Janusz i Grażyna też miewają dzieci, niestety
Maj07

Janusz i Grażyna też miewają dzieci, niestety

Janusz i Grażyna w podróży to zło. Niestety jeszcze gorzej, kiedy  podróżują januszowo-grażynowe dzieci. Czyli owoce miłości dwóch Januszów i dwóch Grażyn. A kiedy są w sobie zakochane to już „kaplica”. W wieczornej fali przylotów do Warszawy w odstępie 20 minutowym lądują dwa loty z Paryża, AF1246 (21:35) oraz LO336 (21:55). Januszowo-Grażynowym dzieciom na marginesie wyjaśniam, że pierwszy jest realizowany przez Air France, drugi przez PLL LOT. Trudno uwierzyć, ale można nie widzieć różnicy. Wczoraj wracaliśmy LO336 i już na pokładzie naszą uwagę przykuła zakochana para, bez wątpienia potomkowie Janusza i Grażyny. Byli w wieku mniej więcej… No właśnie… Jak to z Januszami i Grażynami bywa ich wiek jest wielką zagadką, bo z reguły nie pokrywa się w wyglądem. Przyjmijmy zatem, że nasza januszowo-grażynowa para miała czasy takiej czy innej szkoły średniej już za sobą. Na nieszczęście zajmowali miesca w tym samym rzędzie co my. A jako że nieszczęścia chodzą parami, był to rząd 12, który w E190 wypada przy wyjściu awaryjnym. Niestety dodatkowa przestrzeń na nogi umożliwiała zakochanym większą ekwilibrystykę w przytulaniu się, tudzież znacznie ułatwiała wymianę płynów ustrojowych. Oczywiście „mieszanie” odbywało się z twarzami między dwoma fotelami, co zapewne nie podnosiło komfortu podróży pasażerów z rzędu 13. Na szczęście lot trwał tylko około 2 godzin, więc nie doszło do konsumpcji. Związku oczywiście. Po wylądowaniu i sprawnym opuszczeniu pokładu (zakochani na czele) jak nakazuje tradycja udaliśmy się po odbiór bagażu. Na taśmie 8 (czyli na samym początku hali) wyświetlony był „Paryż”, ale niestety z logotypem AF i numerem lotu 1246. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy przy owej taśmie zauważyliśmy „naszą” zakochaną parę. Cóż… Miłość jest ślepa itd., ale założyliśmy że przejrzą na oczy. Może nie od razu, może nie za 5 minut, ale powiedzmy za minut 15 skojarzą że przewoźnik trochę nie ten, że logo na monitorze coś nie pasuje. Albo może chociaż zaświta im w głowie, że wielkość tłumu pasażerów się nie zgadza (AF przyleciał na A321, LO na E195), że coś za dużo wokół nich obcego języka… Wskazówek było aż nadto. Bagaże z LO336 miały się pojawić na taśmie 5. Wiało optymizmem, ponieważ pierwszy bagaż miał być za niecałe 10 minut. I był, owszem. LS Airsport Service dotrzymało słowa i wypuściło na taśmę kilka walizek, a potem nastała cisza. Długa cisza. Chytry był to zabieg, ale liczą się fakty: dotrzymali terminu. Zamiast czekać bezczynnie postanowiłem sprawdzić w międzyczasie co u zakochanych przy taśmie 8. Ku mojemu zdziwieniu przy taśmie nie było już prawie nikogo, a już na pewno nie było tam uroczej parki:( Jedynie ze 3 zabłąkane walizki kręcące się razem z podajnikiem, a na monitorze napis: AF1246 Paryż – Ostatni bagaż. Pierwsza myśl: miłość przejrzała na...

Read More
Notre Dame de Paris 2016 – relacja
Gru21

Notre Dame de Paris 2016 – relacja

Gdyby jeszcze dwa lata temu ktoś powiedział nam, że musical Notre Dame de Paris obejrzymy na żywo, pomyślałbym że sobie żartuje. A stwierdzenie, że dodatkowo będzie to w Palais des Congrès de Paris, paryskiej świątyni musicali, włożylibyśmy między bajki. Życie jednak potrafi zaskakiwać i 26 listopada 2016 roku przekroczyliśmy bramy raju na ziemi. Warto mieć marzenia i je spełniać… Nasz urok taki, że dłużej się zastanawiamy nad kupnem rzeczy codziennego użytku, niż nad biletami na spektakle czy koncerty. Dlatego sama informacja, że w Paryżu będzie możliwość obejrzenia jednego z najlepszych musicali wszech czasów, wywołała niemałą radość. Kiedy dodaliśmy do tego  Palais des Congrès de Paris, salę o odwiedzeniu której oboje marzyliśmy i Daniela Lavoie jako Frollo (jedyna osoba z pierwszej obsady z roku 1998), decyzja była prosta do przewidzenia: JEDZIEMY!!! To był zbyt wielki uśmiech losu, żeby się nie skusić. Palais des Congrès de Paris: świątynia musicali Żeby tradycji stało się zadość, przed wejściem na salę, wyposażyliśmy się w pamiątkowy program. Ten został wyjątkowo ładnie wydany, z dużą liczbą ciekawostek, wypowiedzi. Miłym akcentem jest wspomnienie o polskiej obsadzie, wzbogacone krótkimi wypowiedziami dwójki artystów. Na dodatek w programie zawarto również fragmenty polskich tłumaczeń, m.in. Belle. Ponad 3700 miejsc na widowni musi robić wrażenie. Dla porównania warszawska Sala Kongresowa ma niecałe 2900 miejsc. Scena, oświetlona błękitnym światłem, dodawała miejscu magii. Całość uzupełniał sączący się z głośników motyw przewodni przedstawienia. Może to zabrzmi głupio, ale czułem się jak dziecko przeniesione do bajki… Dlatego to prawie czterdziestoletnie dziecko musiało przemierzyć halę od pierwszego do ostatniego schodka. Przecież należało wykonać dokumentację zdjęciową, którą z emocji trochę zepsułem, więc musicie uwierzyć na słowo: zapiera dech w piersiach. Mogę zdradzić mały sekret: w pewnej chwili stwierdziłem, że w zasadzie to NDdP nie muszę już oglądać. Magia miejsca sprawiła, że czułem się wyjątkowo dobrze. Z drugiej strony skoro już tam jesteśmy, niech występują;) Le temps du spectacle… Spektakl zaczął się… tak po prostu… Zgasły światła, głośniej zabrzmiała muzyka i na scenie pojawił się Gringoire (Richard Charest). Kilkukrotne oglądanie poprzedniej wersji DVD, niezliczone odtworzenia utworów na YouTube bardzo mocno ukierunkowały nasze oczekiwania. Nie ma więc co ukrywać, że byliśmy nastawieni na szereg porównań. To starcie wygrał zdecydowanie Bruno Pelletier. „Nowy” trubadur nie dysponuje taką charyzmą i lekkością sceniczną jak Pelletier, co wcale nie znaczy, że wysłuchanie jego interpretacji  Le temps des cathédrales nie było przyjemnością. Kupując bilety na pierwsze spektakle- oglądaliśmy drugiego lub trzeciego dnia po premierze- liczyliśmy, że trafimy na pierwszą obsadę. Szczególnie zależało nam na zobaczeniu na żywo jednej z legend NDdP- Daniela Lavoie. Szczęście nam dopisało i nowy-stary archidiakon Frollo był na wyciągnięcie ręki. Osobiście czekałem na dwa utwory w jego wykonaniu: Belle– szczególnie na fragment...

Read More
Przepastne brzuchy
Wrz25

Przepastne brzuchy

To była zwykła, najzwyklejsza sobota. Wszystko toczyło się ustalonym rytmem. Po obiedzie powstała standardowa „checklista” i ruszyliśmy na wyprawę zwaną „sobotnie zakupy w markecie”. Od lat lista wygląda podobnie i w zasadzie oboje możemy ją wyrecytować z pamięci z 95% dokładnością- w zależności od tego co akurat jest na wyczerpaniu z tzw. chemii. No dobrze- przyznam się, że z chemii i w szkole byłem noga, więc moja dokładność to 80%:). Standardowo w wózku ląduje tygodniowy zapas napojów, warzywa, bardzo często ryby (bez fałszywej skromności napiszę, że kwasów Omega3 pochłaniamy zadecydowanie powyżej średniej krajowej). Nie sposób pominąć konkretnego zapasu słodyczy, który często i tak okazuje się niewystarczający. Jeżeli dodamy do tego owoce (dużo owoców) i moją graniczącą z uzależnieniem „jabłkolubność”, robi się tych zakupów objętościowo sporo. Po zsumowaniu wszystkiego okazuje się, że jak zwykle zapełniliśmy 3 torby, które zajmują cały wózek. Ktoś może pomyśleć, że kupujemy dla pięcioosobowej rodziny i psa:) Mamy też „swoją” panią kasjerkę, do której- jeśli tylko pracuje- idziemy, nierzadko ignorując komunikaty z głośnika informujące, że wolna jest „kasa numer 5”. Ot, zawsze człowiek pogawędzi, poplotkuje i płacenie mniej boli;) Jako że pani kasjerka wie czego się spodziewać na taśmie, czasami zdarza jej się żartem powiedzieć „oj coś mało dzisiaj tego, albo nie bierzecie państwo tamtego…” Chyba właśnie ta nasza zakupowa znajomość niedawno pozwoliła jej powiedzieć coś co nas zaskoczyło i rozbawiło. Nawet w prima aprilis byśmy się nie spodziewali usłyszeć, że „państwo kupują dla siebie??? A ja myślałam, że jakiś biznes gastronomiczny prowadzicie!!!”:) Teraz mamy w razie czego argument i w przypadku mniejszych zakupów zawsze możemy powiedzieć, że biznes się słabiej kręci:)...

