Tak czy inaczej Petr, jeden z bohaterów flirtujących z księżniczką, nie miał po co do Polski przyjeżdżać. Wrogów było zbyt wielu;) Za to Rumburak, który koniecznie chciał Arabelę porwać z królestwa bajek, to był bardzo sympatycznie nieporadny gość. PRZYGODY ELEKTRONIKA Serial zagadka. Kojarzę, że rzecz dotyczyła chłopca-robota, który był bliźniaczo podobny do zwykłego nastolatka. Ich losy oczywiście się splotły, co spowodowało niezłe zamieszanie w szkole, i nie tylko. GOŚCIE, GOŚCIE Nie chodzi tu o film z Jeanem Reno tylko czeską produkcję z lat ’80. Goście z przyszłości odwiedzają Czechosłowację w poszukiwaniu rozwiązania problemu asteroidy, który ma zniszczyć ziemię. Lekarstwem okazuje się być teoria naukowca Adama Bernaua. Problem w tym, że Adam ma dopiero coś koło 10 lat i nie bardzo garnie się do zostania uczonym. Pamiętam, że szczytem efektów było wówczas zmienienie koloru samochodu, oczywiście magiczne ;) NIKOGO NIE MA W DOMU Stary, kolejny czechosłowacki, mini-serial o perypetiach małego smyka Pawła, który pod nieobecność dorosłych w domu miał nikogo obcego nie wpuszczać do mieszkania. W każdym odcinku padało sakramentalne „nikogo nie ma w domu”, a potem Pawełek z sobie tylko znanych powodów otwierał drzwi. Lub samodzielnie coś kombinował: pranie, gotowanie, sprzątanie… Żadnej pracy się nie bał. A efekty? Spuśćmy na to zasłonę miłosierdzia;) WAKACJE Z DUCHAMI Kultowy serial dla dzieci i młodzieży. Maniuś „Pikador” z kumplami w wakacje rozdawali karty w telewizyjnej ramowce. Teraz by się pewnie powiedziało, że mieli prime time. Nie oglądali go tylko ci, którzy nie mieli telewizora. Chociaż zawsze do kogoś można było wbić. Jednak kiedyś to były seriale… Ktoś ma inne ulubione? Spodobał się wpis? Powstrzymywanie się przed „lajkiem” może źle wpływać na twoje samopoczucie :)...

Read More

Zima sucks !!!

W wielkim skrócie pisząc: zima i święta to zuo. Od pierwszego do ostatniego płatka śniegu!!! W Internetach występuje teraz zbiorowe jaranie się zimą i świętami. Też postanowiłem się pojarać i w kilku słowach wyrazić moje chłodne uczucia do wcześniej wymienionych. Muszą być chłodne bo gorące by śnieg roztopiły i mogłoby dojść do zamieszek. Cała złość znowu by się skupiła na ambasadzie rosyjskiej i po co? Bez tego powodów do hejtowania zimy i świąt jest aż za wiele: KRYSMAS END ŁINTER SONGI Last Krysmas – grana do znudzenia przez wszystkie chyba stacje radiowe, telewizyjne, a nawet ustawiana jako „czekajka” w telefonach. O napieprzaniu bielą w centrach handlowych nie wspominam. Nic tylko patrzeć jak chopinowskie ławeczki na Krakowskim przedmieściu też będą ją z siebie wypluwać. Oprócz klasycznego zarzygania świata przez Wham! mamy do czynienia z perfidną manipulacją. Teledysk do tego kawałka po raz pierwszy obejrzałem wieki temu. I co? To, że bez mała 30 lat później oglądam go i wszyscy na tym filmie nic a nic się nie postarzeli. Młodzi i piękni jakby ich zamrażali cyklicznie, tylko po to żeby wyrwać ze stanu hibernacji przed świętami. Pośpiewają trochę i do zamrażarki. Chciałem być chytry, cwany i pierwszy. Zapodałem na fejsie linka do tego kawałka jakoś pod koniec września czy na początku października. Spóźniłem się. Dwa tygodnie wcześniej jakaś stacja radiowa już go zagrała, wspominając przy tym o świętach… Drugi śpiewający herbatnik mogący przyprawić człowieka o odruchy znane czasami z letnich, weekendowych wieczorów: Szejkin Stiwęs i jego Mery Krystmas Ewryłan. Gibający się w śniegowej scenerii albo otoczony elfami gość. Żesz do jasnej ciasnej… Gdyby zdał sobie ile facetów na świecie cierpi psychicznie na samą myśl o świątecznym spotkaniu z teściowymi to by takiego dzieła nie popełnił. Nagrałby może coś na modłę marsza żałobnego. Chyba, że jest zwykłym zdrajcą. Do pewnego czasu na czarnej liście były też Dżinglające Bele, na szczęście kilka pokoleń później ktoś dopatrzył się, że piosnka lekko trąci myszką i zapodał nowe słowa. Umieszczam ją więc tutaj jako osłodę na wcześniejsze traumatyczne przyśpiewki. Achmed jest o tyle lepszy od Dżordża Majkela, że nie tuszuje makijażem tego jak wygląda. Wielka to cnota w dzisiejszych czasach. ŚNIEG Po co komu śnieg w zimie? Po co w ogóle jest śnieg? Chyba tylko po to, żeby wkurzać drogowców, którzy wykazują się godną „podziwu” odpornością na walkę z nim. Jeżeli to jest przykład jak ewoluują organizmy na przestrzeni wieków, przyszłość nie zapowiada się obiecująco. Dodatkowo przykleja się do butów i do psa. Śnieg powinien zostać spalony na stosie. Raz, a dobrze. Afryka sobie umiała z tym problemem poradzić i śniegu tam nie uwidzisz. A podobno to trzeci świat… PREZENTY Z prezentami jest jak z weselem: cokolwiek...

Read More

Czytnik RSS: niech plugin będzie z tobą

Jeżeli czytasz coś więcej niż informacje o sporcie, modzie i pogodzie, to dobrze radzę- wyposaż swoją przeglądarkę w czytnik RSS. Chyba, że praktykujesz sadomasochizm i uwielbiasz wykonywać mnóstwo bezsensownych klinięć w necie. Jeszcze 15 lat temu człowiek komórki używał przede wszystkim do grania w węża a dzisiaj medycy diagnozują syndrom uzależnienia od telefonu. Wpominam o tym, żeby wyprzedzić lekarskie autorytety i zasygnalizować, że z RRS’ami będzie dokładnie tak samo. O ile mój romans ze słuchawką trwa nieprzerwanie już ładnych kilka lat, to na zaloty RSS’ów długo i niezmiennie reagowałem oziębłością. Nie wzruszyła mnie nawet śmierć Google Readera. „Jednego absztyfikanta-upierdliwca mniej”- pomyślałem. Nie powielaj mojego błędu i jeśli tylko zobaczysz gdzieś jakiegoś feed readera, to oddaj mu się od razu, bez zastanawiania. Miej gdzieś co ludzie powiedzą. Olej, że znajomi nie są dla niego tacy łatwi. Doradzę więcej: wybierz tego, którego miało już pół osiedla lub poczytaj w necie na którego w sklai światowej ludzie lecą. Uwierz, że w tym przypadku „być jednym z wielu” to komplement! Skłamię jeśli powiem, że długo się zastanawiałem, biłem z myślami. Zacząłem od rzeczy najbardziej oczywistej, pluginu do przeglądarki. Zainstalowałem RSS Feed Reader dla Chrome (obecnie jest w wersji 5.2.2) i to było prawie to, czego szukałem: – zależało mi na czymś, co będzie wyświetlać powiadomienia gdzieś w przeglądarce. Opcja klikania gdzieś, żeby otworzyło się nowe okienko była dla mnie odstraszająca. Wyszedłem z założenia, że informacje mają przyjść do mnie. Et voilà- RSS Feed Reader daje taką możliwość, za co dostał dużego plusa na starcie. Dyskretny symbol z ilością nowych powiadomień rządzi. – łatwość dodawania nowych witryn do czytnika. Wchodzisz na stronę, klikasz w ikonę czytnika i wszystko staje się jasne – jest bardzo intuicyjny. W jednym miejscu miejscu wyświetlają się wszystkie nieprzeczytane wpisy ze stron, które zostały dodane do readera. – z możliwością dowolnego posortowania witryn, zmiany layoutu (tylko w opcjach jasny/ciemny), tworzenia własnych katalogów, ustawienia ilości wyświetlanych postów archiwalnych na poszczególnych stronach, wyświetlania powiadomienia w chmurkach, a la Outlook. To ostatnie odradzam, bo 10 czy 15 powiadomień strasznie paskudnie wygląda na ekranie. Zamykałem je jak najszybciej „z palca” i nie wiem czy (i po jakim czasie) znikają automatycznie) Ponieważ na świecie nie ma ideałów to RSS Fead Reader ma wady. Otóż w wersji podstawowej nie ma  możliwości automatycznej synchronizacji danych pomiędzy dwoma komputerami. Jeśli ktoś używa jednej maszyny to problem nie istnieje. Gorzej kiedy w użyciu są dwa kompy, np. praca-dom. Można dane co prawda eksportować do pliku i importować na drugim sprzęcie, ale jest to lekko mówiąc upierdliwe. Po pierwsze: weź człowieku i o tym pamiętaj. Po drugie: odznaczysz jako przeczytane 20 postów, a na drugim widzisz je znowu w powiadomieniach....

Read More

Bitstrips jest zajebisty

Uwaga: używanie  aplikacji Bitstrips wciąga. Od razu się przyznam, że podchodziłem do niej jak niewierny Tomasz. Nie uwierzyłem dopóki nie zobaczyłem, a raczej nie spróbowałem. Skoro już ten pierwszy raz (a nawet ze 3 pierwsze razy) mam za sobą, to mogę skrobnąć kilka słów na temat mojej nowej zabawki, jaką niewątpliwie został Bitstrips. Fun bierze się z tego, że dostępne są różnorakie scenki obrazkowe (codziennie dodawane są nowe), które mają co prawda  narzucone podpisy, jednak istnieje możliwość dodawania własnych chmurek z tekstami. Można też zmieniać minę postaci, więc je jednej grafice można pokazać zarówno radość,  jak też smutek czy zdzwienie. Jest w czym wybierać. Do tworzenia historyjek wykorzystujemy tylko swój avatar lub bawimy się razem ze znajomymi, którzy również używają aplikacji. Chwilami jest wesoło, kiedy niewielka modyfikacja grafiki nadaje jej zupełnie inny wydźwięk. Krok pierwszy, to pobranie apliakcji z Google Play lub App Store. Waży około 50 MB, więc może lepiej nie wykorzystuj do tego celu tranferu danych. Na pewno gdzieś w pobliżu jest jakieś WI-Fi, poszukaj. Potem przychodzi pora na stworzenie swojego avatara. To chyba najbardziej żmudna część, bo można wybrać mnóstwo szczegółów: owal twarzy, włosy, zarost, kolor skóry. Full opcja po prostu. Sama aplikacja chodzi średnio szybko, więc proces tworzenia „siebie” nie należy do błyskawicznych. Na szczęście mnie to ominęło, bo Christelle wciągnęła się pierwsza i odwaliła całą czarną robotę :) Może to jest jakiś patent, żeby życie było lżejsze ponieważ kiedy odpalilem appkę na swoim telefonie to stworzony wcześnie avatar automatycznie się zsynchronizował z moim kontem. Oczywiście w każdej chwili można go edytować. Przed chwilą dopatrzyłem się, że aplikację można obsługiwać również z poziomu Fejsa. Nie wiem, czy da się tam tworzyć avatary, czy już tylko tworzyć z dostępnych. Jeżeli ktoś będzie mógł potwierdzić, to chętnie poznam rozwiązanie tej zagadki. Żeby nie przedłużać: zainstaluj Bitstrips !!! EDIT: wydaje mi się, że szybkość działania/instalacji Bitstrips zależy od modelu telefonu. Przykładowo na Xperii Arc-S trwało to dłuuuugo, a na Samsungu Galasy SII- błyskawicznie....

Read More

Ale musicale! – Teatr Muzyczny ROMA

Od czasu wystawienia Kotów nie zabrakło nas chyba na żadnym ważnym wydarzeniu wystawianym na Dużej Scenie Teatru Roma. Nie mogliśmy zatem pominąć mocno promowanego widowiska o jakże wymownym tytule Ale musicale!. Formuła nie jest specjalnie odkrywcza, bo prezentowane są piosenki z musicali, których adaptacje gościły na deskach Romy, tych które w najbliższej (i dalszej) przyszłości mają szansę być wystawiane, a także tych, których w Romie nie zobaczymy. Do tych ostatnich należy m.in. Król Lew. Poszczególne utwory są prezentowane bez scenografii lub w formie mocno okrojonej, co jest o tyle zrozumiałe, że czas na zmiany dekoracji jest ultrakrótki. Lista musicali, z których utwory wykorzystano jest imponująca. Zaczyna się całkiem nieźle od Kotów i utworu Mefistofeliks, wzbogaconego o małe efekty pirotechniczne. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo nie kojarzę tego z samego przedstawienia. Ciekawie zaśpiewana została Meluzyna z Akademii Pana Kleksa. Aranżacja sprawiła, że nie brzmiała z taką ikrą jak w oryginale, jednak ogólnie na plus. Następne dwa kawałki to zupełnie nie moja bajka: Mała Syrenka i Miss Sajgon. Marcin Daniec pewnie powiedziałby, że to takie plumkanie było. Jakoś oko mi się zaczęło zamykać. Na szczęście do rzeczywistości przywołała mnie następna piosenka z musicalu Jesus Christ Superstar– Getsemani, zaśpiewana przez Janusza Krucińskiego. Absolutny ogień i przykład na to, że zajebiste wykonanie nie potrzebuje scenografii żeby urwać tyłek. Warto iść na spektakl dla tego kawałka. Pod koniec pierwszego aktu podano po jednym utworze z Crazy For You (bez emocji w żadną ze stron), Grease– lekkie łatwe i przyjemne oraz Deszczową Piosenkę, która jest znana w Romie z tego, że jest mokra. Akt II rozpoczynają Les Miserables i Wyśniłam sen. Podobało się, podobnie jak całe Les Mi, więc nie liczcie tutaj na obiektywność:) Zaskoczeniem były dwa utwory z Tańca Wampirów. Pierwszy dlatego, że po zespołowym wykonaniu piosenki „wampiry” ruszyły między publiczność. Nie da się ukryć, że wyglądało to groźnie. Drugi kawałek chyba od zawsze znałem jako Odwróć się. A tu niespodzianka, że wampiry też go śpiewają. Z czasem było jeszcze lepiej i na scenę wkroczył Upiór w operze. Wejście miał mocne, bo razem ze swoją wybranką wkroczyli wejściem dla publiczności i przemaszerowali przez całą szerokość widowni by ku zdumieniu zebranych zniknąć za drugimi drzwmi. Na szczęście nie zgubili się i po chwili płynęli łódką po scenie. W upiora wcielił się Paweł Podgórski, którego nie miałem do tej pory przyjemności widzieć w tej roli. Jednak wypadł bardzo fajnie. Po Upiorze nastąpił najbardziej wyczekiwany moment przedstawienia: fragment z Notre Dame de Paris– Les temps des cathedrales w wykonaniu Jana Bzdawki. Z której strony nie patrzeć (a raczej słuchać) ma facet kawał głosu. In minus zdecydowanie fakt, że pełną „mocą” pojechał w drugiej części utworu, wykonywanej...