Read More
Rebel Heart Tour – posłuchajcie głosu rozsądku i doświadczenia
Gru29

Rebel Heart Tour – posłuchajcie głosu rozsądku i doświadczenia

Punkt widzenia nie zależy od punktu siedzenia/stania- czyli koncertowe wywody uczestniczki numer 2 :) Po pełnych entuzjazmu relacjach Rebel Heart Tour z Pragi i Berlina pora na chłodną analizę wydarzeń, PROLOG: Od lutego 2015, czyli daty ogłoszenia trasy koncertowej Rebel Heart, siedział człowiek w napięciu czekając na informacje o datach i lokalizacjach. Apogeum nadeszło w marcu, kiedy to wreszcie ukazały się konkrety. No i zonk! Nie ma Warszawy… Ba! Nie ma nawet Polski na liście. Wspólne rozkminy z Marcinem doprowadziły do decyzji kupna biletów w krajach ościennych. Największą niewiadomą było to, czy uda się zdobyć wytypowane wcześniej miejsca, stąd decyzja o dwóch próbach (czytaj dwóch miastach). Ciocia M kosztowała Marcina wiele czasu i nerwów (pieniędzy nie licząc :) ), ale jego wytrwałość została nagrodzona kupnem wymarzonych miejscówek na oba koncerty. Drugim etapem przedkoncertowym było wyczekiwanie na przecieki dotyczące samego show, a w szczególności setlisty. Entuzjazm słabł z każdym spoilerem… Powietrze całkiem uszło na początku września, po premierowym koncercie w Kanadzie. Otóż stwierdziłam, ze Stara postąpiła wyjątkowo wrednie wybierając w większości kawałki, od których bolą mnie uszy. A teraz największa ironia losu: Marcin dotychczas chodził ze mną na koncerty M, jednak bez emocji. Okazało się, że w przypadku Rebel Heart ekscytacja przeszła na niego, a ja zobojętniałam… Był jednak jeden element koncertu, który mocno mnie motywował: na każdym spektaklu wyciągany był na scenę osobnik z publiki, coby poskakać i potańczyć z poczciwą Staruszką. Oczami wyobraźni już tam byłam, wiec podjęłam działania mające na celu zwiększenie szans pogibania się z idolką w świetle reflektorów :) PRAGA: Wszystko było cacy: hotel tuż przy hali, stacji metra i centrum handlowym. Pogoda nie listopadowa, a majowa. Spotkanie i wywiad z Niemką Niną, która 2 dni wcześniej dostała się na scenę. Wyborniejszej miejscówki na hali też nie było. Tylko koncert beznamiętny… Ani razu nie zdarzyło mi się wcześniej, by w trakcie spektaklu wyjść do toalety albo na papierosa. No chyba, że gra się na ukulele i śpiewa nieznośne True Blue. Takiego obrotu spraw jednak się spodziewałam, bilans uważam więc za dodatni: Marcin się wybawił przy starociach typu La Isla Bonita, ja sobie wypaliłam kiedy chciałam, widoczność świetna, suweniry kupione, droga powrotna krótka, każdy wyszedł zadowolony ;) Nazajutrz spędziliśmy czas w pięknych okolicznościach architektury, spacerując, korzystając z ciepła i słońca oraz rewelacyjnego posiłku w poleconej knajpie. Zdania co do koncertu pozostały odmienne, z wypadu wróciliśmy jednak oboje très ukontentowani :) Tam jest Królowa Z Niną… Najlepszy suwenir BERLIN: Po prawdzie nie chciało mi się tam wcale jechać… No, ale te wizje podskoków na scenie :) Jakież srogie było rozczarowanie po wejściu na płytę ze słono opłaconym biletem Early Entry. Ogłupiali ludzie walczyli o miejsce jak więźniowie...

Read More
Rebel Heart Tour w Berlinie i niemiecki (Un)ordnung
Gru29

Rebel Heart Tour w Berlinie i niemiecki (Un)ordnung

Bogatsi o doświadczenia z poprzedniego pobytu w Berlinie, nie szukaliśmy nowych opcji transportu. Różnica była tylko w noclegu, ponieważ tym razem cenowo bardzo atrakcyjnie wypadł Plus Berlin, oddalony od Mercedes Benz Arena o 10 minut drogi spacerem. W zasadzie był to jedyny pozytyw berlińskiego wypadu. Z lotu ptaka. Fot. Patryk Stępniewski (Ultramadonna.com) Support Takie tam… podglądanie Fotka z rzutem oka na halę dzięki uprzejmości Patryka z UltraMadonna.com Niezbadane są procesy myśleniowe Eventimu, który uznał że bilety Early Entry będą wydawane dopiero w dniu koncertu. Dlatego plan mieliśmy prosty: wysiadamy z pociągu chwilę po godz. 15:00, idziemy na halę odbieramy bilety + pakiety EE. Potem hotel, krótki odpoczynek i pod halę. Plan „sypnął” się w drugim kroku, bo okazało się, że po odbiór biletów jest kolejka. Długa, zakręcana a do tego wszystko szło tak ślamazarnie że odpękaliśmy ponad godzinę w mżawce. Potem szybko do hotelu ogarnąć się z grubsza, po drodze na halę kebab u jakiegoś ciapatego i około 17:20-17:30 meldujemy się pod wejściem dedykowanym dla EE. Tłum dziki, ale o 18:00 mają wpuszczać, więc nie dziwne, że jest gorąco. 18:15… sytuacja bez zmian. 18:30- stoimy jak staliśmy i nikt nic nie wie. Jakoś koło 19:00 otworzyli wejście EE. Może trudno w to uwierzyć, ale w przeciwieństwie do Pragi nie było żadnej kontroli. Totalnie żadnej. Nasze wyobrażenie o niemieckim ordnungu legło w gruzach i się prędko nie odbuduje. Weź człowieku bądź mądry. Jedna trasa, jeden organizator, tylko stan umysłu inny. I tak oto na pełny luzie w zasadzie zajęliśmy miejsca w drugim rzędzie przy wybiegu. Miejscówka prawie idealna. Niestety dość szybko przekonaliśmy się, że trafić na zwykłego fana-buraka wcale nie jest tak trudno. W pierwszym rzędzie, przed nami, było takich dwóch. O ile ledwo, ledwo raczył nie włazić ze swoją bałkańską facjatą w kadr to prośbę o chwilową zamianę miejsc i zrobienie nam jednego zdjęcia sukinkot olał i kazał pytać innych. A żeby mu tak szlag trafił kartę pamięci z jego zdjęciami i filmami z koncertu! Znaczy ja mu źle nie życzę, ale daj mu Boże jak najgorzej:) Wystarczyło kilka kolejnych minut, żeby przekonać się iż ludzie dostają zwykłego pierdolca z byciem blisko sceny. Wizja tkwienia kilku godzin w mega ścisku, smrodzie skutecznie nas zachęciła do opuszczenia miejscówki i zwiedzania hali na pełnym luzie. Dzięki temu spotkaliśmy znajomych i można było kilka słów zamienić w ludzkim języku:) Sam koncert zawartością muzyczną wiele nie różnił się od praskiego. Odmienna była tylko niemiecka publika, która prawdopodobnie będąc trzymana krótko za ryje w życiu codziennym, postanowiła na koncercie poluzować zachowanie. Mieliśmy więc festiwal pijanych Helmutów, nawalonych jak szpadle, obściskujących się par (hetero!!!) i bez krępacji opierających się o innych- bo akurat ich dopadła niepowstrzymana...

Read More
Rebel Heart Tour: czeski film w Pradze
Gru29

Rebel Heart Tour: czeski film w Pradze

Zanim przejdę do rzeczy kilka słów wyjaśnienia: relacja jest podzielona na trzy części- a co, kto bogatemu zabroni:) – Praga, czyli to czytasz teraz – Berlin, gdzie byliśmy na drugim koncercie oraz wisienka na torcie – Podsumowanie koncertów by Christelle. Wynika to z faktu, że zdania mieliśmy podzielone na tyle, że nijak nie szło tego ograć na jedną nutę:) Zatem zgodnie z obietnicą pora na ciąg dalszy operacji Rebel Heart. Wbrew obawom organizacja transportu przebiegła szybko i sprawnie, głównie dzięki śledzeniu wyszukiwarek biletów lotniczych (Praga) oraz strony PKP (Berlin), która działa tak dziwnie, że po wpisaniu trasy przejazdu prezentuje ceny biletów „od kwoty”. Szkoda, że nie mają one nic wspólnego z promocjami, które są dostępne w kolejnym kroku. Dzięki temu zyskało Deutsche Bahn, które jasno od samego początku pokazywało cenę promo. Ale to już problem PKP. Żeby nie było tak całkiem różowo, wspomnę o procesie produkcji bannero-flagi. Plan był prosty: flaga potrzebna. Na koncert. Pani rozumie? KON-CERT… No takie coś do machania… Nie wiem, nie znam się. Flagę chcę. A dalej było mniej więcej jak w starym, dobrym skeczu KMN o drzwiach:) Na szczęście przeszkody zostały pokonane, flaga dotarła i mogliśmy ruszyć do Czech. Nalot na Pragę Lecimy blenderem Ziemia schowana pod kołdrą Warszawskie Lotnisko Chopina pożegnało nas zachmurzeniem i psią pogodą. Za to nasi południowi sąsiedzi zaserwowali lot wynalazkiem zwanym ATR-42. Niby nic, ale dziwne uczucie kiedy do samolotu wsiadasz „od ogona”, a klasa biznes znajduje się w ostatnim (znaczy w pierwszym) rzędzie. Jakby tego było mało to pierwszy rząd siedzeń (po ichniemu „ostatni”)  ma siedzenia odwrócone „tyłem do jazdy”, a raczej lotu. No taka ciekawostka. Z tego co zauważyłem pasażerki z ostatniego-pierwszego rzędu nie miały zbyt wyraźnych min. I jeszcze stewardesa wysuwająca swój jump seat ze ściany. Jednak to był tylko przedsmak czeskiego filmu jaki miał nas spotkać. Hotelowe opowieści Hotel miał być blisko hali, nie kosztować majątku i jakoś wyglądać. Padło na Inturprag, bo na booking.com spełniał nasze kryteria: Był blisko. Nie kosztował. Potem się okazało, że również nie wyglądał jak na zdjęciach. Na recepcji powitało nas dziewczę o chińskim spojrzeniu mówiące na przemian po czesku i rosyjsku. Na kanapie rozsiadła się jakaś Masza/Wiera/Ludmiła, wagi ciężkiej zawodniczka i różowych stringów posiadaczka. W pokoju były dwa łóżka i stolik. I łazienka z odpadającym tynkiem nad kabiną prysznicową. Uważam, że pokój został opisany bardzo szczegółowo;) Dobrze, że do hali było faktycznie blisko- jakieś pół papierosa drogi. Może w tym szaleństwie jest metoda, bo gościom raczej nie chce się zbyt długo przesiadywać w takich pokojach, więc wychodzą zwiedzać, a w hotelu spokój. Praski rekonesans Ponieważ kupiliśmy bilety numerowane na trybuny, mogliśmy odpuścić wielogodzinne stanie pod halą. Aczkolwiek będąc tuż obok zerknęliśmy jak...

Read More
Oko w oko z ważką
Sie12

Oko w oko z ważką

Niedzielne popołudnie, na zewnątrz piec jak diabli a ja wpadam na genialny pomysł zrobienia kilku zdjęć ogrodowym szkaradom. Mając na uwadze poprzedni, bardzo owocny, wypad już widziałem okiem obiektywu jak wszelkiej maści pająki, muchy, osy i inne latadła pozują wytrwale. Rzeczywistość była inna. Spokój i cisza, jakiś jeden zabłąkany pajączek opalał się w słońcu wisząc pod kloszem lampy, ale akurat był pod słońce. Wszystkie muchy chyba wybyły na urlop i ledwie jedna wściekła oso-pszczoła patrolowała klomb z kwiatami. Szybka runda po parku i godzę się ze świadomością, że tym razem wracam na tarczy. Bez wiary w sukces postanawiam przyjrzeć się jakimś krzakom. A tu NIESPODZIANKA!!! Jakaś wielka ważka odczuła potrzebę zrobienia sobie kilku zdjęć do portfolio i ochoczo pozowała przelatując czasem leniwie kilka metrów. Efekty poniżej:) Widziałem ważki cień… Patrz mi w oczy! W oczy mi patrz! Helikopter? Pająk się opala...

Read More
Macro świat po raz kolejny
Sie03

Macro świat po raz kolejny

Plan na niedzielę: wyjść z domu i udać się na z góry upatrzoną pozycję w parku. Wszystko po to, żeby zawrzeć bliższą znajomość z kolonią pająków, która się zagnieździła w niewielkich roślinkach. Oczywistym jest, że plany są po to aby „brać w łeb”. Na miejscówkę dotarłem tylko dla zasady, bo wszystkie zdjęcia zrobiłem w odległości kilkudziesięciu metrów od domu. To się nazywa owocny wypad. W trakcie posiłku !!! Zaparkowany pająk:) Po prostu mucha Zabawa w chowanego?...

Read More
Nie chcesz tego usłyszeć u stomatologa…
Lip07

Nie chcesz tego usłyszeć u stomatologa…

Naszą wizytę u dentystki Bogusław Wołoszański spokojnie mógłby opisać mniej więcej tak: Warszawski Mokotów, 6 lipca 2015 roku. Christelle i Marcin idą do stomatologa. Ponieważ nigdy wcześniej nie byli w tej przychodni, nie wiedzą co może ich spotkać. Jednak tego co zrobiła pani doktor, nikt się nie spodziewał… To miała być zwyczajna wizyta kontrolna: standardowy przegląd oraz, jak to od kilku już lat uskuteczniamy, odkamienianie, piaskowanie i inne „…anie”, których nie pamiętam. Zjawiamy się wcześniej- wizyty mamy umówione po sobie, ale w międzyczasie zaplanowaliśmy jeszcze karmienie samochodu. Akurat „cepeen” pod nosem, więc trzeba efektywnie wykorzystać czas oczekiwania na „egzekucję”. Poszło bardzo sprawnie (gość na stacji zdążył nawet szybę przetrzeć w samochodzie) i tak oto jawiła się przede mną brutalna rzeczywistość: 40 minut przed gabinetem ze świadomością, że za drzwiami tortury i katusze przechodzi Christelle. Wysiadam z samochodu i bohatersko zmierzam wąską alejką ku drzwiom udekorowanym mało-cudnej urody plastikowym daszkiem, nad którym dumnie wisi szyld „Przychodnia stomatologiczna”. Melduję się w recepcji. Kobieta za ladą jest przygotowana na moje przybycie i odsyła mnie pod gabinet numer Iks. Jednocześnie za pomocą skomplikowanego systemu nie-informatycznego (karteluszka z moim nazwiskiem, godziną i chyba nazwiskiem dentystki) anonsuje lekarce moje oczekiwanie pod gabinetem. Pełen strachu zerkam na listę praktykujących tam znachorów. Dżizus Krajst… czego tam nie było… Stomatolodzy bez imienia, interniści, laryngolodzy… A wszystko w layoucie „pani Krysia sama literki naklejała”… Powiało grozą, nie powiem. Wtem otwieraja się drzwi od gabinetu, a biała postać pochyla się w moim kierunku. „Śmierć to, czy inna zjawa”- pomyślałem szybko. Ufff… To tylko wewnętrzny kurier do mnie. Dostałem do samodzielnego wypełnienia kartę- imię, nazwisko, adres, telefon. Zawsze wydawało mi się, że takie sprawy ogarnia recepcja. Tam było inaczej… Po kilku minutach biały kurier ponownie wyłonił się z gabinetu i zabrał moje wiekopomne dzieło. 25 minut do wejścia na krzesło tortur. Czekam… Bo cóż innego postało… Do gabinetu, w którym jest Christelle, zapraszają kolejną pacjentkę. Może medycyna poszła do przodu tak bardzo, że lekarze teraz potrafią leczyć dwie osoby jednocześnie. Po korytarzu plącze się jakaś asystentka. Snuje się też chyba doktor, który okazuje się być specjalistą od wypieku tortów. Jego wywody kulinarne słychać na całym korytarzu. Najwyraźniej piecze lepiej niż asystentka i recepcjonistka, bo jego światłe rady powodują zachwyty wcześniej wspomnianych. Jakże cudnie to kontrastuje z odręcznie napisaną kartką, że od jakiegoś tam dnia, jakieś tam analizy można robić jakoś dłużej. Czy coś takiego… Dodatkowo na drzwiach gabinetu stomatologa wisi wielki plakat zachęcający do bezpłatnego badania słuchu… Czy ja jestem u dentysty, czy w jakimś „matrixie”? Już od 10 minut powinienem być gnębiony na fotelu. I jestem- szkoda, że na plastikowym krześle w poczekalni. To się nazywa „obsuwa”. Z nudów zaczynam grać...

Read More
Wilanowskie łąki w skali macro
Cze29

Wilanowskie łąki w skali macro

Tym razem set zdjęć z survivalu po wilanowskich łąkach. Żeby dodać dramatyzmu napiszę, że prawie ryzykowałem zdrowie, a może i życie, krążąc wśród traw:) Wokół niczym eskadry myśliwców śmigały różne latadła, które próbowałem uchwycić w obiektyw. Nie mam zielonego pojęcia co jest na zdjęciach (no, może poza muchą), ale w sumie nie o to chodzi. Najbardziej niechętny do współpracy był jeden motyl, który za cholerę nie chciał usiedzieć w jedym miejscu dłużej niż kilka sekund. Trudność polegała na tym, że w czasie jego postoju musiałem jeszcze do niego się zbliżyć i jakoś ustawić. W tym czasie on postanawiał lecieć dalej. I tak z 15 minut gonienia króliczka, a raczej motylka. Na szczęście pod koniec spotkałem spragnionego modela, który cieprliwie pozował, w przerwach popijając roślinny nektar. Kolejne zadanie: wilanowskie łąki bladym świtem....