Read More

Miserikordyna jest OK

Kilka dni temu Tyfon sam sobie się dziwił, że napisał coś pozytywnego o „prawej stronie”. Też się dziwiłem temu, że się dziwi;) Dzisiaj zdziwiłem się nie mniej, bo i mnie to spotkało. Bożena Dykiel zapewne użyłaby w tej sytuacji jej „firmowego” zwrotu z Wyjścia awaryjnego: podłość ludzka nie zna granic:) Owszem nie zna granic, niestety. Papież Franciszek nie daje o sobie zapomnieć, na szczęście. Tym razem „wystąpił w reklamie”, informując wiernych o inicjatywie, którą zapoczątkował jeden z gdańskich seminarzystów. Chodzi o „lek”, Miserikordyna (lub bardziej uczenie Misericordium). W praktyce to różaniec wraz z „instrukcją obsługi” zapakowany w kontekstowo dopasowane pudełko. Zgodnie z zamiarem twórców lek może uleczyć (albo chociaż podleczyć) serce w sferze duchowej. Łatwe to nie jest i pewnie z tego powodu żaden chirurg się takiej „naprawy” nie podejmie. Dlatego powstała Miserikordyna, dla niektórych jedyna szansa na poprawę samopoczucia. Tyle tytułem wstępu. Co na to maluczcy tego świata? Zacznę od siebie, bo nie raz i nie czterdzieści dwa mówiłem i pisałem, że instytucja kościoła jest bardziej skostniała niż ZUS, US i NFZ razem wzięte. Franciszek po raz kolejny zadziwia świat swoim nieszablonowym zachowaniem, chociaż wystąpienie „reklamowe” specjalnie zaskakujące nie jest. Już nie jest. Bo w wykonaniu Benedykta XVI by było. Jednak nie papież Franciszek jest bohaterem ostatniej akcji (nie mylić z filmem o tym samym tytule). Tu akurat wyrazy uznania należą się pomysłodawcom, którzy nie bali się ryzyka i sprzedali stary produkt w nowym opakowaniu. Moim zdaniem inicjatywa jak najbardziej słuszna i godna poparcia bo młodzi klerycy pokazali, że chociaż kościelna (poniekąd), może mieć w sobie duży powiew świeżości i niestandardowego podejścia do tematu. Prawie to kupiłem:) Tak czy inaczej życzę im jak największego rozkręcenia tego biznesu. Dlatego, że mieli odwagę. To była opinia moja i zapewne części naszego narodu. Niestety części jest kilka i nie da się nie zauważyć „przeciwników” tego projektu. Celowo używam cudzysłowu bo po przeczytaniu ich argumentacji krew może człowieka zalać. Przeciwnik w dyskusji starałby się podnieść jakieś argumenty. Mocniejsze, słabsze ale argumenty. Lotna brygada hejterska w polskim internecie daje kolejny popis swojej przewlekłej głupoty gnojąc „projekt Miserikordyna” i używając do tego celu rynsztokowych (a i to w przypadku kiedy bardzo się starają) określeń. Przytoczę kilka komentarzy na ten temat: Super nie leczmy sie nie bierzmy leków zmawiajmy różaniec wszak wiara czyni cuda prawda:) Żenada, no, ale co innego Made in Ciemnogród miałoby podbić świat… A kiedy papa z Watykanu rozda swoim podwładnym Pediozil To tylko odrobina tego co piszą głąby w Internecie, prawdopodobnie określające się przeciwnikami kościoła. Tylko, że te głąby hejtujące temat, w praktyce niczym nie różnią się od zacietrzewionych moherów i nacjonalistycznych betonów. Są tak samo prymitywni w swoich osądach jak ci...

Read More

(Nie) pomagasz klikając

Tego wpisu nie planowałem. Miało go nie być z taką pewnością, jak dzisiaj nie było pół promienia słońca nad Warszawą. Miało go też nie być, bo tliła się we mnie iskierka nadziei, że w tych internetach idzie ku dobremu. Może i idzie, ale po pierwsze strasznie wolno, a po drugie to do tego „dobremu” jest tak daleko, że może następne pokolenia doczekają aż dojdzie. „Dobremu” w drodze, więc póki co bracia i siostry rodacy co jakiś czas uskuteczniają pospolite ruszenie polegające na akcjach „dobroczynnych” i „pomocowych” (nie mylić z akcjami dobroczynnymi). Mianowicie przybiurkowi klikacze niosą miłość i współczucie dla potrzebujących nie ruszając swoich szanownych dup z krzesła. Nie twierdzę, że tak się nie da, wręcz przeciwnie. Wymaga to jednak umiejętności pracy w multitaskingu i oprócz opcji pomagam uruchomienia małego programu działającego w tle o nazwie myślę.exe (jest kompatybilny z każdym systemem operacyjnym, więc bez obaw- można odpalać). Tu się często pojawia niebieski ekran i delikwent się zawiesza. Konkretnie mam na myśli bezsensowne i epatujące debilizmem udostępnianie zdjęć potrzebujących(???), często dzieci. To przykład z dzisiaj: ponad 71000 udostępnień zdjęcia z przesłaniem „pomagasz samym kliknięciem”. Zapytam się zatem grzecznie i kulturalnie (w miarę): w jaki sposób debilu (każdy z tych ponad siedemdziesięciu jeden tysięcy) pomogłeś? Wiesz chociaż czego ten ktoś potrzebuje??? Jaka była, jest (i będzie, bo liczba rośnie) korzyść dla tej osoby z racji twojego udostępnienia? Przelew zasilił konto fundacji, ktoś coś dał w zamian? Bo przecież komunikat był jasny: pomagasz samym kliknięciem. Tylko jak??? Przedstaw mi chociaż jedną, a słowo daję, że publicznie odszczekam swoje słowa… Widzę, że nic nie widzę. Czyli nie masz nic do powiedzenia w tym temacie, żadnej argumentacji, nawet cholernie nędznej żeby wytłumaczyć swoją bezdenną głupotę. Miałeś człowieku dobrą okazję do udowodnienia, że jesteś osobą chociaż minimalnie inteligentniejszą niż twój znajomy kretyn, który „pomógł” w ten sam sposób. Straciłeś szansę na własne życzenie. Ponieważ prawdopodobnie w ten sposób „pomagasz” nagminnie, to jednak dam ci okazję do rehabilitacji. Aleksandra Radomska na swoim blogu zachęca do wsparcia naprawdę potrzebującej osoby. Możesz też pomóc w inny sposób, albo wysłać sms wspierającego jakąś fundację. Do wyboru do koloru. Tego nie załatwisz jednym „lajkiem”, ale możesz potem żyć z myślą, że zrobiłeś co prawdziwie pożytecznego. Próbuję sobie samemu wyjaśnić skąd się bierze głupota ludzka w Internecie. Szukałem kursów w tym zakresie i nic. Nikt oficjalnie nie szkoli (nawet za unijne pieniądze) debili. W takim razie muszą się po prostu rodzić, albo (co bardziej prawdopodobne) biorą udział w nieoficjalnych zawodach na Największego Głąba Internetu. Intrygujące kto stanowi Szanowną Kapitułę tej imprezy, bo może być bardzo liczna, sądząc po tym się się wyprawia. Chciałem znaleźć „przewodniczącego”, jednak zostałem kilkukrotnie pokonany przez dziki tłum skutecznie ową osobę chroniący....

Read More

Piosenki prawdziwych facetów

Piosenki dzielę na dwie grupy:  te, które mi się podobają oraz te, którą są do niczego. Podział prosty, ale zdaje egzamin. Jeszcze nigdy się nie pomyliłem i żadna piosenka nie przestała mi się podobać. Skoro mam te 100% skuteczności, może powinienem rozważyć karierę „układacza” list przebojów… Hmmm… do przemyślenia temat. Jednak chciałem wrócić pamięcią kilka(naście), dobrze że nie „dziesiąt” lat wstecz kiedy to człowiek łaknął wiedzy i uczęszczał do szkoły zwanej podstawową. Moja nosiła wtedy dumnie imię Janka Krasickiego. W tejże szkole regularnie, czyli przy każdej większej okazji, odbywały się dyskoteki. A dyskoteka w podstawówce to nie byle co, tylko impreza na pełnym wypasie. Klasy 1-3 miały „dyski” za dnia i bawiły się godzinach wczesnopopołudniowych lub przedpołudniowych. Potem do akcji wkraczali strasi. 4-8 rządziło, bezapelacyjnie. Właśnie na takich dyskotekach człowiek uczył się klasyfikować piosenki. W podstawówce piosenkami „do niczego”, lub „całkiem do bani” były m.in.: Technotronic był tak „dziewczyński”, że bardziej się chyba nie dało. Żaden szkolny maczo nie pląsał przy tym na parkiecie. JOY i nieśmiertelny „Touch by touch” też ulubieńcem młodzieńców nie był. Może w ucho wpadał, tylko jakoś strasznie szybko należało szkitkami przebierać. Człowiek się tylko niepotrzebnie męczył. Do tej kategorii zaliczało się zdecydowaną większość kawałków. Podejrzewam, że dzięki temu moja szkoła, która niedawno obchodziła stulecie istnienia, nie zawaliła się. Wszak dzikie tłumy siłaczy przez większość dyskoteki „podpierały ściany” w sali gimnastycznej. Do ataku ruszali, kiedy lokalny DJ puszczał sety kawałków dla prawdziwych facetów. W ich trakcie co drugi (a może nawet każdy) był jak El Testosteron- każda dziewczyna jego. Pod warunkiem, że to nie dziewczyna prosiła do tańca, bo wtedy różnie mogło wypaść ;) Pora więc na piosenki prawdziwych facetów TOP 10 10. Sinead O’Connor – Nothing Compares 2U   9. Berlin – Take My Breath Away Ktoś ma jakieś wątpliwości, że to nie jest kawałek dla facetów? No… nie widzę takich i tak ma zostać.   8. Scorpions – Wind of Change   7. Guns N’ Roses – Don’t Cry   6. Brian Adams – I Do It For You Ale  że co? Że niby Robin Hood nie był męski, bo chodził w rajtałach? No bez jaj… Każdy chciał mieć takie branie jak Kevin Costner :)   5. Bon Jovi – Always   4. Lionel Richie – Hello    3. Budka Suflera – Jolka, Jolka…   2. Glenn Medeiros – Nothing’s Gonna Change My Love For You Czy w tamtych czasach był chociaż jeden chłopak (dobra, jeden taki może i był), który nie marzył, żeby znaleźć się na miejscu tego przystojniaka?   1. Elton John – Sacrifice Zwycięstwo Sir Eltona nie podlega żadnej dyskusji. Ale to absolutnie żadnej. Nawet mnie próbuj tego negować. Ranking...

Read More

Uniwersum Metro 2033

Zawsze lubiłem czytać i sam nie wiem czy jestem tak dziwny, czy tak stary. Jak sięgam pamięcią zawsze coś czytałem. Nie były to może wiekopomne dzieła, bo jakoś tak mam, że klasyka nigdy mi specjalnie nie podchodziła. A największa trauma jaka mnie spotkała to konieczność zapoznania się z Anielką napisaną przez Bolesława Prusa. To bardzo bolało. Dlatego czytywałem głównie oczywiste oczywistości: Kingi, Mastertony, Dany Browny, Koontze i tym podobne lektury. Kolejna fala czytelnictwa zalała mnie kiedy stałem się szczęśliwym posiadaczem Kundleka szerzej znanego jako Kindle. Jednak nawet ja czasem potrzebuję jakiejś zmiany i dlatego przed wyjazdem na urlop poprosiłem dobrych ludzi o podrzucenie pomysłów na coś lekkostrawnego czytelniczo. Jedną propozycji, do której, nie ukrywam, podszedłem z lekkim dystansem było Metro 2033. Dmitry Glukhovsky ją popełnił… Jak się okazało to część projektu zwanego Uniwersum Metro 2033, ale o tym później. Metro 2033- z czym to się je? Historia jest banalna: W 2013 roku na świecie następuje wielkie bum!!!! i w efekcie wielkiej wojny atomowej wszystkich ze wszystkimi dochodzi niemalże do zagłady świata. Nieliczni, którym udało się przeżyć żyją pod ziemią. 20 lat po destrukcyjnych atakach ludzie przywykli do życia jak szczury i w Moskwie, pod ziemią, powstał nowy świat. Świat post apokaliptyczny, gdzie największym wrogiem człowieka jest drugi człowiek. Główny bohater, Artem, zdradza sekret z dzieciństwa tajemniczemu stalkerowi- Hunterowi. W zamian zobowiązuje się odnaleźć pewnego człowieka, gdyby Hunter nie wrócił z akcji. Artem przemierza podziemny świat metra walcząc ze zmutowanymi stworami, nieprzychylnymi ludźmi a przede wszystkim z własnymi słabościami. Metro 2033 to fenomenalnie napisana książka, która oprócz sporej dawki opisów przemyśleń Artema może też napawać strachem. W pewnym momencie marzyłem tylko o tym, żebym w nocy nie musiał wychodzić z pokoju.   Wrażenie jakie zrobiło na mnie Metro 2033 odniosło dość przewidywalny skutek: na tapetę poszła druga część cyklu, Metro 2034. Łatwo się domyśleć, że akcja toczy się rok później. W podziemnym świecie może dojść do epidemii. Z misją ratunkową wyrusza tajemniczy stalker wraz z dwójką towarzyszy. Muszą zmierzyć się z trudnym zagadnieniem: ile można, albo należy, poświęcić w imię ratowania innych. Tak właściwie, to kim byli „Czarni” z pierwszej części „Metra”? Czytajcie a się dowiecie.   Książki Glukhovskiego są niesamowite. W bardzo realistyczny sposób pokazują jak może wyglądać nasze życie kiedy ktoś posunie się o „jeden guzik za daleko”. Jeżeli chociaż trochę podobał ci się MadMax czy Wodny Świat, to Metro wpisz na listę lektur obowiązkowych. Tym bardziej, że ma się ukazać Metro 2035. Co prawda pod koniec roku premiera w Rosji, ale zawsze to krok bliżej do polskiego wydania :)   Jestem przekonany, że po lekturze Metra będziesz chcieć więcej. Całkiem słusznie, bo jest na to rada.  Dmitry,...

Read More

Żebrolajki

Jakiś czas temu, a konkretnie 3 kwietnia, popełniłem wpis o fejsbukowych burakach. Moje postrzeganie tego zjawiska się nie zmieniło, więc pisząc ten tekst oficjalnie muszę się przyznać, że wdrożyłem w życie punkt 2 tego wpisu. Wziąłem udział w konkursie, gdzie do zwycięstwa były potrzebne lajki. Żebrolajki. Po prostu każdy ma swoją cenę ;) Tak czy inaczej było to bardzo ciekawe przeżycie. A ponieważ akcja żebrania zakończyła się sukcesem, to słów kilka jak do tego doszło. Może w ten sposób pomogę komuś żebrać efektywniej, chociaż żadnej gwarancji skuteczności nie daję. KROK 1: Widzę konkurs… konkurs widzę PLL LOT ogłasza na FB konkurs: leć na Airshow do Radomia. Wrzuć foto na Instagrama, dodaj hashtaga #flylot, zbierz jak najwięcej lajków i ciesz się wygraną. Proste? Proste. W ten sposób LOT chciał wypromować swoje konto na Instagramie, które uruchomili zupełnie niedawno. To był impuls, bo Instagram jaki w Polsce jest każdy widzi i nie spodziewałem się oszałamiającej liczby konkurentów. Liczyłem, że nie będę walczył z tłumem, co najwyżej z kilkoma osobami, ale to dobrze zorganizowanymi. KROK 2: Wybór zdjęcia do konkursu Ponieważ jestę fotografę to kryterium wyboru było bardzo proste. Nie ma się co oszukiwać, że  w konkursach na żebrolajki wygrywają zdjęcia piękne, albo najlepsze. Wygrywają najpopularniejsze. Żeby zwiększyć szansę na zdobycie popularności musi być łatwe do zauważenia. Dlatego świadomie i z premedytacją wybrałem zdjęcie w „oczojebnie” pomarańczowej kolorystyce. Ponieważ konkurencyjne foty miały barwy standardowe, to nie było problemów z zauważeniem go, co przydało się później. Do tej chwili miałem wpływ na to co się dzieje. Czas nieubłaganie płynął, a konkurenci nie zasypywali gruszek w popiele. Nadeszła wiekopomna chwila, żeby zadbać o ŻEBROLAJKI Cel był jasny: wygrać za pomocą polubień. Nie miało znaczenia, czy polajkują dobrzy znajomi, zwykli znajomi czy dawno nie „pisani” znajomi. A nawet znajomi znajomych czy ich znajomi znajomych. Żebrolajk to żebrolajk. Nikt z niego strzelał nie będzie, ani zgłaszał do konkursu piękności. KROK 3: Żebranie Zacząłem od oczywistej oczywistości, czyli od wrzucenia info na swój profil FB. Christelle udostępniła u siebie. Czyli mamy dwa „walle” obstawione. Tutaj prawdopodobnie popełniłem drobny błąd i nie dość dokładnie opisałem czego potrzebuję, bo lajki sypnęły się jak z rękawa… pod zdjęciem na moim fejsie. O ile rosnąca cyfra może cieszyć, to niestety nie ma przełożenia na konkurs. SKUTECZNOŚĆ: na początku taka sobie, bo kilka osób zagłosowało poprawnie. Potem znaczny spadek, wraz z obniżaniem się pozycji posta na profilu. Raczej nie da się takim jednym postem zgarnąć nagrody, ale zamieszczenie go jest niezbędne i przyniesie efekt. Chyba drugiego dnia nadszedł pierwszy kryzys, bo konkurenci odskoczyli znacznie i już widziałem oczami wyobraźni jak lecę… w luku bagażowym :/ Jedyną osobą, która od początku do końca...

Read More

Chyba byłem (i jestem) molestowany

Formalnie nikt mi tego co prawda nie powiedział, a nawet nie zasugerował. Co więcej, za smarkatych lat żaden ksiądz, policjant, ratownik czy pan od wuefu nie sprawdzał ile mam latek wsadzając mi łapę w porcięta. Ale co ja tam wiem. Dzieci i ryby głosu nie mają, więc w tej sprawie (molestowania) wypowiedział się sam Rzecznik Praw Dziecka. Rzecznicy mają to do siebie, że jak już coś powiedzą, to świat się dziwi i tęgie głowy starają się odszyfrować przekaz. Na szczęście RPD poszedł pod prąd i sformułował jasny przekaz: dzieciaku, boisz się dentysty? To być może jesteś molestowany!!! Żeby jeszcze sam (niedo)rzecznik wpadł na ten pomysł… Powstała jakaś publikacja, która podpowiada jakie mogą być objawy molestowania: Problemy z zachowaniem na fotelu stomatologicznym (strach niechęć do otwierania jamy ustnej) mogą świadczyć o znęcaniu się psychicznym opiekuna nad dzieckiem, stosowaniu przemocy, a wreszcie wykorzystywaniu seksualnym. To ja w takim razie, wg logiki rzecznika i jego ekspertów „po rodzinie”, od dziecka po dziś dzień jestem dręczony psychicznie, fizycznie i wykorzystywany seksualnie. Nie lubię tylko masochizmu, bo zawsze proszę o znieczulenie. Mam nadzieję, że to dla rzecznika nie będzie przyczynkiem do wydania publikacji iż korzystanie ze znieczulenia u stomatologa rodzi podejrzenie, że człowiek jest nekrofilem… Echs… i taki ktoś ma dbać o dobro dzieci… fot.sxc.hu...

Read More
wygrywac.pl – śmierdząca sprawa
Paź04

wygrywac.pl – śmierdząca sprawa

11 września Amerykanom niewątpliwie kojarzy się z atakiem Word Trade Center. Moje wspomnienia nie są na szczęście tak traumatyczne, ale jeszcze przez jakiś czas będzie pewna kwestia się za mną ciągnąć. Tego dnia dostałem smsa. Wypas, prawda? :) Jednak  nie był to zwykły sms, o nie!!! Miałem do czynienia z smsem zachęcaczem do udziału w konkursie. To był taki sobie niewinny komunikat: Psychologiczno-marketingowa ściema, że wygrywać każdy może. Tylko nie każdy ma na tyle rozumu, żeby przemielić w baniaku, że to zabawa dla półmózgów, bo żeby płacić na odebrane smsy trzeba mieć nasrane we łbie po maksie. Ponieważ przysłowia mądrością narodu to wyznaję zasadę, że „kitować to my, a nie nas”. Jakoś mnie licho podkusiło, żeby się wgryźć w ten temat. IQ mam co najmniej dwucyfrowe, więc nadawcy smsa się o taką rozrywkę nie prosiłem. Zacząłem więc paczać co w trawie piszczy. wygrywac.pl Pierwszy odruch- sprawdzić stronę wygrywac.pl. I co? Siupriza! Bida z nędzą panie. Bida… Na stronie nie ma nic poza „ander konstrakszyn” i przekierowanie do Regulaminu. Sam sms lekko pośmierdywał, ale strona zaczęła na kilometr walić jakąś nędzną prowizorką. Nie, żebym się jakoś wywyższał ponad społeczeństwo, ale jestem pewien, że pisząc iż założeniem organizatora było przyciągnięcie do konkursu niegramotnych, miałem rację. Żaden spowolniony umysłowo nie zada sobie nawet odrobiny trudu wejścia na „stronę”, tylko będzie napieprzał zgodnie z tym co mu Wielka Wiadomość SMSowa nakaże. W związku z tym nie ma najmniejszego sensu inwestować w stronę www. Drążę więc temat dalej i sprawdzam w Regulaminie co za gigant biznesowy stoi za tym „przedsięwzięciem”. Informacja jest ogólnodostępna, więc i ja napiszę, że ów dokument jasno i jednoznacznie wskazuje jako organizatora firmę Zest Design sp. z o.o. z Warszawy. Jest NIP, Regon. Jest wujek Google i KRS Online. Jest wiedza. Tylko wygląda to coraz dziwniej bo firma nie posiada żadnego telefonu. Może na rozruchu są i granty unijne nie dotarły;) Jak przystało na firmę działającą w XXI wieku strony internetowej też nie ma. Krótka rozmowa z wujem G zaowocowała namierzeniem adresu mailowego do Zest Design. Do samej pani prezes zarządu. Tu kolejna niespodzianka, bo domena z maila nigdzie nie prowadzi. Dobrze, że chociaż mail jest. Wysmażyłem maila do Zest Design, z podstawowymi pytaniami: – na jakiej podstawie otrzymałem wiadomość – jak weszli Państwo w posiadanie mojego numeru telefonu i założyli, że jestem zainteresowany tematem i pytanie najważniejsze – jak mogę złożyć oficjalną reklamację? Regulamin, który pobrałem ze strony www.wygrywac.pl nie wspomina o tym nawet jednym słowem. Zakładałem, że gdzieś kiedyś przy okazji wyraziłem zgodę na przesyłanie informacji handlowych, ale skoro już drążę temat to chciałem się dowiedzieć kto mnie tak niecnie sprzedał. Ku mojemu zdziwieniu tego samego dnia (po około 2-3...

Read More

Pikuty, kwadraty, niemiec

Kolejna dawka wspomnieć z pacholęcych lat: kilka opowieści o tym, czego dzisiaj niestety praktycznie nie ma. Wracał człowiek ze szkoły, rzucał mały, tandetny komunistyczny tornisterek i robił wypad z domu.  Żeby z kumplami pośmigać. Na porządku dziennym były: KAPSLE Wtedy każdy (kto zdobył obrazek) był Uwe Amplerem, a atlas do geografii, który znalazł się w zasięgu ręki był niemiłosiernie pocięty. Flagi na kapslach były konieczne. W wersji „premium” kapsle były dociążane / upiększane „skajem”, czyli lakierowną tkaniną(?). Ułożenie jej tak, żeby tworzyła wypukłą poduszkę nie było łatwe, ale za to znacznie zwiększało wartość kapsla. Były też korki z octu. „Mercedesy” sprzętowe. A w komplecie ze skajem tworzyły obiekt pożądania. Pamiętam, że pewnego pięknego dnia gdzieś znaleźliśmy skajowe ścinki, w granatowym kolorze, którymi upiększaliśmy swój peleton. Ktoś odkrył, że można z nich zrobić turkus. Należało w tym celu długo i cierpliwie wcierać weń żółte kwiaty mniszka. Jeszcze tylko zjebka  w domu za żółte łapy i można się bawić. Trasy nie były  łatwe: krawężniki ze wszystkimi nierównościami, łącznie z wczołgiwaniem się pod zaparkowane samochody jeśli akurat kapsel „nie przeszedł” za jednym strzałem. Rzadko kiedy przechodził… ;) Lub trasy malowane na parkingu. Esy floresy, wykrętasy… I parę godzin z głowy. Nie pamiętam kiedy po raz ostatni widziałem dzieciarnię pykającą w kapsle… KWADRATY Klasyka: piłka i pola rozmieszczone obok siebie. Każdy gracz na swoim. Zasady też proste: Zagranie kozłem, piłka musi się odbić najpierw w „swoim” kwadracie i leci dalej, do innego gracza. U niego jak w tenisie: piłka może raz się odbić w jego kwadracie. Potem przyjęcie i odegranie do innego kwadratu. Po przyjęciu piłka nie mogła dotknąć ziemi w kwadracie przyjmującego. „Kapki” były dozwolone, żeby podejść bliżej co miało znaczenie w końcowych etapach kiedy zostało 2-3 graczy i dzieliło ich 3-4 kwadraty. Grało się różnie- do 7-10 punktów. Każda przegrana partia to jedna literka. Z reguły graliśmy w HUJa :) STATKI Najpierw założenie „bazy”, czyli dziesięciokrotne z rzędu wbicie nożna w ziemię. Każdy miał swój symbol: kwadrat, koło, trójkąt… Potem stawianie swoich statków: każde wbicie to statek. Ilość „baz” była nieograniczona, zasady ich stawiania takie same jak na początku. Niszczenie statków: pierwsze trafienie neutralizuje.  Z reguły po nim oddawany był kolejny rzut, żeby narysować swój symbol. Gra kończyła się po zniszczeniu wszystkich jednostek przeciwników, po opadnięciu z sił lub po zapadnięciu zmroku. Lub jak dostępne noże się połamały, bo szpara między płytami chodnikowymi też była wykorzystywana do postawienia statku :) PIKTY vel PIKUTY Wymagania: nóż, piaskownica i co najmniej dwóch wariatów gotowych do uskuteczniania wbicia noża rzucając nim z różnych części ciała. Robiło się więc palec, łokieć, ramię, brodę, oczko… Rzut zaliczany kiedy pomiędzy rękojeścią a podłożem mieściły się minimum dwa...

Read More
Atelier Amaro
Wrz07

Atelier Amaro

Rezerwacja prawie 3 miesiące wcześniej. Kilka dni czekania na „liście rezerwowej” i radość, bo jest potwierdzenie: 06.09.2013, 18:30. Dzień, w którym zatrzymał się świat. Odwiedziliśmy Atelier Amaro, pierwszą polską restaurację odznaczoną prestiżową gwiazdką Michelin. 18 urodziny Christelle są tylko raz w życiu :) Atelier Amaro – spotkanie z doskonałością Restauracja nie posiada stałego menu. Czas, a raczej dania, płyną tam zgodnie z Kalendarzem Natury. Potrawy, określane tutaj momentami, nie mają nazw. Menu modyfikowane jest co tydzień, a raz w miesiącu następuje zmiana momentów. Na karcie wydrukowanej na czerpanym papierze, każdy jest opisany trzema głównymi składnikami. Reszta jest tajemnicą. Do wyboru trzy, pięć lub osiem momentów. Wahanie, który zestaw wybrać, było krótkie: pozwólmy się zaskoczyć od początku do końca. Przewidywany czas degustacji 8 momentów: około 2,5 godziny. Zaczynajmy. Na początek pytania o nielubiane produkty, uczulenia. Tych pierwszych pewnie bym u siebie trochę znalazł, ale chęć zmierzenia się z naturą wygrała. Lubiłem wszystko :) Do picia nie zdecydowaliśmy się na alkohol. Ktoś musi prowadzić, a degustować samotnie to niekoniecznie. Wybór padł na „orzeźwiający napój miętowy„, w którym znalazło się miejsce dla kilku plasterków świeżego ogórka. To zwiastowało, że niespodzianek będzie więcej. Dużo więcej. Na czas oczekiwania podano 3 rodzaje pieczywa, z których jedno było bardzo ciemnego koloru. Tajemnica tkwiła w mące czarnuszce i dodatku w postaci spopielonego siana. Pod pieczywem, zawinięty w serwetkę, sprytnie się schował rozgrzany kamień, dzięki czemu przez długi czas pozostawało ciepłe i świeże. Przed podaniem pierwszego z właściwych momentów obsługa serwuje 3 amuse bouche, które same w sobie są ogromnym zaskoczeniem zarówno pod kątem wizualnym jak i smakowym: – chipsy jabłkowe z majerankiem. Cieniutkie plasterki jabłka dosłownie muśnięte ziołami. Chrupiące, a jednocześnie z dającym się wyczuć sokiem jabłkowym mi osobiście przypominało jabłko suszone przez babcię. Jeżeli to miało być zaskoczeniem do zaskoczenia właściwego… to było. Bezdyskusyjnie. – „jabłko” z moreli z purée makrelowym. Na pierwszy rzut oka nie da się stwierdzić, że to „jabłko”, a nie jabłko. A smak… Obłędny. Jedyną niewiadomą było jak to zjeść. Obsługa szybko rozwiała wątpliwości: tak, aby było wygodnie. Można bez użycia sztućców, z czego ochoczo skorzystaliśmy. – trzeci krok do kulinarnego raju, to bataty ze smalcem z gęsi, z jabłkiem i czosnkiem. Po prostu smalec w gębie :) Żadna z podawanych potraw nie ma prostego składu, jednak każda z nich jest dokładnie opisywana przez kelnera. Ich sposób przekazywania wiedzy robi nie mniejsze wrażenie od tego, co na „talerzu”.  Moment 1: Bawole serce / Wanilia / Mirabelka Zgodnie z oczekiwaniami poziom rósł w każdym (nomen omen) momencie :) Podwędzany pomidor z liściem cykorii wypełnionym delikatnym purée mirabelkowym z odrobiną wanilii. Ciężko jest napisać coś mądrego, kiedy na stole pojawia się takie danie: perfekcyjny „look” i jeszcze...