Read More
Quidam by Cirque du Soleil: warto było
Cze16

Quidam by Cirque du Soleil: warto było

Cirque du Soleil to magiczne przedsięwizięcie. Mieliśmy okazję przekonać się o tym już dwukrotnie, oglądając w Berlinie The Immortal Tour: Michael Jackson, oraz w zeszłym roku show Kooza– na rodzimej ziemi, w Warszawie. Naturalną koleją rzeczy było wpisanie do planu wydarzeń kulturalnych następnego przedsięwzięcie firmowanego przez CdS. Tym razem było tu Quidam. Spektakl grany od prawie 20 lat. Wieść niosła, że wizyta w Polsce kończy pokazy w Europie. A kto ogląda ostatki…:) Nie przeszkodziło nam nawet, że pokazy były tylko w Krakowie i Gdańsku. 3 pokazy dziennie umożliwiły nam swobodne dotarcie i powrót jednego dnia. Tak oto 13 czerwca zameldowaliśmy sie w krakowskiej Tauron Arenie. Magia… Teraz zdałem sobie sprawę, że trudno opisać spektakl. To naprawdę trzeba zobaczyć. Poszczególne numery są niesamowite, a całość „spięta” w historię osamotnionej dziewczynki, Zoe, która zaniedbywana przez zapracowanych rodziców odkrywa tajemniczy świat i bajkowe postaci. Jak zwykle międzynarodowa obsada zawiesza poprzeczkę wysoko. Christelle najbardziej spodobał się duet, który prezentował posągowe akrobacje podkreślające piękno i możliwości ludzkiego ciała. Ona, on… w tle cicha, niemal niesłyszalna muzyka i można się zatracić w oglądaniu. Ja swój głos oddaję na pokaz skakanek i skoki wśród lin. Rany… ile tam osób jednocześnie się kręciło i jaka dawka synchronizacji się z tym wiązała… Wyrywało z kapci. I dla odmiany muzyka skoczna jak skakanka (tak- masło maślane:) ) Siłą rzeczy patrzyliśmy na ten pokaz z perspektywy Koozy, która zrobiła na nas ogromne wrażenie. Tak ogromne, że widzielismy ją dwa razy:) Quidam nie jest zrealizowany z takim rozmachem, ale wynika to zapewne z konieczności zapewnienia częstszej mobilności całego projektu. Kooza w jednym miejscu „stała” prawie dwa miesiące, Quidam 3 dni. Jednak i tak nie można mieć najmniejszych zastrzeżeń, bo też jest bajkowo. Zaskoczenie… Nie obyło się bez zaskoczenia. Chyba tradycją jest, że do zabawy angazowana jest publiczność. Kilka osób z widowni bierze udział w improwizowanej scence. To, co zobaczyliśmy w Quidam było świetne. Dużo lepsze niż w Koozie. Nie lada wyzwaniem dla animatora było wyjaśnienie bez słów jak swoje role mają zagrać 4 osoby. Tym bardziej, że uczuć do przekazania było wiele: grubiaństwo, miłość, śmierć… Świeżo upieczeni aktorzy nie od razu weszli w rolę, co powodowało konieczność robienia dubli. Dzięki temu było jeszcze zabawniej. Nie będę zdradzał szczegółów- polecam wybranie się na pokaz. W najbliższy weekend są Gdańsku- zdążycie :) Zastanawiam się jak podsumować naszą wyprawę… Myślę, że adekwatne będzie stwierdzenie: jeśli będzie nam dane, to z przyjemnością wybierzemy się obejrzeć kolejne projekty spod znaku Cirque du Soleil. Do czego zachęcamy wszystkich:) Zmęczenie… Z cyklu „szaradziści”. Droga powrotna z Krakowa. Jeżeli pociąg, to wiadomo- musi być krzyżówka. Zmagania z klasyką, czyli z Rozrywką. Wszytsko idzie pięknie, ładnie… Kolejne krzyżówki padają pod naporem wszechwiedzącego długopisu. Pod koniec dnia, i...

Read More
Nocne fotospacery(.pl) z Volvo – malowanie światłem
Maj12

Nocne fotospacery(.pl) z Volvo – malowanie światłem

Noc z 8 na 9 maja 2015 na długo pozostanie w mojej pamięci. Wszystko za sprawą Volvo Car Poland i ekipy fotospacery.pl. Ten duet bowiem zorganizował II fotowarsztaty z Volvo Car Poland. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie drobiazg: prawie całe spotkanie odbywało się w nocy, a hasłem przewodnim było „malowanie światłem”. Już sam mail ze wstępnymi informacjami roztoczył lekką aurę tajemniczości: spotykamy się o 19 przy klubie La Playa. Przewidywany koniec: godzina 3:00, a może 6:00:) Po takim wstępie wiedziałem prawie tyle samo co nic, ale bohatersko udałem się na miejsce zbiórki. Pojawiły się również osoby znane mi z poprzedniego wypadu na EPMO. Potem przybyły gwiazdy imprezy: Volwiaki. Kiedy ucichły ochy i achy, a także uspokoiły spusty migawek, majestatycznie podjechał Miłościwie Prowadzący w oldtimerze P1800. Krótka prezentacja zasad, ujawnienie miejscówek a także pokaz gadżetów. Enigmatycznie napiszę, że pierwsze skrzypce grali: Żelazna Dziewica Jarka oraz Wojtek i Jego Dzida- jakkolwiek by to nie zabrzmiało:) RUNDA 1 Starcie P1800 vs V40 cross country na plaży przy La Playa przebiegło zgodnie z oczekiwaniami: poczciwy Volvo P1800 skupił na sobie całą uwagę. A największe emocje wzbudziły stare, dobre kołpaki od kół, w których odbijały się budynki Nowego Miasta. Uczestnicy fotowarsztatów gotowi byli do dużych poświęceń, żeby złapać jak najlepszy kadr: Niebawem przyszła pora na zabawy światłem oraz prezentację możliwości Żelaznej Dziewicy. Przyznać trzeba, że wiele potrafi:) Zmagania z fotografią trwały w najlepsze, kiedy Prowadzący po raz pierwszy pokazał swoją nadludzką moc. Piszę tak, bo nie widzę innego wytłumaczenia dla pokazu sztucznych ogni, który miał miejsce nad lewobrzeżną Warszawą. Jak widać niektórzy to mają wtyki:) Wraz z pokazem sztucznych ogni skończyła się sielanka, a zaczął ostry test wytrzymałości baterii aparatów: malowanie światłem. Nigdy wcześniej nie miałem z tym styczności, dlatego frajda była tym większa. Efekty wyszły nieziemskie. Nadwiślańska plaża pożegnała nas egzaminem praktycznym z przedmiotu „grupowe wypychanie zakopanego samochodu”. Chłopaki zdali go na ocenę celującą:) RUNDA 2 Szybka zmiana miejscówki i meldujemy się pod Stadionem Narodowym. Tam czekał na nas „facet w czerni”: najnowszy model Volvo XC90 T6 AWD. Jak przystało na prawdziwego twardziela pozował sam, chwilami otoczony najprawdziwszym ogniem. Widać, że gość lubi wyzwania:) RUNDA 3 Po przegrupowaniu szeregów przenieśliśmy się na skarpę przy Moście Świętokrzyskim. Kilka szybkich zdjęć XC90, który bardzo zapragnął pokazać swoje wnętrze:) Potem wszystkie samochody ustawiły się do zdjęcia grupowego. Może to zabrzmi niewiarygodnie, ale tam Prowadzący po raz drugi pokazał swoją nadludzką moc. Ktoś rzucił od niechcenia „ten oświetlony most trochę przeszkadza”. Prowadzący odpowiedział: „faktycznie mogliby wyłączyć oświetlenie”. Po kilku minutach wszystkie światła na Moście Świętokrzyskim zgasły… CZARY!!! Dzięki temu Żelazna Dziewica i Dzida mogły się zaprezentować w pełnej krasie:) fotospacery.pl i Volvo Car Poland: dzięki za niezwykle udane...

Read More
Photoday w Teatrze Muzyczym ROMA
Maj09

Photoday w Teatrze Muzyczym ROMA

Słowo na dziś: #photoday. Pod tym hashtagiem kryje się wyjątkowe wydarzenie, w którym miałem przyjemność uczestniczyć. Teatr Muzyczny ROMA, wspólnie z portalem warszawa.naszemiasto.pl, zorganizował zwiedzanie niedostępnych na co dzień zakamarków budynku przy Nowogrodzkiej. Miłym zaskoczeniem było powitanie grupy przez dyrektora, Wojciecha Kępczyńskiego, który kilku(nastu), a może w kilkudziesięciu słowach zaostrzył apetyty zwiedzających. Przestrzegał m.in. przez możliwością spotkania Upiora z Opery, który ponoć czasem przechadza się podziemiami… Wspomniał, że w czasie remontu widowni ekipa znajdowała różne „fanty”: monety (raczej nic zaskakującego), elementy garderoby (oj… musiało się dziać swego czasu na widowni;) ) oraz… sztuczną szczękę. Nie bardzo sobie potrafiłem wyobrazić co ona mogła tam robić, ale jak zauważyła jedna z uczestniczek „zapewne komuś szczęka opadła w trakcie spektaklu”. Kupuję tę teorię:) Pora na konkrety- czyli krótką relację zdjęciową. Przechodząc tajnym skrótem koło dużej sceny znaleźliśmy się przy Novej Scenie. Kto nie wie co to, niech szybko nadrobi braki, bo nie samym spektaklem Mamma Mia człowiek żyje:) Następny przystanek: modelatornia. Czyli w miejscu, gdzie powstają elementy scenografii. Akurat „na tapecie” (nie tylko w tym dziale) jest Alicja w Krainie Czarów. Przy okazji dowiedziałem się, że talerz wcale nie musi służyć tylko do jedzenia:) Dwa kroki dalej była stolarnia, gdzie w magiczny sposób powstają większe elementy scenografii. Zaskakujące jest jak ogromną przestrzeń zajmuje TM Roma… Wręcz niewiarygodną… Nova Scena zaprasza Talerz wielofunkcyjny Magia w słoiczku? Modelatornia W stolarni Kolejny punkt programu: garderoby. Co tu dużo pisać- żeby poczuć trzeba to zobaczyć, najlepiej na żywo:) Jan Bzdawka vel Harry Bright A co słychać u pań? Ja te ciuchy gdzieś widziałem… Na trasie zwiedzania nie mogło zabraknąć pracowni krawieckich. Nie to, żebym się na tym znał, bo już dawno temu postanowiłem zrobić coś dla polskiej szkoły krawieckiej i postanowiłem nic nie szyć:) Najpierw zajrzeliśmy do pracowni kostiumów damskich, potem magazynu kostiumów, a następnie pracowni „męskiej”. Co się rzuciło w oczy? W pracowni facetów była cisza- jeden skupiony mistrz fachu coś chyba fastrygował. Poza tym spokój. U pań- milioooony strojów, wesoły rozgardiasz. A aktorki i tak pewnie twierdzą, że nie mają co na siebie włożyć. Kobiety…:) Co ja na siebie jutro włożę? :) „Overolek i roleczki” Kobiety… :) W magazynie strojów Elegancik… Mistrzowie pracują w skupieniu A na koniec: magia sceny i widowni…. Magia… Do fosy też należy zajrzeć Gdybym miał gitarę… to bym fałszował Magia 2… Zagramy coś? Upiór w Operze w osobie własnej Sięgając sufitu… Do 3 magii sztuka… W tym wszystkim gdzieś mi umknęła „perukarnia”. Nie wiem, czy nasza grupa tego miejsca nie odwiedziła, czy może tak zatraciłem się w poszukiwaniu Upiora, że zapomniałem tam pójść. Może to i dobrze- będzie pretekst, żeby jeszcze kiedyś wrócić za kulisy… Bo marzenia się spełniają:)...