Read More

Argumentacja motocyklisty

Swego czasu nadchodząca wiosna skłoniła mnie do popełnienia tekstu motocyklistach. Jak to bywa w takich przypadkach uaktywnił się kolega (R.), praktyk motocyklowy, z którym trochę podyskutowaliśmy. Każda strona miała swoje racje. Ja nie przekonałem jego, on nie przekonał mnie i chyba zostaliśmy przy swoim zdaniu. W wielkim skrócie moje zdanie o użytkownikach dwóch kołek jest następujące: nie przeszkadzają mi na ulicach, w korku i jak trochę przycisną po trasie. Ale nie toleruję bezmózgich debili, szalejących bez opamiętania. Dla mnie to idioci. Idioci do kwadratu, albo do sześcianu. Zupełnie niedawno na FB skomentowałem przypadek motocyklisty, który zginął w wypadku na Pileckiego. Stwierdziłem, że to był idiota. I tego się będę trzymał. Wywiązała się z tego kolejna dyskusja z innym kolegą (T.), który również przedstawiał swoje argumenty, że moja ocena nie powinna być tak jednoznaczna. Aczkolwiek przyznać trzeba, że dyskusja mimo iż chwilami bardzo emocjonalna, do czegoś prowadziła. Można z niej pewne wnioski wyciągnąć. To akurat dobrze. Wczoraj wrzuciłem link do artykułu o pewnej grupie użytkowników pojazdów mechanicznych z komentarzem: To SĄ IDIOCI. A jak się rozpieprzą (oby sami siebie), to będą martwymi idiotami. Przysłowie mówi „do trzech razy sztuka”, więc tym razem do „dyskusji” włączył się motocyklista-fanatyk. Osobnik zakuty w hełm i żyjący w niezniszczalnej symbiozie z manetką gazu swojego rumaka. Celowo użyłem cudzysłowu, bo dzięki aktywności owego człowieka trudno tą wymianę zdań nazwać dyskusją z prawdziwego zdarzenia, czy chociażby wymianą argumentów. Zastanawia mnie jak bardzo musiał go hełm uwierać w baniak w trakcie pisania? Bo tylko tym mogę próbować wytłumaczyć jego popisy. Zobaczmy więc jak wygląda świat oczami naszego pędzącego bohatera. Punktem wyjścia był fragment artykułu, w którym autor wspomina o „rekordziście” pędzącym po nowootwartej S8 z prędkością około 225 km/h. Nie trzeba być geniuszem intelektu, żeby stwierdzić iż taka prędkość na drodze publicznej (już pomijam miejsce), to głupota w najczystszej postaci. A co na to nasz „miszcz kierownicy”? (…) na S8 jechałem sporo szybciej niż wspomniane w artykule 225 km/h. No i co z tego?(…) Jak to co? Delikatnie rzecz ujmując było to bardzo niebezpieczne. Ale czy na pewno?  (…)Akurat tam są do tego warunki. Jeśli będę miał wypadek to najwyżej sam odniosę jakieś obrażenia, nikogo innego nie mam szansy uszkodzić(…) Swoją błyskotliwą wypowiedź akcentuje wklejając grafikę: Gdyby były do tego warunki, to pewnie nie byłoby ograniczenia prędkości (co akurat w tym kraju nie jest wykonalne) lub droga miałaby status autostrady. A skoro już jest jasne, że warunków do takiej jazdy nie ma, to przejdźmy do drugiej części wypowiedzi kolegi „złotoustego”, bo jest to punkt wyjścia do wyrabiania sobie opinii o baranach na dwóch kółkach. Twierdzi nasza gwiazda, że najwyżej sam sobie zrobi kuku. Mało tego… W swoich „mondrościach” posuwa się...

Read More
KorpoKuchnia: horror codzienny
Lip03

KorpoKuchnia: horror codzienny

Leming, moher, ateista, metal a nawet skin– czyli ogólnie człowiek- jest ciągle narażony na śmiertelne niebezpieczeństwo. Żeby być zupełnie szczerym, to poprzednie zdanie w 99% przypadków odnosi się do nas, facetów. Takich czy innych, ale jednak facetów. Wstajesz rano i prawdopodobnie pierwsza myśl, jaka ci przychodzi do głowy to niewątpliwa radość ze spotkania z szefem. Kiedy już ochłoniesz i puls się ustabilizuje, pora zbierać się do huty. Już pomijam takie drobiazgi jak poranne „nie mam co na siebie włożyć” kobiet oraz toaletę niektórych facetów, polegającą na intensywnej prezentacji mięśnia piwnego w lustrze. Póki na taczkach nie trzeba go wozić, to jest zajebiście :) O ile pobudka może być porównywalna z pierwszą sceną któregokolwiek filmu Hitchcocka, to potem napięcie rośnie. Pierwszy „pik” droga do roboty: jaka by nie była, jest źle. Jadąc samochodem napotykasz na korki. Oczywistym jest, że w takiej sytuacji nie dość, że twój szef pomyka do tyrki komunikacją miejską, to jeszcze nie straszne mu niedogodności z tym związane i akurat trafia na „zieloną falę”. Korzystasz z autobusu lub tramwaju? Masz wspaniałe towarzystwo. W zasadzie po opuszczeniu środka transportu twoje zmęczenie jest tak duże, że logika (i każdy lekarz obdarzony ludzkimi uczuciami) powinny nakazać natychmiastowy odwrót na z góry upatrzone pozycje. Ale nie… Horror dopiero się zaczyna. Specjaliści od efektów specjalnych jeszcze nie zaczęli pracy. W zanadrzu mają różne atrakcje dnia powszedniego: LODÓWKA Najbardziej nieprzewidywalne miejsce w kuchni. Duża szansa, że może służyć jako oficjalne składowisko broni chemicznej wszelkiego rodzaju. W wielu przypadkach można rozważać sprzedaż biletów na wystawę żywych kultur bakterii lub próbować urządzać pokazy wędujących serków, twarogów i innego nabiału. Oczywiście nie ma takiej siły na świecie, która potrafiłaby znaleźć właściciela tego wędrującego cyrku. Jedyne wyjście to otworzyć lodówkę, przekopać się przez niezmierzone pokłady żywności aby znaleźć swój szczelnie zamknięty pojemnik z jedzeniem (nie łudź się- będzie na samym dnie, mimo że wczoraj o 16:55 był w zasięgu ręki) i spieprzać jak najszybciej na drugi koniec biura. A wszystko na bezdechu, w miarę możliwości kontrolowanym, bo współpracownicy nie narażą się dla ratowania jakiegoś głodnego biedaka. PORANNA KAWA Mimo, że od twojego wejścia do biura i odpalenia poczty minęło jakieś 3 minuty i 17 sekund już nie potrzebujesz kawy. Jeden czy dwa otrzymane maile w zupełności wystarczą, żeby się zagotować. Mimo to postanawiasz wchłonąć „działkę” kofeiny. Jak umierać, to z przytupem. Ja dzisiaj załapałem się na „bonusa”, bo naiwnie nie zastosowałem zasady ograniczonego zaufania. Założyłem, że jeżeli coś jest białe i znajduje się w słoiku podobnym [to słowo klucz, wytrych emocjonalny] do tego co zazwyczaj cukier, to jest słodkie. Było odwrotnie… Cóż zdarza się. Koń ma cztery nogi i też się potknie. Wypiłem jedną kawę, podziałało jakbym...

Read More
Czytnik e-book: Kindle Paperwhite
Cze04

Czytnik e-book: Kindle Paperwhite

Kindle paperwhite to pierwszy czytnik e-book, którego używam więc nie będę go do niczego porówywał. Po prostu się nim pozachwycam, nieskażony innymi doświadczeniami. Największy dylemat to: z reklamami, czy bez? Reklamy wyświetlane są na głównej stronie Kindle’a i w żaden sposób nie przeszkadzają w czytaniu. Drugim miejscem reklamowym jest wygaszony ekran. Ot, po wyłączeniu czytnika emitowana jest reklama, która aktualizuje się po podłączeniu do sieci. Wybrałem opcję „sponsorowaną” i nie żałuję bo praktyka pokazała, że to nie ma żadnego znaczenia.         Po włączeniu przechodzimy przez proces konfiguracji i rejestracji Kindle paperwhite w Amazonie. Mimo jednej (jedynej i wymienianej siłę) wady, braku języka polskiego w menu, nie nastręcza to żadnych trudności. Pierwsze uruchomienie wraz konfiguracją zajęło maksymalnie 10 minut. Póki co zakup polskojęzycznych publikacji w Amazonie jest mocno utrudniony, ponieważ języka polskiego nie ma liście oficjalnie wspieranych. Wtedy warto szukać w sekcji „inne” z dopiskiem [polish edition]. Jednak jest to kwestia polityki Amazona, niezależna od Kindle’a, więc nie można tego traktować jako wady. Drugi plus: jest dotykowy. Chwała temu, kto zdecydował się na takie rozwiązanie. Przewijanie tekstu jest bezproblemowe, a matowy wyświetlacz dobrze się sprawdza nawet w ostrym słońcu. Zmiana wielkości czcionki odbywa się identycznie jak w iPadach, czyli płynnie i błyskawicznie. Do tego możliwość wyboru kilku rodzajów fontów. Ja zostałem przy domyślnym. Po co zmieniać doskonałość ;) Dodawanie publikacji też jest dziecinnie proste: wystraczy podpiąć czytnik e-book do portu USB i skopiować plik. Teoretycznie specyfikacja Kindle’a zeznaje, że obsługuje pliki PDF. W praktyce jest to prawda, tylko że podczas testów wyglądało jakby PDF był dla niego obrazkiem i próba powiększenia tekstu skutkowała proporcjonalnym rozszerzaniem, co kończyło się obcinaniem tekstu. Na to jest prosta metoda: program do konwersji Calibra. Po przerzuceniu PDF na format MOBI śmiga elegancko. Równie łatwo można tworzyć różnego rozdzaju kolekcje i sortować jes wg tytułu, autora itd. Wydaje mi się, że ich struktura może być tylko jednopoziomowa, ale to w zasadzie drobiazg. Po przeczytaniu książku pojawia się opcja oceny przez „gwiazdki”. Nie jestem specjalnym fanem takiego czegoś, bo skoro coś przeczytałem to potrafię zapamiętać, czy mi się podobało.  Chyba, że ktoś ma setki pozycji wrzucone to wtedy ma to jakiś sens. Około 1,3 GB pojemności pozwala na nim trochę czytadeł zmieścić :) Podświetlany ekran. Santo subito za ten patent.  Sprawdza się rewelacyjnie, czego przykład poniżej. Zdjęcie zrobione „komurko” w całkowitej ciemności. Nic więcej nie trzeba dodawać :) Istotne jest to, że po podpięciu czytnika przez USB do kompa nie ma możliwości czytania. Przekaz jest jasny: czytasz albo ładujesz. Tylko jakie to ma znaczenie, skoro Kindle po prostu wyrywa z butów....

Read More

Wujek Marcin rysuje

Znajomi nas dzisiaj nawiedzili. Półtorej pary, każda ze swoim dzieckiem (G., lat coś koło 3,5 oraz M., 2,5 roku stąpająca po tym świecie). Początek wizyty to wzajemna obserwacja i „wstydzenie się” całego świata. Z minuty na minutę lody topniały, a po około godzinie mieszkanie wypełnione było tupotem małych stóp i radosnym krzykiem szkrabów. W procesie zapoznawania się miała miejsce bardzo rzeczowa rozmowa dwóch małych dam: – A ile masz lat?- pyta G. Na co M. niezgrabnie, ale bardzo pewnie wyciągnęła rączkę i pokazała 3 paluszki, zaokrąglając nieco w górę swój wiek. Jak podrośnie, to nauczy się odejmować sobie lat :) Kiedy proces poznawczy dobiegł końca, młode damy rzuciły się w wir pracy artystycznej. Zostały sprawdzone też moje umiejętności, ku utrapieniu mistrzów sztuki rysowniczej. Bywa… Nie każdy jest geniuszem plastycznym ;) Czy tylko ja jestem tak uzdolniony ??? :(...

Read More
Historia pewnej edukacji: część II
Maj29

Historia pewnej edukacji: część II

Trzecia klasa... Doszły zupełnie nowe przedmioty: miernictwo elektryczne i elektronika. O Dżizys Qrwa… Za co mnie tak pokarało??? O ile z „miernictwa” byłem w stanie cokolwiek pojąć, to „elektronika” była niepotrzebnym zabieraniem miejsca w sali, jak również marnowaniem uwagi sora K. dla mojej osoby (bo uczył nas obydwu przedmiotów). Dlatego uznałem, że moja obecność na tym drugim jest zupełnie zbędna i co jakiś czas wpadałem na „miernictwo”. Elektronikę mieliśmy raz w tygodniu, bodajże, dwie godziny pod rząd. W piątki od 14:35… Nawet nie próbowałem sprawdzić czy tyle wysiedzę ;) Może to zabrzmi brutalnie i dość cynicznie, ale dyrektor J. zachorował, co było najszczęśliwszym zbiegiem okoliczności dla mnie i jakiejś połowy klasy. Ważne, że na początku nauki w trzeciej klasie przyszedł na lekcję z nami, usiadł za biurkiem w sali 29 i zwrwócił się do kolegów S. i K., siedzących w pierwszej ławce tymi oto słowy: „sprawdź listę i wpisz temat”. Wyobrażacie sobie jakie poruszenie zapanowało wśród obecnych? Dziennik znikający pod rozłożystym blatem biurka musiał rozpalić wyobraźnię niejednego faceta. Każdy miał biznes związany z szybkim usprawiedliwieniem jakiejś nieobecności lub co odważniejsi syczeli o dopisanie oceny. Siedziałem wtedy w drugiej ławce, za S. oraz K. i z tego co pamiętam, to przekazywałem kumplom część komunikatów. Nic z tego nie wyszło, bo chyba koledzy nie bardzo chcieli współpracować. Wynikało to po części z zaskakującej, nowej sytuacji, po części ze stresu. Trudno… Nauka nie poszła w las. Na kolejną lekcję fizyki przyszliśmy przygotowani. Nastąpiły zmiany taktyki i przesunięcia „zawodników na boisku”. Ja na bank zająłem miejsca po lewej, obok K., S. chyba usiadł na moim miejscu i zaczęło się „tango z dziennikiem” ;) Zanim zaczęło się „sprawdzanie listy”, to nieobecności od początku dnia były przedłużone. Jeżeli ktoś nie dotarł na fizykę, to miał farta, bo akurat to z reguły przeoczyliśmy;) Jako, że przez 3 lata człowiek był w stanie nauczyć się listy obecności na pamięć to kolega, lub ja, w zależności od zapotrzebowania powoli, niespiesznie recytowaliśmy listę a drugi uzupełniał dziennik w odpowiednich polach ;) Najłatwiej było z miernictwem i elektroniką bo rozgarnięty sor miał pismo tak techniczne, że naśladowanie go było czystą przyjemnością. W zasadzie nie było ograniczeń. Miał delikwent dwie „sztuki” i mierną, a chciał „dostać” czwórkę, to szła czwórka. W takie masie nie było praktycznie opcji przypału. Znaczy raz się sor K. ocknął, że mu dobra ocena u gościa nie pasuje, ale został zakrzyczany :D. Chyba największym hardkorem była jedna fizyka, na której w czasie 3-4 minut podrasowaliśmy dziennik o 52 oceny (!!!) z dwóch przedmiotów, u jednego nauczyciela… biednego sora K. Bez wpadki. Duma i moc ;) Oczywiście prawem serii musiała powinąć się noga, i to dwa razy. Raz poszedł...