Read More
Znalezione w pobliskim parku
Maj03

Znalezione w pobliskim parku

Plan był taki: zrobić zdjęcie „tramwajowi”. Odkąd pamiętam tak z braćmi nazywaliśmy jakieś robale, które często całymi koloniami okupowały pnie niektórych drzew. Dopiero niedawno przypadkiem przeczytałem w gazecie, że owe monstra to kowale bezskrzydłe. A dwa szczepione niczym tramwaje osobniki po prostu sobie kopulują… Cóż… czasem dobrze żyć w błogiej nieświadomości:) Nie obyło się bez przyjemnej niespodzianki, bo trafiła mi się cierpliwa modelka pod postacią jakiegoś owada. Nie mam pojęcia co to jest, ale mimo wywijania na wszystkie strony pąkiem, na którym siedziała nie reagowała w żaden sposób. Dzięki temu była szansa spojrzeć jej prosto w oczy. Christelle mówi, że owad wygląda jak postać z Gwiezdnych Wojen. Faktycznie, może jest w niej coś z Lorda Vadera;) Najcierpliwsza modelka Trwamwaj. Wersje ocenzurowana:) Potwór z Loch KwiatNess ;) Kwiatek Dmuchawce, latawce, mlecz… Dzieci… a stąd się biorą szyszki Przed posiłkiem umyj łapki A na deser najbardziej niezdyscyplinowana modelka: nasza Lili. Za to jaka słodka:)  ...

Read More
Łazienki Królewskie w skali macro
Maj01

Łazienki Królewskie w skali macro

Tak wyglądają moje zmagania z fotografowaniem małych żyjątek i rośliniątek. Zadanie jest trudne i wymagające cierpliwości oraz uwagi. Przekonałem się o tym po powrocie do domu, kiedy oglądając zdjęcia na których starałem się uwiecznić małego pajączka, okazało się tuż obok przechadzał się jakiś żuczek. Efekt: ani pająka, ani żuka. Jednak wypad należy zaliczyć do bardzo udanych. Zupełnie nieoczekiwanie ładnie zapozowała mucha. Tylko mucha… i aż mucha. Dla tego jednego zdjęcia warto było wyjść z domu. Ponoć apetyt rośnie w miarę jedzenia…:) Dodatkową atrakcją, aczkolwiek spodziewaną, były wiewiórki. Trafiłem na bardzo przyjaźnie nastawione osobniki. Jedna z nich nawet przymierzała się do samodzielnego wykonania zdjęcia:) Druga zaś, po wzięciu z mojej ręki przysmaku pobiegła go zakopać… Tylko po to by za chwilę znowu do mnie podbiec i przyjąć wyczekującą pozę o nazwie „daj jeszcze jednego”. I tak 4 razy, mimo że powoli szedłem alejką, to wiewiór(ka) ochoczo mi towarzyszyła. Patrzą się jakby wiewiórki nie widzieli… Mucha. Po prostu mucha Las tulipanów ??? Wiewiór(ka) głodomór Wygląda jak stokrotka Podglądanie tulipana po raz drugi Tymczasem we wnętrzu tulipana...

Read More
Wesołe miasteczko nocą
Kwi26

Wesołe miasteczko nocą

W zeszłym roku, kiedy obok Toru Stegny rozłożyło się wesołe miasteczko, przypomnieliśmy sobie pacholęce lata. Ponieważ nie mam w głowie warszawskiego rozkładu jazdy wesołych miasteczek, to ze zdziwieniem zauważyłem, że tej wiosny również zapowiadają się te same atrakcje. Niestety, z braku czasu, raczej nie skorzystamy z przejażdżek. Jednak przezwyciężyłem swoje lenistwo i postanowiłem spróbować zrobić kilka zdjęć nocnych. Z założenia czasy naświetlania miały być (i były) długie. Efekt „wiatraków” powstał przez nałożenie na siebie dwóch zdjęć. F16 / 10s / ISO 200 F22 / 15s / ISO 200 F22 / 20s / ISO 200 F20 / 10s / ISO 200 F11 / 5s / ISO 200 F11 / 4s / ISO 200 F14 / 6s / ISO 200 Kolaż z dwóch zdjęć: F11 / 5s / ISO 200 Kolaż z dwóch zdjęć: F11 / 2s / ISO 200...

Read More
Podglądanie Łysego
Mar23

Podglądanie Łysego

Wszystko zaczęło się dawno, dawno temu czyli wczoraj. Christelle jak zazwyczaj wyszła na balkon zapalić. Po chwili dała cynk, że ładnie widać zachodzący księżyc. Nieczęsty to widok, bo z reguły Łysy chowa się w ciut innym, nie tak dogodnym do obserwacji miejscu. Faktycznie prezentował się godnie i chyba nawet próbował podrywać jakąś gwiazdkę leniwie poruszającą się w jego pobliżu. Pierwsza myśl- trzeba to uwiecznić. Nawet chciałem biec po sprzęt szpiegowski, ale Christelle słusznie odwiodła mnie od tego zamiaru. Wszak zanim bym się rozstawił, zsynchronizował z księżycem, to już by było po zawodach. Dlatego tylko dokumentacyjnie cyknąłem fotkę i powziąłem postanowienie, że jeśli pogoda dopisze to nazajutrz się na nim odegram. Dzisiaj udało się zrealizować chytry plan i po krótkich przygotowaniach złapałem Łysego w kadr. Muszę się przyznać, że nie spodziewałem się aż takiej różnicy w przybliżeniu księżyca. Jednak 300 a 1200mm ogniskowej to, nomen-omen, niebo a ziemia:) Widok był iście imponujący. Jakość zdjęć jest na poziomie „rookie”, ale będzie lepiej. Jako ciekawostkę napiszę, że na własne oczy widziałem jak ten „nieruchawy” księżyc robił wszystko, żeby uciec z kadru. Niesamowite… Czy mi się wydaje, czy na księżycu widać cień Pana Twardowskiego? :)...

Read More
Zaćmienie słońca
Mar23

Zaćmienie słońca

Kilka zdjęć z piątkowego (20 marca 2015r.) zaćmienia słońca. Mądrzy ludzie twierdzą, że maksymalnie zasłonięte było około 68% jego powierzchni. Zdjęcia radośnie wykonane podczas pobytu w „hucie”. Dlatego większość z nich robiłem przez szybę, co skutkowało refleksami świetlnymi, których oczywiście należało się pozbyć....

Read More
Operacja #RebelHeart
Mar12

Operacja #RebelHeart

Kilka dni temu postanowiliśmy pójść na koncert Madonny z okazji trasy koncertowej Rebel Heart. Kupiliśmy bilety i gotowe, jutro się relaksujemy. Tylko że prawdą w poprzednim zdaniu jest jedynie „kupiliśmy bilety”. Reszta to neverending story, która swój początek miała w zamierzchłych czasach, kiedy to Madonna po raz pierwszy koncertowała w Polsce. Od tamtej pory jak cień podąża za mną „moja Madonna”. Znaczy tak naprawdę, to Christelle jako wielka i wierna fanka „Starej” podąża za nią odfajkowując się na liście obecności przy każdym ważniejszym wydarzeniu „madonnowym”. A kto się z kim zadaje… Więc chodzę i ja. Z reguły całą stroną logistyczno-organizacyjną każdego wypadu zajmowała się Christelle, a moja rola ograniczała się do  mruczenia pod nosem paru słów piosenek, w tym mojej ulubionej „el… ju… wi… madona…” (więcej tekstu nie znam) ;). Tym razem, z okazji nadchodzącej trasy promującej najnowszą płytę Rebel Heart, role się odwróciły i zostałem mianowany, a wręcz prawie wyświęcony, na „tour & concert logistic organization reservator director”, czy jakkolwiek by tego po ludzku nie nazwać. Skoro tak, to postanowiłem opisać jak wygląda nasza droga do szczęścia. Stan podwyższonej gotowości zaczął się 2 marca, kiedy ogłoszono trasę koncertową. Niby wcześniej były plotki, pogłoski i przypuszczenia, że Madonna do Polski przyjedzie z trzecią trasą z rzędu. Minusem było to, że podobno miała pominąć Warszawę i wystąpić w Gdańsku lub, na co bardziej stawiano, w Krakowie. Tak czy inaczej dochodziły do ogarnięcia dwie kwestie: transport i nocleg. I co zrobiła Madonna? Oczywiście postanowiła nie dawać koncertu w Warszawie. Szkoda, że tak się przy tym „niekoncertowaniu” rozpędziła, że przy okazji pominęła Polskę… O losie paskudny… Naturo złośliwa… I weź uwierz kobiecie kiedy mówi „I’ll be back„:) Operacja #Hotel Z rozpiski wynikało, że najbliżej (jak to brzmi…) nam do Berlina i Pragi. Ludzki instynkt przetrwania nakazał nam od razu rezerwować noclegi. Naturalnym było, że jak Helmuty i Pepiki zobaczą jaki ruch się zrobił w rezerwacjach, to od razu będą chcieli napchać sobie kieszenie miedzią wiernych fanów z Polski i jeszcze kilku innych krajów. Tylko gdzie? Praga, Berlin? Żeby nie mieć dylematu poszła rezerwacja hoteli na oba miasta. Oporów nie miałem żadnych, bo klepiąc miejscówki przez booking.com wziąłem opcję bezpłatnej rezygnacji. Dzięki temu trafiłem na bardzo dobrą ofertę: Czy się opłaciło czekać na przykład do dzisiaj? Patrz niżej. Lokalizacja hotelu zacna, 10 minut drogi od hali. Po koncercie można wrócić nawet tanecznym krokiem i ze śpiewem na ustach, co w moim wykonaniu może nie być przyjemne w odbiorze:) Oczywiście warto zadbać o odpowiednie towarzystwo, dlatego zupełnym „przypadkiem” w tym samym miejscu zatrzymują się chłopaki z UltraMadonna.com. Operacja #Bilet-Testy Story długie, ale operacja Berlin-Praga-Warszawa to nie w kij dmuchał projekt i przygotowania muszą być starannie...

Read More
Musical MammaMia! w Teatrze Roma
Lut22

Musical MammaMia! w Teatrze Roma

Nie minę się z prawdą jeśli napiszę, że na musical Mamma Mia! w Teatrze Roma czekaliśmy od dawna. Od bardzo dawna. Chyba nawet jeszcze za czasów Upiora w Operze i Nędzników zastanawialiśmy się czy nadejdzie taki dzień, że na scenie TR Roma zabrzmią piosenki Abby. Na spełnienie marzeń przyszło nam kilka lat poczekać. Pierwsze oficjalne informacje rozbudziły apetyty na więcej i oczywistym było, że MammaMia! w Teatrze Roma zobaczymy. Otwartym pozostało pytanie: kiedy? Ale skoro czekaliśmy kilka lat, to czym jest jeszcze kilka miesięcy. W międzyczasie mieliśmy niewątpliwą przyjemność uczestniczenia we wspólnej konferencji prasowej PLL LOT i TM Roma, gdzie przedstawiono obsadę spektaklu i po raz pierwszy usłyszeliśmy piosenki po polsku. Niedługo potem ruszyła sprzedaż biletów na specjalne spektakle przedpremierowe i, jak skrupulatnie wyliczyła Christelle, 5 miesięcy wcześniej staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami wejściówek. Kiedy emocje sięgnęły zenitu, a do premiery zostało kilka dni spotkała nas kolejna niespodzianka: konferencja prasowa w TR Roma i prezentacja fragmentu spektaklu. Jak to mówią- było grubo!!! DZIEŃ MINUS DWA Przyznać muszę, że mimo wielkiego optymizmu z jakim oczekiwałem spektaklu, pozostała mała niepewność. Nie wiedziałem jak inscenizacja teatralna będzie wyglądać w porównaniu z filmem, który bardzo lubimy. Choć obawy nie zniknęły, Christelle przyniosła z konferencji prasowej wiadomość która nas wielce uradowała: na „naszym” spektaklu w rolę Harry’ego Brighta wcieli się Jan Bzdawka. W tym momencie emocje zaczęły rosnąć. W TM Roma widzieliśmy kilka spektakli z jego udziałem, ale tak się złożyło, że nigdy nie „obstawiał” tych ról, na które liczyliśmy. Tym razem los wszystko wynagrodził. DZIEŃ ZERO Brawo!!! Brawo!!! Brawo!!! Pierwsze „brawo” za uwerturę. Niesamowicie pomysłowa, w klimatach lotniczych, co mnie osobiście ucieszyło podwójnie. Mimo iż po zajawkach z konferencji wiedziałem czego się spodziewać, to prezentacja w pełnym wymiarze zwala z nóg. Moim zdaniem to świetny przykład połączenia działań artystyczno-marketingowych. Drugie „brawo” za pomysł. TM Roma zaskoczył nas multimediami. Klimat tworzyły ogromne, zdalnie sterowane ekrany LED, które tworzyły iście greckie tło do przedstawienia. Jeżeli to ma być przyszłość musicalu- jestem za! Sam spektakl przepełniony ciepłem i humorem, czasem nawet dość pieprznym. Mimo 2,5 godzin spędzonych na widowni ani przez chwilę nie odnosi się wrażenia „dłużyzny”. Dialogi między utworami wpasowane idealnie, co w efekcie tworzyło widowisko dopracowane tak, że nawet dzieci się nie nudziły. A wiem co piszę, bo za nami siedziała dwójka szkrabów i nie odczuwaliśmy ich obecności. Przynajmniej nie w żaden uciążliwy sposób. Więc gdyby ktoś pytał czy można iść z dziećmi, odpowiadam: TAK. Całe przedstawienie jest perfekcyjne w każdym calu. Ciężko jest znaleźć jakiś słaby punkt. Przekład tekstów, przygotowanie aktorskie, wokalne, muzyczne, scenografia, choreografia, muzyka na żywo: na najlepszym i bez wątpienia światowym poziomie. Ja sam najbardziej czekałem na utwór „Lay all your love on me„,...

Read More
Na wystawie klocków Lego
Lut10

Na wystawie klocków Lego

Po kilku przymiarkach i jednym zapomnieniu o imprezie, nastąpiła mobilizacja sił i wybraliśmy się na „największą w Polsce wystawę budowli z klocków Lego”. Nigdy nie byliśmy na innej, więc przyjmuję, że akurat ta reklama nie kłamie. Jak to zwykle bywa w tym kraju, mało co idzie zgodnie z planem, a pierwsza przeszkoda pojawiła się na etapie próby zakupu biletu online. Z jakiegoś niewiadomego powodu system nie przyjmował żadnej liczby biletów, sugerując że należy wpisać „zero”, tylko po to, żeby i zero odrzucić. Żeby się nie kopać z koniem wdrożony został plan awaryjny- zakup w kasie na Stadionie Narodowym. Przed stadionem oczom mym ukazał się las… Ale nie krzyży, tylko autobusów szkolnych, którymi przyjechały chyba wszystkie dzieciaki z pobliskich i „podalekich” szkół. Nie muszę chyba pisać jaki kocioł potrafi zrobić banda rozwydrzonych i wychowywanych bezstresowo gnomów. No to pomnóżcie to razy ilość autokarów i wezwijcie lekarza. Chciałoby się wzorem rodziny Weasleyów odgnomić ten ogródek:) Dobrze, że chociaż kolejka do kasy była krótka i po 10-15 minutach stałem się szczęśliwych posiadaczem biletów. Chociaż trauma pozostała… Ledwie noc zdążyła ukoić skołatane nerwy, a w sobotnie popołudnie przyszła pora na właściwą wizytę na wystawie. Dzień wcześniej dojazd był bezproblemowy, mimo nawału gnomobusów. Weekend to jednak czas niespodzianek i łatwego zarobku. Dlatego firma parkingowa(?) szybko ustawiła prowizoryczne „rogatki” na wjeździe i uśmiechnięty cieć radośnie komunikował „wjazd na parking płatny jednorazowo- 10 złotych. Nie bardzo wiem po co ktoś miałby tam wjeżdżać więcej niż raz… Na szczęście rozwrzeszczane autokary zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zastąpiły je jednak zwykłe samochody. Wyglądało to niegroźnie. Tylko co z tego, że fasada inna, kiedy wnętrze podobne: miliony, miliardy dzieciaków. Mam niejasne przeczucie, że ta wystawa mogła być właśnie do nich kierowana:) Trudno, trzeba to było jakoś przeżyć. Sama wystawa wzbudziła nasze mieszane uczucia. Idąc tam nie wiedziałem czego się spodziewać, dlatego chciałem dać się zaskoczyć. I owszem- byłem zaskoczony zbudowanym z klocków zaprzęgiem Świętego Mikołaja, na którego konstrukcję zużyto górę klocków i poświęcono 2 góry czasu. Zaskoczeniem był również model Titanica, który wyglądał imponująco. I był tak ogromny, że nie mieścił mi się w kadrze, więc nie wstawiam jego zdjęć. Cała reszta- fajna, kolorowa, przyciągająca wzrok, tylko… jakaś taka, nie wiem jak to nazwać. Chyba oczekiwałem, że budowle będą złożone z pojedynczych klocków, a nie segmentów, z których jeden czy dwa stanowiły połowę konstrukcji. Ale ja się tam nie znam, przygodę z klockami Lego zakończyłem 25 (pewnie z okładem) lat temu, na dwóch czy trzech małych zestawach. Wychodzi na to, że świat się zmienił, a człowiekowi tylko wspomnienia zostały. Jednak tak czy inaczej warto tam iść– chociażby dlatego, że nie wiadomo kiedy (i czy w ogóle) będzie kolejna...