Read More

Historia pewnej edukacji: część I

W zamierzchłych czasach, kiedy kończyłem ośmioklasową podstawówkę, należało podjąć strategiczną decyzję: jaką szkołę wybrać. Potem rozpoczynała się batalia „jak ukończyć szkołę”. Ale o tym za chwilę. Nikt mi nie wmówi, że przeciętny (wówczas) piętnastolatek potrafił świadomie dokonać wyboru. W znakomitej większości przypadków wybór szkoły obywał się według kryteriów: – kumpel tam idzie, to idę i ja. Z reguły znaczyło to, że grupa klasowych / szkolnych urwisów przypuszczała szturm na najbliższą zawodówkę celem wspólnego zdobywania wiedzy praktycznej. Czasem była ona związana z planowanym zawodem. – zgodnie z „zainteresowaniami”. Skoro starszy brat ma samochód i umiem wymienić koło to idę do „samochodówki”. Zajebiście… Gdyby Kubica tak myślał, to dzisiaj byłby pewnie mechanikiem w zajezdni autobusowej. – były pojedyncze przypadki, które wtedy w podstawówce (dzisiaj w gimbazjum) potrafiły odpowiedzieć sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: co chcę robić w życiu. I potem to robiły, na szczęście dla siebie i innych. Mój konkretny przypadek, to wybór szkoły przez sugestię rodziców: bo ojciec ma zawód w ręku, stałą robotę. Jak na początek lat dziewięćdziesiątych to była całkiem sensowna argumentacja. Jeszcze się Polacy na dobre nie otrząsneli z kilku dekad komunizmu i kto mógł, to chciał minimalizować ryzyko. Dobre dziecię byłem, raczej nie zbuntowane przeciwko światu to i poszedłem do „wybranej” szkoły. Ja, humanista, wylądowałem w technikum. I o tym będzie ta historia. Nie o codziennym życiu, ale o najciekawszych chwilach spędzonych w murach tamtej budy. Dzisiaj niektóre numery pewnie by nie przeszły. Na szczęście to było „wtedy” :) Niby elektryka prąd nie tyka, ale zderzenie z inną rzeczywistością zwiększało napięcie w baniakach. Pierwsze co rzucało się w oczy, to przymus chodzenia w kapciach. Tak, tak… wtedy coś takiego jak „przymus” istniało. Nikt jakoś z tego powodu nie narzekał. Na korytarzach mieliśmy więc istną rewię kapci, klapek, poprzecieranych skarpet, a czasami nawet palców niuchalców. Trampki były dopuszczalne tylko na poziomie -1 w miejscu zwanym salą gimnastyczną. Taki urok męskiej szkoły. Znaczy dziewczyn w całej szkole było za moich początków bodajże 4 czy 5. Nie licząc kilku kolegów, których klasyfikacja była trudna ;) Dosyć szybko zorientowaliśmy się, że dyganie w papuciach ma swoje dobre strony, bo nauczyciele (szczególnie starej daty) najzwyczajniej w świecie nie wpuszczali w trampałach na lekcję. Skoro nie wpuszcza, to i nie odpyta, prawda? :) Lista nieugiętych powstała dosyć szybko i była wykorzystywana w razie potrzeby. Z tego co pamiętam, to pierwsza klasa upłynęła miło i spokojnie. Nie licząc nauki przekształcania wzorów: a*b + c = d; b= ? Chociaż pamiętam jedną pierwszych lekcji fizyki, z dyrektorem J. Wezwał do odpowiedzi kolegę F. (nr 5 na liście) i pytał o wektory i skalary. Było tego ze 4 czy 5 definicji...

Read More

Znajomości z przeszłości

Znakomita większość znajomości z przeszłości nie jest stanie przetrwać próby czasu. Kontakt przysycha, by po latach przypadkiem załapać drugi oddech. Warto się tym ekscytować, czy lepiej olać temat? Jak sięgam pamięcią, to tych „zapomnianych” znajomości jest całe mnóstwo. Głównie wynika to ze zmiany miejsca zamieszkania i odległości. Ktoś powie, że w dzisiejszych czasach odległość to żaden problem, ale kiedy pomyślę że moje znajomości zaczęły odchodzić w niebyt w czasach kiedy nie było NK i FB ta odległość już nie jest taka nieistotna. Dokładając do tego odrobinę mniejszą popularność telefonów komórkowych i rozmowy za ponad 2 zeta minuta, to robią się idealne warunki, żeby osłabić, albo i przerwać zupełnie jakiekolwiek relacje. Jak tak pożyjemy przez rok czy dwa, potem nie bardzo jest o czym gadać. Niestety przerobiłem to w praktyce bo gdzieś w necie po kilku latach znalazłem (a było to już z 5-6 lat temu) starą znajomą. Napisaliśmy kilka kurtuazyjnych zdań na Skype, które koleżanka podsumowała żartobliwie: spotkamy się kiedyś na kawie, a do domów będziemy się zapraszać jak się polubimy :) W zasadzie racja, bo tylu latach to jak obcy ludzie dla siebie. Nawet kawa nie doszła do skutku, mimo ze mieszkamy (a może mieszkaliśmy, nie wiem, nie rozmawialiśmy od tamtej pory) ze 2-3 kilometry od siebie. Inny przykład to kumpel, ze starej paczki, z którym znamy się już ponad 20 lat. Z tego dobre kilka za nastolatka bujaliśmy się razem ganiając za piłką, a jeszcze więcej czasu spędzając przed kompem, bo kolega był wtedy szpanerem posiadającym Commodore. Kontakt się urwał zupełnie na 10 lat mniej więcej. Kilka miesięcy temu bezduszny FB pozwolił mi go namierzyć. Nawet się na bronko umówiliśmy. Nie doszło do skutku bo wtedy faktycznia jakaś zaraza grypy szalała i się kumpel rozłożył. Na browara idziemy do dziś i jakoś dojść nie możemy. A dzieli nas może z 5 km… Znajomości z przeszłości to nie teraźniejszość. Brutalne, ale prawdziwe. Wniosek jest prosty: namierzasz znajomego z przeszłości, to ustaw spotkanie jak najszybciej. Nie dojdzie do skutku? Pieprz to, bo szkoda czasu na mielenie w głowie że może jutro, za tydzień. Może samo wyjdzie za kolejne 10 lat. EDIT: Genialnie sytuację podsumowała anuleksa: Lepiej nie odgrzewać kotletów, z których panierka już dawno odpadła.   Nie zapominaj, że w każdej chwili możesz polubić ten wpis lajkując poniżej. Albo całą stronę na  FB, jeśli wolisz. fot. sxc.hu...

Read More

UPC Polska – mistrzowie żenady

22 maja 2013 UPC Polska dostarczyło mi kolejną porcję absurdów, więc z przyjemnością się nimi podzielę. Prawie 3 miesiące temu opisywałem jak „konsultantka” UPC Polska nie potrafiła ogarnąć zlecenia na podniesienie szybkości internetu z 30 do 120 MB/s. W końcu jakoś poszło i mogłem cieszyć uśmiech lepszym łączem. Po jakimś czasie coś z tym internetem zaczęło być „nie halo”, ale jakoś tak schodziło, schodziło i nie mogłem się zebrać, żeby to sprawdzić. Chwilami sam sobie tłumaczyłem, że to może wina Wi-Fi, może coś komp muli. Powiedzmy, że temat mi przeszkadzał średnio. Przyszedł jednak taki dzień, że zebrałem się w sobie i sprawdziłem co w tym UPC Polska piszczy. Zacząłem od przetestowania prędkości netu bezprzewodowego. Wg serwisu Speedtest wyszło 30 Mb/s. Pierwsza myśl- jakaś awaria, może program antywirusowy przymula. Wyłączyłem ochronę, odpalam test i widzę 30 MB/s. Krok drugi: podpinam się z kompem do routera po kablu. Wynik testu: 30 MB/s. Zdziwko lekkie mnie wzięło, bo cała idelogia legła w gruzach. Również ta lansowana przez pomoc techniczną UPC Polska, mówiąca o tym, że po Wi-Fi transfer jest niższy niż po kablu, prawie zawsze. A skoro testy wykazują to samo, to pozostało tylko jedno wyjście: sprawdzenie co jest w papierach. Znaczy w fakturach. Szybkie zalogowanie na konto klienta i oto co widzę: Powyższe zmotywowało mnie do wydrukowania wszystkich faktur (dobrze, że było ich tylko 6) i dokładniejszego przyjrzenia się im: – faktura listopadowo-grudniowa. Bez zastrzeżeń, bo obejmowała miesiąc z kawałkiem i siłą rzeczy musiała być wyższa niż standardowe 142 PLN. Gwoli przypomnienia- nie ma na tej fakturze opłaty instalacyjnej, bo wynegocjowałem usługę gratis, ponieważ na pierwszy termin montażu technik nie dotarł… Nie miał do mnie numeru telefonu i nie mógł uprzedzić. A nie była to pierwsza wpadka UPC Polska. Na etapie analizy oferty jeden z ich „domokrążców” przedstawicieli handlowych, z którym rozmawiałem bez mojej wiedzy umówił mi montaż podając przy tym lipny PESEL, co powodowało błędne dane na umowie. Wszystko prawdopodobnie po to, żeby mu prowizja wpadła. Szczegóły czemu jemu są mało istotne. Taki mają mechanizm wynagradzania. – faktura styczniowa – trochę niższa od oczekiwanej, bo zrezygnowałem z promocyjnego pakietu HBO i Bezpieczeństwo. Zaliczki są pobierane górką, więc korygowali. Czyli jest OK. – luty: 142 PLN na fakturze. Jest sielankowo wręcz :) – marzec / kwiecień / maj: każda kwota inna.  Parafrazując reklamę pewnego banku: UPC Polska, ŁAJ ??? Nie mogąc znaleźć logicznego wytłumaczenia wysokości faktur zacząłem analizować poszczególne na nich pozycje. Ku swemu zdziwieniu zobaczyłem: UPC Polska wyjaśnia Mamy więc luty „po staremu”, marzec- ze zleceniem zwiększenia internetu i kwiecień… z internetem 30 MB/s. WTF ??? Przecież miało być 120 MB/s. Pora na telefon do przyjaciela-konsultanta. Pomny doświadczeń spodziewałem się wszystkiego...

Read More
EROtrends 2013
Maj13

EROtrends 2013

Dzisiaj będzie nietypowo, bo „zdjęciowo”: wizyta na targach EROtrends. Organizatorzy zachwalali niesamowicie, więc grzechem byłoby się skusić. Wrażenia ogólne takie sobie. Wystawców stosunkowo niewielu, ale być może wynikało to z deklaracji nieobecności twardej pornografii. Z automatu sporo firm poleciało ;) Jednak i tak było na co popatrzeć. Najbardziej nastawiałem się na bodypainting i siurpriza, bo był to najgorszy fragment imprezy. Zawsze mi się to kojarzyło z jakimiś farbkami czy coś w ten deseń.  Tu na kanapie leżała jedna modelka i dwoje ludków coś przy niej rzeźbiło jakimiś flamastrami. Ani to na kolana nie rzucało, ani tym bardziej nie zatrzymywało w miejscu, bo nanoszenie wzorków szło jak „… w deszcz”. Bywa. Reszta całkiem OK, nie będę się specjalnie rozpisywał. Zdjęcia mówią więcej. NA „DZIEŃ DOBRY” Okazało się, że pasy cnoty również nie są zarezerwowane tylko dla pań. Jak równouprawnienie, to równouprawnienie.  TORNADOVSKY BODYPAINTING SHIBARI BURLESKA – PIN UP CANDY Zdecydowanie najlepszy występ, jaki tam widziałem. Delikatna muza + pląsające dziewczę tworzyły ciekawy efekt. DRAG QUEEN – KIM LEE MAPOUKA & DANCEHALL – SZKOŁA TAŃCA UANGA Jednym okiem widziałem występ Bad Boysów, ale jakoś bez większych emocji. BDSM Show akurat nie robili. Ktoś jeszcze był, widział? Jakie wrażenia?...

Read More

India Express: chicken madras

Kilka miesięcy temu podjąłem bohaterską próbę zmierzenia się z jednym z najostrzejszych podobno dań w Warszawie: mutton madras G25 w India Express. Niestety przy zamawianiu popełniłem błąd, wynikający z mojej niewiedzy- nie wziąłem żadnego dodatku. Jak to się mogło skończyć łatwo się domyśleć. Posiłkowanie się odrobiną jakiejś sałatki, tudzież kawałkiem pieczywa typu Wasa nie zmieniło ogólnego stanu rzeczy i mniej więcej po „zjedzeniu” 2/3 porcji musiałem uznać wyższość przeciwnika. Straszliwa to porażka dla kogoś, kto lubi ostre jedzenie… Król Julian nawet powiedziałby: HAŃBA CI!!! Gdybym był dawnym japońskim samurajem, to tylko seppuku by mi zostało. Buk pozwolił, że żyję w cywilizowanym kraju (chyba) i mogłem podjąć próbę odkupienia swoich win. Bardziej po polsku można to wytłumaczyć hasłem „Co, ja nie zjem? Ja?” Tym razem wybór padł na danie o identycznym stopniu ostrości (5 papryczek)- chicken madras (G11). Czyli kurczak chyba marynowany w czymś czerwonym, w sosie koloru prawie wyblakłego pomidora, z odrobiną dziwnego makaronu a’la tasiemiec… Ponieważ wcześniejsza jagnięcina była dla mnie zbyt nafaszerowana capiącymi ziołami wyszedłem z założenia, że ta drobna modyfikacja nie będzie miała wpływu na wykonanie zadania. Liczy się „pożar w dupie”, a nie to co na wejściu:) Zamówiliśmy więc z kolegą potrawy (on wybrał inną, bo 5 papryczek już ma „odfajkowane”). Po dostawie sytuacja niecodzienna: dwóch zamawia jedzenie, 4 płacze i smarka ile wejdzie. Przecież nie wypadało się nie podzielić, chociaż trochę ;) Potrawa była mistrzowska. Paliła fefnaście razy bardziej niż ogień piekielny, ale z dodatkiem w postaci ryżu dało radę. Plama na honorze wywabiona. Polecam wszystkim zamówienie ostrego dania z India Express jako pokutę, bądź dobrą kurację przeczyszczającą przełyk (również) :)...

Read More

progressive – eliminacje

Progressive – eliminacje to mocno zmiksowane chyba wszystkie talent-show w naszym kraju. Główna bohaterka, dziewczyna, chciałbym napisać że bliżej nieokreślona, ale to nie byłaby prawda. Przybrała bowiem postać Aleksandry Długosz. Czyli nie da się ukryć, jest to kobieta :) Dziewczę (czy też „kobiecię”) ;) bierze udział w castingu ponieważ marzy jej się kariera wokalna. Konfrontacja z jurorami sprowadza ją na ziemię, bo ich komentarze często nie są ani sensowne, ani tym bardziej uzasadnione. Na początku bohaterka ufa wszystkim wokół, potem wraz z upływem czasu przechodzi metamorfozę i odkrywa co tak na prawdę jest w życiu ważne. Okazuje się, że jednak nie kariera. Czyli happy end jest. Akcja toczy się we wręcz ascetycznej scenerii. Na scenie trzy krzesła, miniaturowy podest „castingowy”, gdzieś w kącie fotel i stół jurorów. Na ścianach kilka ekranów, na których wyświetlany jest obraz z prawdziwej kamery, którą obsługuje najprawdziwszy w świecie operator. Na początku myślałem, że to ściema ale prawda była brutalna i widownia musiała się zmierzyć z „karierą telewizyjną” niektórych z nich:) Ciekawy pomysł. Najmocniejszym punktem programu była główna bohaterka. O tyle mnie to zaskoczyło, że obawiałem się iż nazwiska jurorów mogą ją „przykryć”. Dobrze było się pomylić. Na śpiewaniu się nie znam, więc mogę napisać tylko, że mnie osobiście jej śpiew się bardzo podobał. Piosenki, które wykonywała nic mi nie mówiły, ale może to i lepiej bo nie było z czym porównywać. Mistrz Zamachowski wcielił się w rolę jakiegoś jurora erotomana-gawędziarza. Był monotematyczny w swoich kudłatych myślach, jednak za każdym razem trochę inaczej. Paweł Królikowski to ten zły policjant. O ile jego wygłaszane przez niego kwestie nie odbiegały od poziomu pozostałej dwójki, to wniósł do spektaklu trochę krzyku i dynamiki. Zapewne wpływ na to miał dosyć luzacki strój i fryzura wkurzonego Szopena, połączona z przesadną gestykulacją. A ja myślałem, że tylko w Ranczo gra ;) Na koniec jurorska gwiazda- Katarzyna Groniec. Zmienna bardziej niż chorągiewka przy huraganie, epatująca lekceważeniem jeszcze większym niż Kuba Wojewódzki. Do kompletu jej bohaterka była karykaturalnie głupawa jak dla mnie, jednak trzymało się to wszystko przysłowiowej kupy: nieśmiała marzycielka i troje „władców”, od których zależy być albo nie być kandydata. Chociaż może lepiej pasuje „śpiewać, albo nie śpiewać”. Jedyne co mnie zastanawia to dwukrotnie pojawiające się obawy dziewczyny: czy to prawda, że wczoraj widziano go z jakąś tam… OK., rozumiem przesłanie, ale nie widzę żadnej spójności z całym przedstawieniem. Żadne wydarzenia przed, ani po nijak do tego nie nawiązują. Coś jakby w utwór metalowy wpleść kilka sekund disco polo. Nie mam pojęcia jak to wytłumaczyć, ale pewnie dlatego nie jestem reżyserem:) Całościowo spektakl wypada całkiem pozytywnie. Jest spora dawka humoru, chwilami abstrakcyjnego. Jest kameralna scena, której minimalizm ma w sobie to „coś”....

Read More

Motocyklista moim wrogiem (nie) jest

„Nadejdzie wiosna i lepsze czasyyyyyyyy…”– tak zaczyna się jedna z przyśpiewek często intonowanych na parkietach lub stadionach spadkowiczów z najwyższej ligi. Patrząc za okno nadejście wiosny jest faktem. Z tymi lepszymi czasami to już chyba nie jest tak różowo bo, oprócz 100 kilogramowych „lasek” w obcisłych, przykrótkich bluzkach i leginsach plotkujących na chodnikach, sezon motocyklowy w pełni. Niestety motocyklista ze mnie żaden, bo ani prawka na takie wynalazki nie mam, ani tym bardziej samym wynalazkiem nie dysponuję. Z jednej strony szkoda, z drugiej na szczęście. Szkoda, bo będąc małolatem kariera w motosportach stała przede mną „otworem”, bowiem dzięki łaskawości wujków miałem możliwość ujeżdżania dzikiego rumaka zwanego Wiejskim Sprzętem Kaskaderskim. Bodajże w wersji czterobiegowej, 175cc. Co za szał:)  Potem przyszły czasy oglądania Renegata i marzenia o śmiganiu „sześćdziesiątką szóstką” na zachód. Heh… wtedy był człowiek młody, ambitny, wierzył w ideały, o coś mu chodziło :) Niestety grubą kreską muszę rozdzielić postrzeganie maszyn i ich właścicieli. Naturalnym jest, że człowiek kupuje motor po to aby nim jeździć. Odkrycie, prawda? Kiedy stoję w korku i widzę sunącego między samochodami motocyklistę, to jeśli tylko mam możliwość zrobię mu miejsce. Mnie te 10-15 centymetrów w prawo lub w lewo nie zbawi. Jemu znacznie ułatwi przejazd, a być może i zaoszczędzi przypadkowej obcierki, np. ze mną. I bez znaczenia jest dla mnie czy to jakiś „ścigacz” czy zwykła skuterowa pierdziawka. Gdyby była taka możliwość to „kierowców” samochodów, którzy utrudniają taki przejazd motocykliście, kazałbym nadziać na pal w opcji <na Kmicica>. Siedzi piździpała w aucie i jedyne co jego zwoje mózgowe są w stanie wyprodukować, to stwierdzenie że nikomu nie może być lżej niż jemu. Jednak nie… nadziewanie na pal to zbyt wielka pieszczota. Lepiej pójść tropem Abelarda Gizy z głośnego skeczu o papieżu i takiego kierowcę-cwaniaka od razu „jeb na stos”!!! Oczywiście kij ma dwa końce. Z jednej strony faceci (i kobiety) na motorach, którzy jeżdżą bo lubią, bo jadą do pracy czy gdziekolwiek indziej. Z drugiej strony banda debili na dwóch kołach, mogąca stanowić idealne pole do badań dla szeregu lekarzy specjalistów. Bo czy zdrowy psychicznie człowiek jeździ przez godzinę od świateł do świateł zachowując się jak silnik dwusuwowy: gaz do dechy, hebel do podłogi??? Taki idiota nie ma nic wspólnego z kimś, o kim mówimy motocyklista. Ile problemów egzystencjonalnych ma posiadacz dwóch kółek, który na widok każdej prostej dłuższej niż 200 metrów dostaje małpiego rozumu i za punkt honoru stawia sobie wyprzedzenie własnego pierdnięcia? Bardzo mnie zastanawia czy grupowe ruszanie ze świateł, na Marszałkowskiej, na jednym kole to efekt kompleksu małego fiuta, czy po prostu ciężkich uszkodzeń mózgu wynikłych z wciskania zbyt ciasnego hełmu na łeb. Od Trasy Siekierkowskiej mieszkam ładnych kilkaset metrów,...

Read More
Żołnierze wiosny nadchodzą !!!
Kwi16

Żołnierze wiosny nadchodzą !!!

Śnieg stopniał w pierwszej dekadzie kwietnia, mając serdecznie w dupie, że od 21 marca razem ze swoją wspólniczką zimą nie ma wstępu na ziemię. Ani chybi to znak, że wiosna idzie. Żeby tylko nie przyszła jak w piosence Rosiewicza, bo wtedy to najbardziej przekonujące „oj tam… oj tam…” nam nie pomoże :) Świergolenie wszelkiego rodzaju ptaszyn powinno nastrajać optymistycznie. I nastraja, a jakże. Wiosną chce się człowiekowi rano wstawać i słonecznych promieniach tkwić w korku, ciesząc się przy tym wiosenną wyprawą do pracy. Zawsze to milej niż zimą. Niewiele, ale jednak milej. Podobno coś się w klimacie lekko pojebawszy i ta wiosna to tak naprawdę nie wiosna, tylko lato. Z drugiej strony Lato odszedł- tak twierdzą wtajemniczeni. Mamy więc „czeski film”, bo nikt nic nie wie: gdzie jest wiosna, dokąd poszło lato i gdzie jest Lato??? W tak sprzyjających warunkach musi się ujawnić to gorsze oblicze niby-wiosno-lata. Oto za dni kilka/kilkanaście dni świat zostanie zaatakowany przez wroga okrutnego. Niestety najtęższe umysły nie wiedzą jak go pokonać. Co z tego, że stoczą z nim bitwę przeokrutną skoro przeciwnik powraca. Przyczaja się co prawda na kilka miesięcy, ale uderza ponownie z siłą wodospadu i regularnością szwajcarskiego zegarka, stosując tortury psychiczne. Mocą jego jest wierna armia, gotowa do ataku, kiedy tylko słupki rtęci w termometrach przekroczą mniej więcej 15 stopni Celsjusza. A oto i oni, Żołnierze Wiosny: – Palec niuchalec– jeden z członków elitarnej jednostki bojowej działającej w najniższych warstwach operacyjnych, przy ziemi. Podobno jest wysyłany na przeszpiegi głównie przez kobiety, które umieszczają go w letnich butach i wysuwają na czoło pochodu. On wykonuje czarną robotę „idąc”, węsząc podejrzliwie i brudząc się niemiłosiernie. Dla kamuflażu maluje się różnymi farbami, najczęściej we wściekłych odcieniach różów i czerwieni. Żeby bardziej wtopić się w tłum malowidła na nim mają szereg odprysków, zadrapań itp. Nie jest do końca pewne czy to działanie celowe, czy też efekt zbyt intensywnej eksploatacji zastępów palców niuchalców. – Popękana pięta– zabezpiecza tyły palcowi niuchalcowi. Zajmuje strategiczną miejscówkę na końcu pochodu i straszy przeciwnika strukturą zewnętrzną, która do złudzenia przypomina wyschnięte jezioro afrykańskie tuż przed porą deszczową. W ekstremalnych przypadkach może służyć jako schowek do przemycania piasku, lub drobnych kamyków. Prawie zawsze występuje we wszystkich odcieniach szarości lub jak kto woli brudu. – Noga– chociaż może bardziej pasuje tu liczba mnoga. Po zimowej hibernacji i nabieraniu masy, bez skrupułów informują świat o swoim istnieniu. Robi się z tego duży show, który sprawia że co roku muszę aktualizować sobie definicję „samokrytyki”. Nawet pobieżne śledztwo wskazuje, że w tym sabotażu nogi są mocno wspierane przez tłuszcz i celulit. Niestety w tej sytuacji spodnie i spódnice nie chcą mieć z nogami nic wspólnego i się...

Read More

Romeo i Julia w Studio Buffo

Nigdy bym się nie nazwał fanem twórczości duetu J&J. Metro widziałem, jednak jak mówią jego wierni fani: w Buffo to nie to samo co w Dramatycznym. Innych dzieł nie oglądałem na żywo. Wpadła mi do oka kiedyś jakaś Przebojowa Noc w telewizorni, czy jakoś tak. Ale spuśćmy na to zasłonę miłosierdzia. Pozostał do „odfajkowania” drugi musical firmowany przez Józefowicza i Stokłosę. Dotychczas nie po drodze nam było, ale wreszcie nadszedł ten wielki dzień. Dzięki odrobinie szczęścia, a także sympatycznemu blogowi mieliśmy okazję obejrzeć spektakl Romeo i Julia w Studio Buffo. Pewnie 99,999% ludzi wie kim są bohaterowie ale tym, którzy stanowią 0,001% społeczeństwa przypomnę. ROMEO I JULIA Romeo + Julia = Wielka Szalona Miłość. Problem w tym, że pochodzą z rodzin, które darzą się uczuciami podobnymi do tych pomiędzy zięciem i teściową. Czyli raczej „średnie love” dwóch zacnych rodów;) Pobierają się w tajemnicy, bo bez tego sztuka byłaby słaba. Potem prowokator ciemnej strony mocy, Tybalt, zabija Merkucja, kumpla Romea. Ten w odwecie wysyła Tybalta na piwo do Abrahama, co kończy się wyrokiem banicji wydanym na niego przez papę Capuletiego. Ponieważ Julia cichaczem związała z Romeo (to imię się odmienia?), żeby uniknąć przymusowego ślubu z „przeznaczonym” jej Parysem, pozoruje swoją śmierć. Oczywiście Romeo tego nie wie i z żalu po stracie ukochanej sam idzie wąchać kwiatki od spodu. Kiedy do Julii dociera co narobiła, żwawo podąża za swoim Romeo. Finalnie można całe zamieszanie określić jako „jeden ślub i 4 pogrzeby”. Tyle gwoli wstępu. A co o samym spektaklu… …ROMEO I JULIA W STUDIO BUFFO? Zaczęło się nienajlepiej… Kiedy zgasły światła, na kurtynie pojawiła się początkowa animacja: napis „Romeo i Julia”, na który padały krople deszczu. Pomyślane ciekawie. Szkoda, że ta prosta animka się co chwilę zacinała. Chyba napęd się przybrudził, albo komp dawno nie restartowany i mulił niemiłosiernie. Pierwsza scena to wnętrze jakiegoś klubu, w którym DJ „zabawia” gości. To znak, że akcja toczyć się będzie w czasach współczesnych. Pomysł bardzo dobry. Szkoda, że tylko pomysł. Aktor wcielający się w rolę dyskotekowego wodzireja był tak przekonujący, z tak wielką energią zachęcał do zabawy, że nie wiedziałem czy to jest jakaś „dyska” czy dobrze rozkręcona stypa. „Goście” też reagowali z entuzjazmem bardzo oszczędnym. A może to po prostu była impreza informatyków hipsterów???. Żeby ciągle nie narzekać, to napiszę też o tym co mi się podobało. Po pierwsze primo: Mariusz Czajka w roli Capuletiego. Zdecydowanie jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza rola w całym przedstawieniu. Kiedy miał zagrać „wkurw” to grał „wkurw”. Jak miał knuć- knuł.  Wokalnie też się zdecydowanie wyróżniał i wyraźnie akcentował swoją obecność na scenie. Po drugie primo:  scena walki na miecze pomiędzy Merkucjem a Tybaltem odegrana w zwolnionym...

Read More

Facebukowy burak w 6 odsłonach

Facebook, dla wielu osób codzienne narzędzie pracy ;) Dla pewnej grupy zupełnie darmowa i dostępna bez skierowania lecznica kompleksów wszelakich. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że to taki fotoplastikon, w którym prezentują światu swoją głupotę. Do której grupy się zaliczasz? Jeżeli uważasz, że Twoje zachowanie na FB jest zupełnie normalne a marzysz o zostaniu klasycznym burakiem, to mam kilka wskazówek. Wszystkie są niestety z życia (a raczej FB) wzięte. Ponownie zacytuję klasyka: jeśli widzisz tam siebie, to „tak wyszło, nie moja wina” :/ 01. ZDJĘCIA– wrzucaj na potęgę. Nieważna ilość, nieważne skąd. Ładuj, twórz od metra katalogów. Najlepiej nie nadawaj im nazw tylko zostawiaj domyślne. Absolutnie nie rób selekcji zdjęć. Po prostu zgrywaj z małego chińskiego aparaciku na kompa (obowiązkowo na pulpit) a potem juhuuuuuu… NA FEJSIKA. Ostre, nieostre, proste (a są takie?), krzywe. Najwięcej takich gdzie na urlopie jesteś tylko małym punkcikiem na zdjęciu. Reszta to plaża… Albo przyhotelowy basen. A w nim TY, gdzieś tam ledwo widoczny(a)!!! I ten wszechobecny blask Twojej zajebistości. Uprzedzam, konkurencję masz dużą bo największy „set” z urlopu jaki widziałem liczył blisko 400 zdjęć w JEDNYM KATALOGU. Łącznie z tymi gdzie były całe czarne, bo „operator” dekielka nie zdjął. Może jest w tym artyzm jakiś, a ja idiota się nie znam. PAMIĘTAJ: regularna słit focia z łapki też musi być. Wersja GIGA-HARDCORE– klikając w linka oświadczasz, że robisz to zupełnie dobrowolnie i świadomie- publiczne udostępnianie zdjęć zmarłych. Bliskich czy dalszych, nie ma znaczenia. Trzeba mieć napierdolone pod baniakiem, żeby taką akcję zrobić. Tego buraka namierzyła moja Christelle. Chyba dłuuuugo nikt go nie przebije :/ 02. KONKURSY– bierz udział we wszystkich. NIE POMIŃ ŻADNEGO. Bez znaczenia czy do wygrania jest laptop, czy majtki z golfem. Loguj się do konkursowych aplikacji, nie żałuj sobie. Do udziału w konkursach zapraszaj znajomych wysyłając im pushe z aplikacji, lub po prostu bez krępacji żebraj o lajki. 03. KLIKAJ we wszystko co się da i nie myśl co robisz. O tym już pisałem, więc nie będę się powtarzał. 04. LAJKUJ FANPEJDŻE. Najlepiej po kilka dziennie. Z przerażeniem oglądam ilość powiadomień o „zostaniu fanem”. Uściślę: na osobę. Dodając do tego różnorodność tematyki, którą jest w stanie polubić jeden „ludź”, mam do wyboru uznać go za erudytę albo idiotę. Erudytów na świecie niewielu. 05. POWTARZAJ SIĘ do znudzenia. Kiedy napiszesz „coś” i nikt nie zareaguje bo jest to oczywisty pierd, z którym nie warto dyskutować- nie zrażaj się. Napisz to ponownie w niedługim czasie, tak żeby dotarcie do poprzedniego nie wymagało zbyt długiego skrolowania myszką. Kiedy i to nie pomaga pisz o tym znowu przy najbliższej okazji, tym razem w komentarzach na swoim lub innym wallu. Najlepiej, żeby Twój wpis nie miał...