Read More
Galette des Rois
Sty16

Galette des Rois

Święta to czas, po którym nawet najtwardsi ludzie muszą się poddać w konfrontacji ze złośliwym stworem zamieszkującym większość łazienek i zwanym „wagą”. Jednak nawet kiedy minie pierwszy szok i uda się podleczyć rany pojawi się kolejna bomba kaloryczna. Jak co roku na naszym stole musiała zagościć galette des rois, czyli przepyszne ciasto przygotowywane we Francji na 6 stycznia. Chyba pod względem ważności można je porównać z naszym karpiem na świątecznym stole. Musi być i koniec. Ponieważ na ten dzień byliśmy umówieni ze znajomymi, zamieszkującymi prawie dziewiczy las pod Warszawą, to na nieszczęście dla naszych brzuchów standardowe zamówienie „galetki” zostało podwojone. Tak po cichu mogę napisać, że specjalnie mnie to nie martwiło. Ot, po prostu trzeba będzie bardziej „zadbać”, żeby żaden okruszek się nie zmarnował:) Jedzenie ciasta swoją drogą, ale zgodnie ze starym zwyczajem jest i bonus. Otóż w każdym cieście jest ukryta maleńka figurka. Wieść niesie, że temu kto na nią trafi los będzie szczególnie sprzyjać. Figurka jest rozwiązaniem zagadki dlaczego do każdego ciasta jest dołączana również papierowa korona. Oto szczęśliwiec otrzymuje tytuł królowej lub króla i winien w koronie paradować cały dzień. Tak się jakoś składa, że kilka lat z rzędu trafiałem na figurki, ale z „losem” mamy chłodne stosunki, bo liczyłem, że mnie dobrze potraktuje w Lotto i co? „Umiesz liczyć, licz na siebie”- co jak co, ale życiowe mądrości nigdy nie przestają być aktualne. W tym roku nie było tak różowo, bo mimo że ciasta były dwa to i konkurencja większa. Z pierwszego figurka nie trafiła do mnie, tylko do małej G., która wcieliła się w rolę królowej dosłownie bo oprócz paradowania w koronie i aktualnie będącej na topie kreacji z bajki Frozen (?) zaprezentowała również pokaz taneczno-artystyczny. Bez podkładu muzycznego, co doceniam tym bardziej bo jak ja sam zaczynam tańczyć, to co by nie grali, zawsze ruszam płetwą w ten sam sposób:) Po otarciu łez, kilka dni później udaliśmy się na standardowe zakupy do marketu. Kiedy już lista zakupów była skompletowana, Christelle zaskoczyła mnie wrzucając do koszyka… galetkę. LOL!!! Odkąd robimy w tym sklepie zakupy, jeszcze czegoś takiego nie widzieliśmy. Galetka nie jest ciastem tanim i jej pojawienie się na półce marketowej było dużą niespodzianką. Kolejną była cena, kilkukrotnie niższa od standardowej, ale bez zbędnego namysłu podjęliśmy wyzwanie skosztowania. Zdaniem Christelle marketowy wyrób był całkiem przyzwoity jak na cenę, którą przyszło nam zapłacić, ale do prawdziwej galetki wiele mu brakowało. Za to wszystko wróciło do normy i mogłem mówić o sobie „jestę królę”. Konkretnie to marketowym królem, bo figurka jaką zdobyłem prosi się o spuszczenie zasłony miłosierdzia ;)...

Read More
Całe nasze kibicowskie życie
Gru01

Całe nasze kibicowskie życie

Próbuję sobie przypomnieć naszą ostatnią wizytę na hali i było to bodajże 3-4 lata temu na Torwarze, kiedy grała Polibuda… A na Czarnych, nawet nie podejmę się zgadywać. Mogło to być w Mrocznych Czasach, kiedy klubem „rządziło” dwóch muszkieterów: Tadeusz i Bodzio. Czyli pewnie z 8 lat „wstecznie do tyłu”- jakby to powiedzieli chłopaki z Neo-nówki:) Nadszedł jednak dzień odrodzenia i wybraliśmy się do Areny (sic!!!) Ursynów na ligowy mecz Polibudy z Czarnuchami. Taki powrót do przeszłości, ale z etykietką „lokalsów”. Pierwsze spostrzeżenie- Ursynów jakby się zgadzał, ale gdzie jest Arena??? Bo to chyba nie ten budyneczek z trybunami z jednej strony? A jednak… Dam sobie głowę uciąć, że gdyby nie polityczne aspiracje, to zgodnie z prawdą decydenci by go nazwali „Ar” albo „Ena”, względnie OSiR. Sam mecz bez historii – dokładnie taki jakiego można było się spodziewać po 8 i 9 drużynie z tabeli. Oba zespoły sprawiały wrażenie, że robią wszystko żeby mecz przegrać. Bez przyjęcia, bez zagrywki, seryjne straty punktów, które dotychczas kojarzyły się jednak z siatkówką żeńską. Zawodnicy Czarnych słabiej jednak starali się przegrać, mimo iż w 3 secie- i piszę to śmiertelnie poważnie- spadli na niziny umiejętności (bądź wspięli się na wyżyny lekkomyślności)- i ze stanu 16:21 zrobiło się 22:21 dla Polibudy. Potem jeszcze dali AZSowi ze dwie czy trzy piłki setowe, by finalnie warszawska drużyna pokazała jednak, że porażka w pełni ich satysfakcjonuje. Jak oceniła Christelle- najmocniejszym punktem spotkania była sędzia, która gwizdała naprawdę dobrze. Na przeciwległym biegunie postawiła siatkarzy, ponieważ ich gra wywołała takie emocje, że w trzecim secie wyszła coś zjeść:) Christelle, nie sędzia;) Kibicowsko- mam mieszane uczucia. Może miałem zbyt wysokie oczekiwania, ale wejścia na halę 40 „twarzy” w całkowitym milczeniu to ja nie pamiętam ze swoich czasów. Sam doping też jakby inny… Nie ten klimat… I ciary mnie nie przeszły, kiedy zaśpiewali „jesteśmy zawsze tam…” A może już stary jestem:/ Dobrze, że chociaż w KK AZS nic się nie zmieniło: był piknik i jest piknik :D...

Read More
Festiwal Czekolady i Słodyczy
Lis20

Festiwal Czekolady i Słodyczy

O imprezie, zwanej Festiwal Czekolady i Słodyczy, słów kilka. Czy można schrzanić coś, co z definicji powinno być sukcesem? W dwóch aktach się rozegrał ten dramat i happy endu nie było. Jak przystało na podział słodkich obowiązków wydarzenie na FB dostrzegła Christelle i oczywiście od razu wpadło do kalendarza, zapisane wielką czerwoną cyfrą, że weekend będzie słodki. AKT 1 – ORGANIZACJA LEŻY Będąc na drobnych zakupach w „ZłoTarach” odwiedziliśmy pijalnię czekolady Wedla. Oczywistą oczywistością jest, że taka wizyta nie mogła skończyć się bez zmiany salda bankowego:) Jednak przyznać trzeba, że marcepanik był pyszny i przecudnej urody. Moja część nie przetrwała drogi do garażu i zniknęła w czeluściach żołądka. Podniesieni na duchu takimi specjałami wróciliśmy do domu i spotkała nas niemiła niespodzianka. Otóż organizatorzy Festiwalu Czekolady i Słodyczy na stronie wydarzenia pochwalili się, że w pijalniach Wedla do każdego zakupu dokładana jest gratisowa wejściówka na imprezę. Jak łatwo można się domysleć takowej nie otrzymaliśmy. Zgłoszenie tego faktu skutkowało najpierw zaskoczeniem organizatorów. Po doprecyzowaniu miejsca „wpadki” było niestety już gorzej, bo o ile wytłumaczenie „wejściówki się wyczerpały i nie zdążyliśmy dostarczyć nowej partii” było w miarę sensowne, to porada dla nas raczej mało prokliencka. Doradzono, żeby udać się do innej sklepu w ZT gdzie również takowe można otrzymać. Koszt wejściówki to raptem 10 złociszy, jednak przyznać musimy, że sugerowanie kolejnej wizyty to trochę siara. I nie chodzi o kasę, tylko o zasadę. Finalnie organizatorzy sporządzili listę takowych osób i wejściówki można było odebrać na miejscu. Niby nic ale jednak wpadka, bo pomysł listy powinien powstać od razu po zgłoszeniu problemu. ANTRAKT Na rekonesans wybrała się w piątek Christelle: Moja cierpliwość byłaby wystawiona na zbyt ciężką próbę, gdybym musiała czekać aż do drugiego dnia festiwalu by nacieszyć oczy i żołądek czekoladą. Nie czekając na Marcina, poleciałam w piątek jak na skrzydłach do PKiN. Znalazłam się tam koło 12.30, czyli 30 minut po otwarciu czekoladowego przybytku, i 30 minut przed ceremonią oficjalnego otwarcia. Sporo ludków do pseudokasy, ale poszło dość gładko i sprawnie. Odebrałam wejściówkę i szybko przekroczyłam próg festiwalowych drzwi. A tam nie do końca bajka. Już na „dzień dobry” nie dało się przecisnąć przez wąskie gardło obstawione stoiskami. Wystawców mnóstwo, ale nie dało się wszystkiego kontemplować. Tłum przy większości stoisk skutecznie blokował dostęp. Poza tym w jednej z alejek w ogóle nie było przejścia, ponieważ utworzyła się gigant kolejka do darmowych żelków. Chciałam nawet wziąć Marcinowi, który się nimi zajada tak jak ja czekoladą, ale szybko zrezygnowałam… Jeśli chodzi o asortyment, dywersyfikacja na medal:) Drobna przedsiębiorczość kontra giganci rynkowi. Sporo było zakładów cukierniczych, dystrybutorów wyrobów czekoladowych z wyższej półki, producentów cukierków, sprzedawców akcesoriów do słodkości… Wybór potężny, aż żal że nie można było...