Read More

Przygody Tomka Wilmowskiego

Kto się przyzna, że nie wie kim był Tomek Wilmowski? Albo Tehawanka? Mój rehabilitant, rocznik ’85 nie ma o tym różowego pojęcia… Młodym nie chce się czytać to jasne ale żeby aż tak? Kolejna porcja wspomnień ze smarkatych lat: tym razem kilka książek, które przeczytałem po kilka(naście) razy, z czego znakomitą większość jeszcze w podstawówce.   10 – ZACZAROWANA ZAGRODA – Alina i Czesław Centkiewiczowie. Krótka historia o grupce pingwinów, które uciekały badaczom chcącym je zaobrączkować do badań. Jak na pierwszą czy drugą klasę podstawówki to była poważna lektura. Pryskający pingwin, to zdarzenie niecodzienne :)     09 – DR DOLITTLE I JEGO ZWIERZĘTA – Hugh Lofitng. Za moich czasów chyba niewiele dzieciaków nie miało odfajkowanej tej (i innych z serii: „Cyrk…” czy „ZOO…”) pozycji na liście czytelnictwa. Sympatyczny doktor rozmawiający z kaczką o imieniu Dab-Dab czy świnką Geb-Geb potrafił przykuć do książki na długie godziny.   08 – TAŃCZĄCY SŁOŃ, Adama Bahdaja to jeden z lepszych „kryminałów” mojego dzieciństwa. Główna bohaterka, Zulejka, pchająca się w kłopoty na wszystkie możliwe sposoby. Bo poszukiwanie tajemniczej figurki to gruba sprawa.       07 – KOSMOHIKANIE – Ewa Lach. W żaden sposób niczym się nie wyróżniała wsród innych książek ale miała w sobie to coś. Wakacyjne przygody trójki (albo czwórki rodzeństwa) były obowiązkową lekturą „nawrotową”.       06 – CZTEREJ PANCERNI I PIES. Muszę pisać, że autorstwa Janusza Przymanowskiego? Chyba nie :) Jedyne czego po dziś dzień nie mogę zrozumieć to czemu w filmie Wasyl Semen stał się Olgierdem Jaroszem. Przecież ten pierwszy był bardziej radziecki.       05 – PAN SAMOCHODZIK I ZŁOTA RĘKAWICA. Z serii o Panu Samochodziku nie przeczytałem wszystkich tytułów. Lata nie te co teraz i dostępność mniejsza. Chyba każdy kajtek chciał mieć jego furę: coś na kształt Forda Kartona z silnikiem Ferrari.       04 – ODARPI SYN EGIGWY. Druga książka Centkiewiczów, która zapadła mi w pamięć. Historia małego Eskimosa, który poznaje trudy życia w śnieżnej krainie. Pierwsze samodzielnie zbudowane iglo, pierwszy upolowany mors. Echs… to były książki.     03- PLATINI, MOJE ŻYCIE JAK MECZ. Biografia całkiem znanego kopacza:) Ile razy ją przeczytałem, nie zliczę. Dostałem od kumpla na urodziny w 6 klasie podstawówki. Od tamtej pory znam dwa zwroty po hiszpańsku: Donde estás i no te vemos.     02 – ZŁOTO GÓR CZARNYCH, Krystyny i Alfreda Szklarskich. Nigdy nie byłem wielkim fanem tematyki indiańskiej ale „Złoto…” mnie zaczarowało. Może dlatego, że były tam zamieszczone proste grafiki migowego języka Indian. Przyznać muszę, że o ile dwa pierwsze tomy przeczytałem kilkanaście razy, to trzeciego tomu nigdy nie strawiłem do końca. Jakoś potyczki Złotego Kamienia, syna Tehawanki, z amerykańcami mnie nie porwały. 01 – TOMEK W...

Read More
Polskie perwersje
Mar24

Polskie perwersje

Zaraz, zaraz… nie tak szybko. Polskie perwersje mogą zaczekać:) Zacznijmy od w miarę prostego wyjaśnienia czym jest „zwykła” perwersja. Słownik Języka Polskiego PWN podaje iż perwersja to „1. odchylenia reakcji psychicznych w zakresie popędów, zwłaszcza w sferze seksualnej” lub „2. zachowania naruszające obowiązujące konwencje, mające na celu szokowanie”. Definicja banalnie prosta. Jest tylko jedno, małe „ale”… Wpis traktuje o polskich perwersjach, co z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością znaczy, że lekko nie będzie. Bo kim jest taki zwykły światowy perwers? A może perwersyjny światowiec? Dla mnie na takie miano mogą zasługiwać członkowie pewnego plemienia, którego nazwy nie pamiętam ale nie ma to większego znaczenia. Ceremonia „czynienia” chłopców mężczyznami wiąże się u nich z koniecznością trzymania, przez około 10 minut, obu rąk w rękawicach wykonanych z trzciny. Sęk w tym, że do każdej rękawicy „przymocowana” jest mniej więcej setka zdrowo wkurwionych mrówek, które żądlą. I to tak, że jedno żądło ma moc odczuwalną do postrzału. Oczywiście swoje żądlące odwłoki, niekoniecznie dobrowolnie, schowały wewnątrz rękawic- żeby nie było, że ściema. Zdarzają się zejścia z tego świata w trakcie obrzędu, a halunki z bólu są na porządku dziennym. Perwersja… Ale do brzegu… Żądlące mrówki to mała Miki w porównaniu z perwersją po polsku. Bo co jara dużą część naszych, że tak zażartuję, pobratymców? Co podnieca nas tak, że oddajemy się temu z lubością i powtarzalnością godną Mistrzów? Na topie jest: – zazdrość: wiem, że ludzki odruch. Sam go miewam. Tylko, że jest multum jednostek, u których przybiera ona postać kliniczną (chorą). Sąsiad kupił lepszy samochód? Złodziej pewnie!!! Żyd i komuch!!! Dawaj donosik do skarbówki. Ja nie mam to i ten ćwok miał nie będzie. Awans w robocie? Pewnie dała szefowi dupy albo on puka się z kierowniczką. Docenianie kompetencji w tym narodzie nie jest przyjmowanie jako zachowanie naturalne. Inna kwestia, że czasem promuje się zwykłych debili. Jednak nie o tym ta śpiewka. – wieczne narzekanie. Na wszystko i wszystkich. Gdyby narzekanie zrobili konkurencją olimpijską to święcilibyśmy triumfy większe niż w skokach za czasów „Małej Myszy”. Narzekaniomania zalałaby cały kraj. Chociaż nie wiem, czy może się rozlać bardziej niż teraz. Nie da się żyć cały czas z bananowym uśmiechem na japie ale jakieś zachowanie równowagi by się przydało. No, może chociaż zwykły optymizm. Minimalny. – inne- tu wstaw dowolnie, co Ci pasuje i na „polskie perwersje” się nadaje. Wymieniłem dwa zachowania, które uważam za perwersyjne, bo w cywilizowanym świecie nie są uznawane za normalne. Co oczywiste, nie są też tak praktykowane jak u nas. Jeśli myślisz, że to koniec to muszę Cię zasmucić, bo pora na POLSKIE PERWERSJE NAGRODA GRAND PRIX !!! Tu dopiero się będzie działo. Przygotuj się na najgorsze :) Największą polską perwersją (lub fetyszem)...

Read More

Dzień kobiet

Dzień kobiet to opowieść o kasjerce, która w jednym ze sklepów sieci „Motylek” awansuje na kierowniczkę. Sympatyczny owad w realu nazywał się trochę inaczej, jednak dzięki sprytnemu zabiegowi nikt nie wie jak:). Wydawać by się mogło, że idzie za tym chociaż większa kasa, bo nie o prestiż tu chodzi. Życie nie wygląda jednak tak różowo, bo do powszechnie stosowanych praktyk należy „naginanie” czasu pracy, brak świadczeń itd… Bohaterka filmu, Halina Radwan, ma nad sobą (chwilami dosłownie) przełożonego. Obleśnego menago, w którego postać świetnie wcielił się Eryk Lubos. Dodatkowo polska mentalność nakazuje robić pod górę tym, którym się poszczęściło. Byłe koleżanki z kasy nie są więc specjalnie skore do współpracy. Pranie mózgów na pseudoszkoleniach i nacisk na produktywność zmuszają postać graną przez Katarzynę Kwiatkowską do podejmowania decyzji mających mało wspólnego z przestrzeganiem prawa, jak też zwykłą ludzką przyzwoitością. Z drugiej strony układ był prosty: albo ona, albo ją.  Trudno tutaj napisać coś szczególnie mądrego bo jak działają markety wiedzą wszyscy. Walka ze sobą i zmiana nastawienia też niczym nowym nie jest. Happy end był wiadomy od początku dla wszystkich, którzy niczym detektyw Rutkowski odnaleźli odpowiedź na pytanie: kim naprawdę był Motylek? Wiadomym jest, że film porusza trudną tematykę i w trakcie oglądania nikt ze śmiechu nie będzie płakał. Nie znaczy to, że chwilami jest naiwny: Hanka szukając córki trafia na ekipę zjaranych glutów i jednego z nich popycha/szturcha a ten grzecznie mówi co i jak. Takich rzeczy to nawet w reklamach nie ma. W innej scenie Eryk zaskakuje ją, dzwoniąc  do drzwi mieszkania, a na koniec płacze przy kracie na klatce schodowej. Jak w takim razie sforsował ją wcześniej? Sadowska wielkim reżyserem chce być najwyraźniej. Jak niewiele mi mówią jej dotychczasowe dokonania wokalne, tak filmowe stawiam z nimi na równi. Niewielu ludzi potrafi być bardzo dobrymi w wielu dziedzinach. Nie potrafię tego filmu ocenić jednoznacznie. Niby poszczególne postaci osobno wypadają całkiem dobrze, a Kwiatkowska i Lubos wręcz trzymają ten film w kupie. Jednak razem tworzą obraz bardzo przeciętny, zdecydowanie poniżej oczekiwań. fot. filmweb.pl...

Read More
Winda do nieba. Albo do biura.
Mar19

Winda do nieba. Albo do biura.

Winda, jak sama nazwa wskazuje, służy do windowania. Ludzi, rzeczy, zwierząt i wszelakich innych żyjątek. Już starożytni Rzymianie wykminili w baniakach, że do góry nie trzeba kitrać się po schodach lub drabinach. Kontuzjogenne to było, i jest nadal. Poza tym smarując z sandała po drabinie te rzemienie musiały ich cholernie obcierać. Nie dziwne, że zaczęli kombinować jak ulżyć cierpieniom. Przeciętnie rozgarnięta istota wie, że otarcie  naskórka na stopie w ludzkich temperaturach jest upierdliwe, więc co dopiero przy 73 stopniach. Tak myślę, że właśnie tyle było bo parę filmów o Rzymianach widziałem i słońce zawsze tak dawało po oczach, że musiało być u nich co najmniej 54 stopnie w cieniu. Skąd zatem 73 w słońcu? Nie wiem… ale zajebiście to brzmi: na jutro Cezar przewiduje 73 stopnie. Znaczy krótkie tuniki trzeba przygotować. – A skąd drogi Żuliuszu wiesz, że dzisiaj temperatura jest taka jak mówił nasz Boski? – Zamknij się!!! Być może mniej więcej w taki sposób, leniwie gawędzili Rzymianie o pogodzie. Początki „windziarstwa” były pewnie takie, że kilku bardziej rozgarniętych (albo takich co ich stopy najbardziej napieprzały od łażeniach po schodach) prawdopodobnie zauważyło paru lokalnych przygłupów, którzy żebrali o miedziaki na amforę taniego i ciepłego (fuj!!!) winciacha. Za frajer kasą dzieli tylko minister Mucha. To znaczy, że żulernia nie mogła liczyć na jałmużnę i jedyne co mogli zrobić to zostać najemnikami. Pierwszymi windziarzami w historii ludzkości. Zasada była prosta: suszy cię? To bierz jełopie linę w łapy i drałuj przed siebie. Nie dajesz rady- wołaj kumpli!!! Ci mądrzejsi Rzymianie stawali na jakiejś desce omotanej linami i opalając uzębienie byli wciągani przez żulernię na górę. Pewnie nie obyło się bez wypadków, bo żul jak to żul… a to na „półpiętrze” jeden sięgnął po piersiówkę, drugi źle sandały nasmarował i buksował w miejscu. Życie… Metodą prób i błędów ogarnęli temat. Jakoś się windziarski biznes kręcił. O ile na początku „trasa” windy była prosta: ziemia – gdzieś do góry a w drugą stronę: góra – jeb na glebę. Każdy pasażer cieszył uśmiech, że nie pizdnął za bardzo w piach i dziękował w myślach (a może i na głos) Cezarowi za jego łaskawość i poparcie dla prywatnej inicjatywy. Z czasem pojawiły się przystanki. W praktyce były to jasno określone miejsca gdzie żule uzupełniali zapas płynów a cwani Rzymianie ewakuowali się z platformy w okna, lufciki i inne otwory. Grunt, że był ruch w interesie. Sprzedaż amfor rosła, alko schodziło. Kapitalizm pełną gębą :) Po latach albo i wiekach przyszedł czas na windy napędzane mechanicznie. To prawdopodobnie jest powód bezrobocia i bezdomności na świecie. Są kraje, w których kiedyś było tylu windziarzy że głowa mała. Rumunia, Bułgaria… Teraz mają problem z odnalezieniem się w...

Read More

Quo vadis telewizjo?

Każdy człowiek z wiekiem dojrzewa do podjęcia życiowych decyzji. Weźmy chociażby nowego papieża: 76 lat i zamienia Argentynę na Włochy. A podobno starych drzew się nie przesadza ;) Na mnie też przyszedł czas… po kilku spektakularnych „sukcesach” kulinarnych. Przecież oczywiste jest, że „odwróć kurczaka w piekarniku” znaczyło dla mnie „obróć pojemnik o 180 stopni, a nie jego zawartość”. Efekt jaki był można się domyślać. Z ciężkim sercem musiałem pogodzić się z faktem, że nie będę pierwszym polskim szefem kuchni z gwiazdką Michelin. Zupełnie mi to jednak nie przeszkadza w biernym gotowaniu, czyli oglądaniu wszelkiego rodzaju programów kulinarnych i kulinarno-podobnych. Pierwszym, który mnie wciągnął był Hell’s Kitchen. Wtedy Gordon Ramsay był nowością, więc dało radę to oglądać. Po drugiej serii zrobiło się nudno, bo za każdym razem rzucał „fakami” tak samo. Potem pojawił się Kitchen Nightmares, w którym Ramsay był taki sam jak zawsze ale chociaż właściciele czasem lecieli „na grubo”. Z mniejszym zainteresowaniem oglądałem czasami Un Dîner Presque Parfait, czyli Come Dine With Me na francuskiej M6. Zdecydowanie najlepszym programem związanym z kulinariami był M@ster Chef Australia. Moim idolem zdecydowanie został jeden z jurorów, George Calombaris. Pozostali też niewątpliwie byli ciekawymi osobowościami ale George rządził. Niestety los bywa okrutny a natura złośliwa. A może po prostu taka jest kolej rzeczy, że zagraniczne formaty prędzej czy później mają swoją polską premierę. Na szczęście Hell’s Kitchen jeszcze się temu opiera i mam nadzieję, że ten stan rzeczy będzie trwał jak najdłużej. Przyczyna jest banalna: dopóki nie jest emitowany w Polsce to go jeszcze nikt nie spieprzył. Weźmy pierwszy przykład: Kitchen Nightmares, zwany po polsku Kuchennymi Rewolucjami. Już pal licho diametralną różnicę w osobach prowadzących. Gdzieś wyczytałem, że Magda Gessler to „polski Gordon Ramsay”. Chyba prawnicy Ramsay’a tego nie słyszeli bo pozew o naruszenie dóbr by wygrali w cuglach. Jeżeli Gordon jest „żwawy jak górski strumień” to można to również powiedzieć i o Gesslerowej, dodając „wypełniony olejem”. Taka jest babka dynamiczna. Zmęczenie gwarantowane od samego słuchania wstępu do odcinka. A zanim „odwiedzi” knajpę wielce prawdopodobna jest niestrawność. Dobrze, że są leki na taką dolegliwość. TVN emitowała też swoją wersję M@ster Chef… Wyczekiwałem go i to bardzo. Mając apetyt rozbudzony wersją australijską wiedziałem, że poprzeczka jest zawieszona wysoko. Rzuciłem też okiem na edycję US, z „amerykańską Magdą Gessler” i mnie nie porwała. Kolejny Gordon-show. Jednak polska edycja zaskoczyła mnie zupełnie. Wszystkim. eMDżi jako head juror… Nie miałem w domu Ulgixu, niestety… Ania Starmach- nie moja bajka. Gotować pewnie potrafi ale gwiazdą telewizji nie będzie. Dobry (bo śmieszny) był tylko Michael „oddawaj fartucha” Moran. Może wydać się dziwne ale jurorzy mimo porażki w 2/3 wcale nie byli najsłabszym punktem programu. Nie mam pojęcia kto przenosił to na polski grunt ale...

Read More

Komisarz Alex

Jakaś dziwna ta sobota była. Ni to wiosna, ni to zima. Ogólnie do dupy biomet. Pewnie dlatego nawet mi się nie chciało zmienić kanału w telewizorni i bez większego zainteresowania patrzyłem co serwuje TVP1. Padło na serial Komisarz Alex. Jako że nie w temacie byłem to jasność spłynęła na mnie po chwili, kiedy okazało się że komisarzem jest pies. Fakt, ma najinteligentniejszy wyraz twarzo-pyska z całej ekipy. Chyba z tego powodu reszta go nie rozumie. Reszta znaczy jego opiekun, komisarz Bromski Marek. Zaczęło jak w produkcji rodem z Holywood. Konkretnie to to Cholyłódź, bo samochody miały blachy EL. Idzie panna ulicą, upada. Oczywiście finalnie podąża tunelem w stronę światła i ani myśli wracać na ziemię. Jest i motyw z horroru bo ktoś wykrada ciało z kostnicy, nie zapominając zaciukać przy tym dziadko-ciecio-ochroniarza. Siara by to skwitował „mają rozmach skurwisyny”. Potem zaczynają się schody do piekła. Grający główną rolę Dżejkob Vesolovsky cały film popierdziela ciągnąc za sobą psiaka. To rozumiem, bo ktoś musi w tym duecie myśleć. Natomiast reżyser najwyraźniej zapomniał mu powiedzieć, że praca w filmie polega na kreowaniu postaci, a nie załatwianiu każdej sceny jedną miną. Chyba, że jest się Pawłem Małaszyńskim, prawdopodobnie mentorem Dżejkoba. Wtedy durnowatym spojrzeniem w pakiecie z głupkowatym uśmiechem da się wytłumaczyć wszystko. I przenikliwe analizy sytuacji, i cięte riposty do przestępców (tak mi się wydaje, bo nie zdzierżyłem do końca). W jednej ze scen przepytuje barmankę z miną 1A, która mówi (mina „mówi”, nie barmanka): kłamiesz, czytałem scenariusz i wiem wszystko bejbe. Gdyby grał w kreskówce to co chwila by mu się słońce w zębach odbijało. Ja rozumiem, że w filmach są uproszczenia, a bohaterowie czasami mają nadludzkie umiejętności. Tylko, że wtedy jest to jasno powiedziane w tytule filmu: Spiderman, Batman, Bruce Wszechmogący czy wreszcie z rodzimego podwórka Ranczo albo Klan. Tytuł „Komisarz Alex” nic takiego nie sugeruje. Jak więc wytłumaczyć scenę, w której Paweł Małaszyński ver. 2.0 wchodzi do remontowanego mieszkania, po raz pierwszy w życiu, patrzy na ścianę i mówi: tego tu wcześniej nie było. Oczywiście okazuje się, że za kartongipsem ukryto ciało w worku foliowym, No żesz… Rentgen w oczach. Mam swoją teorię skąd ten tekst… Po prostu pomiędzy jednym a drugim dublem ktoś z ekipy mu powiedział, że w ostatniej chwili skończyli przygotowywać lokal, bo dostawa gładzi się opóźniła, a ścianę musieli postawić, no i zagadka rozwiązana. Mimo całego zła był też jeden akcent amerykański. Męża denatki zatrzymuje policjant, który chwilę wcześniej oblał się kawą i jednocześnie pochłania jakąś bułę. Czyści sobie przy tym kożuszek. Z pełną gębą mówi do gościa, że jest zatrzymany, na co w odpowiedzi dostaje centralnie z bańki. Zalewa się krwią, pacjent wskakuje do samochodu i daje...

Read More

Amiga – pamiętacie?

Dawno temu- kiedy nie było jeszcze FB, słowo „mobile” mogło być odbierane jak przekleństwo, a Internet kojarzył się z przyprawą do potraw- na świecie trwały już „wojny” komputerowców. Po jednej stronie stali „amigowcy”, z drugiej „pecetowcy”. Nawet w mojej klasie widać było podział popierających właścicieli kompów Amiga lub wyczesanych wówczas 386 SX lub na bogato DX (chyba takie były oznaczenia 386, na 100% nie jestem pewien). Oczywiście uczucia były zmienne i mocno zależne od tego, kto powiedział „idziemy do mnie po budzie, popykamy w nową gierę”. Przypomina to trochę poparcie polityczne ;) Toczone więc były wojny podjazdowe wyśmiewające konkurencję.  „Blacharze” mogli pomarzyć o dobrym dźwięku, co było niewątpliwą zaletą Amigi. Ci drudzy stawali się obiektem kpin z powodu konieczności nieustającej żonglerki dyskietkami. Takie to były szalone lata ’90. Tak coś chyba koło 93-95 roku. Wśród samych amigowców też nie było jedności:) Najliczniejszą grupę stanowili posiadacze klasyków „500”: 512kB RAM, no HDD. Druga grupa to przymusowi wielbiciele Amigi 600. Z tego co pamiętam maiła 1 MB RAM w standardzie, ale brakowało jej klawiatury numerycznej i z powodu różnicy w wersji ROM niektóre gry z 500 na nich nie śmigały. W sferze marzeń pozostawała A1200. 2 MB RAM i specjalne wersje niektórych gier stawiało ich właścicieli wśród elity amigowców. Była jeszcze jedna grupa, o której nie jestem w stanie w zasadzie nic powiedzieć, ponieważ chyba nawet nigdy takiego sprzętu nie dotknąłem. Chodzi o Amigę CD TV. Coś jak prehistoryczna wersja konsoli- bez klawiatury. Nadawało się tylko do grania- znaczy musiało być do bani, dla innych amigowców oczywiście. Co z tego, że 99% właścicieli zwykłych Amig oprócz grania potrafiło Workbencha odpalić (to taki prekursor Windowsa był). Nie ma klawiatury- szrot! Zasady były proste :) Zainspirowany wpisem o Bombermine– współczesnej wersji amigowego klasyka- po ciężkich przemyśleniach stworzyłem swój TOP10. Ranking nieobiektywny, stronniczy i często nie mający pokrycia z opiniami  fachowców ale za to mój własny. Lista gier, które „jarały” mnie w czasach posiadania pierwszego komputera. 10. FLASHBACK – jak na tamte czasy mocno rozbudowana platformówko-przygodówka. Chyba jedna z pierwszych gier, gdzie oprócz poruszania się prawo/lewo, góra/dół, skocz/strzel należało wykorzystać skradanie się, rzucanie przedmiotami w celu odwrócenia uwagi przeciwnika bądź aktywowania jakiegoś przycisku. Pamiętam, że było to cholernie trudne i gry raczej nie ukończyłem. Wersja językowa oczywiście ENG ale to i tak dobrze bo pierwsze kopie jakie dotarły były po francusku. Próbowaliśmy z kumplem „tłumaczyć” z ENG na PL i problemem największym nie był język, tylko grzebanie w HEXach za pomocą edytora Cygnus. Kto nie używał, nie pojmie poziomu męczarni :) 09. CANNON FODDER – gra pozbawiona jakichkolwiek realiów polegająca na poprowadzeniu żołnierzyków i eliminacji wrogów, tak żeby nasi przeżyli. Mnóstwo przypadkowości. Po pewnym...

Read More

Auchan, Tesco i Leclerc- zakupy online

Zakupy spożywcze online wkroczyły pod naszą strzechę. Dłuższy opór nie miał sensu, bo zdrowie mnie opuściło i zasiliło szeregi „wroga”. Zostałem wyznaczony do pełnienia zaszczytnej funkcji „buyera”. Pierwsze podejście uskuteczniałem na szpitalnym łóżku. Jednak odradzam takie rozwiązanie jeśli dostęp do netu w laptopie jest poprzez transmisję danych w smartfonie. Droga przez mękę i stanu zdrowia raczej nie poprawia. Na pierwszy ogień poszło Tesco, potem Leclerc i Auchan. TESCO Plusy: – zdecydowanie na uwagę zasługuje możliwość aktualizacji zamówienia już po jego wysłaniu. Jest to dopuszczalne do godziny 23 w dniu poprzedzającym dostawę. Wygodne, bo można coś w ostatniej chwili dołożyć. – koszty dostawy poniżej 8 PLN – kurier dzwoni i pyta czy może przyjechać trochę wcześniej jeśli ma zapas czasu – duża ilość reklamówek po dostawie, jeśli ktoś potrzebuje – mięso / wędliny- świeże, bez zastrzeżeń – warzywa / owoce- możliwość zakupu na kilogramy lub sztuki. Wystarczy zaznaczyć żądaną opcję Minusy: –  nie wszystko było na stanie. Niby proponują towar jak najbardziej zbliżony, ale czasem mocno uznaniowo. Trafność taka „so, so…”– w innych przypadkach po prostu info, że nie ma w dostawie– jedna cytryna w stanie wskazującym na dłuższe leżakowanie. A nie była „siatkowana” więc raczej babol.– brak możliwości zdefiniowania „listy zakupów”. Jest tylko podgląd „Poprzednio zakupione” bez jakiegoś logicznego sortowania – pakowanie tylko w reklamówki. Kierowca trochę jak „rumun” z tym wygląda – biurokracja przy odbiorze zakupów Layout sklepu średni. Nawigacja również mogłaby być łatwiejsza. Szczególnie przy wyborze kategorii i podkategorii. In minus brak miniaturek przy podkategoriach. Niestety jest ich dużo i to mocno przeszkadza. Przy wielu produktach „teskowych” brak miniaturek ze zdjęciami. Wiem, że są tanie ale jednak… Ogólne odczucia mocno średnie. Bez żalu na tapetę poszedł Leclerc. Ogólna ocena: 3,5 / 5,0 LECLERC Plusy: – godziny dostawy nawet do „24:30”- to z ich strony :) – można zamówić wędliny na wagę – łatwa nawigacja po sklepie – pakowanie w kartony, produkty świeże w przenośnej lodówce – jeden kwit do podpisania przy dostawie. W Tesco było tego pół góry – telefonicznie potwierdzają zamówienie z informacją o brakach, możliwościach zamiany lub dorzucenia czegoś co nie widnieje na stronie (np. filet z łososia). Tesco samo narzucało zamienniki lub nie dostarczało. Minusy: – Chwilami wysokie koszty transportu. Zależne od wagi i wartości zamówienia. Koszty spadają za każde 100 zeta. Można je obniżyć w razie czego dorzucając kilka ramek fajek :) – bardzo toporny koszyk. Opcja zachowania koszyka jest jak dla mnie mało intuicyjna i bardzo łatwo o popełnienie błędu, który skutkuje duplikacją jego zawartości – brak jednego sklepu dla sieci Leclerc. Każde miasto sobie… Trochę czerstwo. – Dość toporne zachowywanie / odzyskiwanie koszyka. Trzeba kilku prób, żeby opanować. Ogólna ocena: 4,0 / 5,0   AUCHAN Plusy: –...

Read More

Klikacz- ambasador głupoty

Jeśli w tym wpisie zobaczysz siebie, to jak rzekł mój idol, Robert Górski, w spektaklu Szwedzki stół: TAK WYSZŁO, NIE MOJA WINA. Uprzedzam, głaskania po głowie wnie będzie. Za to w skrócie przedstawię nową grupę internautów: Klikaczy. Różnych, różnistych. Zawsze wydawało mi się, że szczytem głupoty jest zamieszczanie słitaśnych zdjęć na fotka.pl.Znaczy w przypadku dziewczyn to obowiązkowo „wyzywająca” poza na tle okna- to wersja soft. Hardcore jest wtedy kiedy laska się pręży oparta o ścianę albo futrynę. W pakiecie obowiązkowo poza „na bociana„ czyli zgięta nóżka, wzrok zamglony… W chwili pstrykania puls musi napieprzać jej jak Justynie Kowalczyk w końcówce podbiegu na Tour de Ski. Przecież już za chwileczkę, już za momencik będzie mogła przeczytać same komplementy: pięknie wyglądasz, ale masz nogi itd… Ja sam pracuję w sprzedaży i wiem, że produkt czasem trzeba ładnie „zapakować”, jednak aż tak kłamać nie potrafię. Żeby daleko nie szukać to mamy: wielbicielkę futryn, oraz analizę składu chemicznego ściany przez dotyk. Są też opcje „erotische, ja… ja.. gut foten” prezentujące wyro i marszczoną pościel. Dla największych twardzieli przewidziano opcję regałową. Jeżeli nie masz odporności na ból na poziomie Rambo- NIE ZAGLĄDAJ!!! U facetów poza „bocian” też ma zastosowanie, ale chyba najpopularniejszym motywem jest fura. Różne ludzie mają potrzeby. Tak czy inaczej nadszedł czas, aby napisać: są rzeczy bardziej żenujące od żenująco-żenujących fotek na Fotce!!! Prawda boli ale to ludzie ludziom zgotowali ten los i nie ma co przed tym uciekać. Przy dużej dozie fantazji można powiedzieć, że znakomita większość „fotkowiczów” próbuje wykazać się inwencją. Byle jaką, ale zawsze. Doceńmy to w kontekście poniższego. O przypadku Fotki uczeni socjologowie pewnie niejedną pracę napiszą, a może to już się stało. Bo tam można się doszukać jakiejś prawidłowości. W przypadku pewnych zachowań „fejsbukowych” najtęższy umysł socjologiczny jest bezradny… W łeb biorą teorie o wykształceniu, wieku, miejscu zamieszkania, sytuacji materialnej. Mowa tu o KLIKACZACH. Klikacz to taka jednostka, która odrzuca wszystko co może mieć chociaż pośredni związek z analizą treści. Budzi się, funkcjonuje i udaje na odpoczynek z jedną myślą: klikać. Klika więc we wszystko co nie jest mu znane, bo a nuż widelec zobaczy coś. Z reguły widzi „coś”, tylko umyka mu jeden drobny szczegół, że gdyby pomyślał to nie robiłby z siebie idioty. Tu pojawiło się magiczne słowo „myśleć”. Z przykrością stwierdzam, że nawet wśród moich „fejsowych” znajomych jest grupa, która może stanowić wzorzec Klikacza. Zaobserwowałem dwie grupy Klikaczy: Pierwsza namiętnie ogląda filmiki, zdjęcia. Namnożyło się różnego rodzaju stron, które do wyświetlenia treści wymagają logowania przez FB. Kiedy Klikacz u swego równie mądrego kumpla widzi post na wallu z debilnym opisem, to co robi? KLIKA!!! Nie trzeba dogłębnej analizy, żeby ocenić jakie sekrety kryją się w cookies ich przeglądarek, bo przez...

Read More