Read More
Chodzi lisek koło… parku
Wrz05

Chodzi lisek koło… parku

Nigdy nie przypuszczałem, że słowa przedszkolnej wyliczanki mogą mieć zastosowanie w rzeczywistości. Kilka dni temu Christelle przyniosła informację, że  w osiedlowym parku pojawił się „rudy” z kitą. Widziany był ponoć przez kilka osób, wieczorową porą jak przystało na dobrze wychowanego lisa. Nie było powodów nie wierzyć doniesieniom, bo sąsiadka z rodziny psiarzy nie snuje opowieści dziwnej treści. Lis, mimo iż pozostawał tworem nakazującym podwyższoną ostrożność, był dla mnie wirtualny. Aż do wczorajszego ranka, kiedy około godziny 8 rano postanowił wybrać się na poranny jogging po parku, strasząc przy tym ptactwo. Kruki, wrony, sroki, wróble- czy jak tam się latadła nazywają narobiły hałasu takiego jakby co najmniej „rudy” do natarcia ruszał. A on tylko potruchtał przez park, przysiadł na trawniku i coś obczajał, bynajmniej nie na drzewach. Po chwili zadarł kitę i tyle go widziałem. Nawet nie chciał zapozować do zdjęcia, więc wrzucam tylko przybliżoną lokalizację gdzie sobie przysiadł na chwilę. Szybka akcja, którą przeprowadziła Christelle- sprawdzająca kim jest napotkany wróg i czy należy się go faktycznie bać wzbogaciła naszą wiedzę, przy współpracy z Wikipedią, o następujący fakt: Lisy rude mają parę gruczołów położonych obok odbytu (tzw. gruczoły analne) połączone gruczołem łojowym. (…) Owalny gruczoł ma długość 25 mm i szerokość 13 mm i wydziela woń fiołków. Nie będziemy weryfikować wiarygodności tej informacji:) Tak na marginesie to strasznie bogata fauna i flora występuje na naszej Sadybie. Rosną mlecze i bzy. I kasztany… i bzy… i mlecze… i inne rośliny co ładnie wyglądają a nie wiem jak się zwą. Żyjątek różnych też dużo. Jeżyków jest na tyle dużo, że nawet drogowcy znak postawili. Kiedyś bywały wieczory, że i po kilka sztuk się spotykało. Ostatniego widziałem chyba ze 2-3 tygodnie temu. Kulturalna to była jednostka, bo grzecznie, furtką wychodził około 23:00 z placu zabaw i poszedł w ciemność. Pewnie nie chciał się sam bawić:) Oczywiście po parku przechadzają się też kaczki i mewy, bo jakżeby inaczej. Mówisz park, myślisz mewa:) A po deszczu spotykasz ślimaki i dżdżownice. Ma się to szczęście mieszkać w mieście i obcować z naturą:)...

Read More
Wszystkiemu są winni sąsiedzi
Sie23

Wszystkiemu są winni sąsiedzi

bo jakoś niedawno zachciało im się wypieki robić i aromaty się rozchodziły na pół osiedla. Christelle stwierdziła, że to szarlotka się panoszy, a skoro takie nieczyste sąsiedzkie zagrania się uskutecznia to odpowiemy jak polska tradycja nakazuje: oko za oko, szarlotką na szarlotkę. Dzisiejsze zakupy zostały wzbogacone o składniki nia ciasto kruche (ale o so chosi… przecież każde ciasto się łamie).  Jak na ironię problemem był zakup jabłek. Żeby w kraju, na który największy dotychczasowy odbiorca sieknął embargo nie było zakazanego owocu (innego niż nadgniły zgryzek)… To chyba jakaś prowokacja. Na szczęście osiedlowy bazarek pospieszył z odsieczą. A potem Christelle wyczarowała mega pyszne ciasto. Lili i ja też mamy swój wkład: pożeramy je:) Bo do zrobienia, to zadziałał odruch przetrwania: pomogę i sprawię, że nie wiem co wyjdzie lub zdam się na absolutny „szarlotkarski” debiut z gwarancją sukcesu. P.S. Nie dzielę się, przyjmuję jedynie dowody lekkiej zazdrości....

Read More
lotywidokowe.info z mizernym info zwrotnym
Lip20

lotywidokowe.info z mizernym info zwrotnym

Odlotowe wrażenia – prolog Tym razem lotniczo od dupy strony, czyli od kompletnego laika :) Jak co roku, w tym również miałam zagwozdkę co sprawić Marcinowi na urodziny. Do dumania zabieram się często z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Marcin ostrzył sobie ząbki na czarne Conversy z Bartem Simpsonem, ale sprawa była skomplikowana. Owe buty były bowiem dostępne w Hameryce, a poszukiwania osoby która by mogła je na miejscu zamówić i dostarczyć do Polski okazały się niełatwe. Kwiecień miesiącem przemyśleń Przyszedł kwiecień, zaczęłam się drapać po głowie. Obawiając się, że z zelówek mogą być nici, musiałam wdrożyć plan B. Pomogły mi w tym billboardy na mieście reklamujące loty widokowe nad Warszawą. Radośnie więc zatelefonowałam 17 kwietnia do promującej się firmy Ibex. Odebrał jakiś pan który przekazał słuchawkę „kompetentnej koleżance”. Wyjaśniłam pani, że chciałabym zabukować taki lot widokowy na 19, 20 bądź 21 czerwca. W odpowiedzi usłyszałam, że w tych terminach nie ma jeszcze żadnej rezerwacji a lot może się odbyć jedynie, kiedy uzbiera się grupa 4 osób. Nadto 19 czerwca loty widokowe się nie odbywają bo to dzień świąteczny. Jako że były już rezerwacje na 15 czerwca, poprosiłam o wpisanie na ten termin zaznaczając, że interesują mnie te wcześniej podane i traktuję go jako rezerwowy. Zapytałam czy potrzebna jest jakaś przedpłata lub mail z prośbą o rezerwację, ale pani stwierdziła, że żadne formalności nie są potrzebne bo opłaty dokonuje się gotówką na miejscu…. Rozmowa zakończyła się tym, że kazano mi czekać na telefoniczne potwierdzenie lotu na tydzień przed wyznaczonym terminem. W czerwcu skacze również ciśnienie Czas płynął i dopłynął do 11 czerwca. Zero kontaktu, a 15 czerwca się zbliża. Kręcę najpierw na podany na stronie Ibex numer komórkowy. Abonent niedostępny. Dzwonię więc na stacjonarny. Odbiera pan, mówi że koleżanka jest chora. Przekazuję mu powyższe ustalenia. Pan obiecuje, że skontaktuje się z koleżanką i poprosi aby napisała mi maila w tym temacie. Literuję mu adres żeby nie nastąpiła pomyłka. Płyną kolejne 2 dni i cisza. Jest piątek 13 czerwca. Dzwonię znów na numer komórkowy, „kompetentna koleżanka” odbiera. Nawijam to samo co 2 dni wcześniej i w odpowiedzi słyszę, że nie mogły zapaść takie ustalenia! Tym razem mówi, że ona potwierdza termin 1 dzień przed lotem ponieważ zależy on od warunków atmosferycznych… Czy ona o tym nie wiedziała 17 kwietnia?  Chcąc odbyć lot widokowy 20 lub 21 czerwca, potwierdzenie otrzymałabym w tym samym dniu (bo 19 czerwca to Boże Ciało), lub w przeddzień. Na dodatek nie ma pewności czy lot dojdzie do skutku, bo to zależy od pogody. Tłumaczę jej, że potrzebuję mieć jakiś konkret najpóźniej do 18 czerwca, dzień urodzin Marcina. A ona swoje, że nie może mi niczego zapewnić, zagwarantować itd., itp....

Read More
Boeing, Boeing
Lip01

Boeing, Boeing

Taka niespodzianka mnie spotkała, bo Christelle z okazji moich nieustających -nastych urodzin zaskoczyła mnie zaproszeniem do Studio Buffo na spektakl Boeing, Boeing. Tytuł bardziej lotniczy być nie mógł, a dodając do tego odrobinę komedii zapowiadało się naprawdę nieźle. Boeing, Boeing to historia kawalera, Maksa. Maks jest niereformowalnym domatorem, co znaczy, że w jego domu mieszkają jego 3 narzeczone. Każda z nich to stewardesa, a wszystko po to, żeby zminimalizować możliwość znalezienia się na kursie kolizyjnym:) Tak oto Amerykanka Janet zostaje zastąpiona przez Polkę Jolę, która przecież tutaj „mieszka”, ale wpadła tylko na chwilę bo niebawem leci dalej. Jeszcze tylko Niemka Johanna do odprawienia i koło się zamyka… On, z precyzją godną Air Traffic Controllera z Heathrow planuje przyloty i odloty każdej z nich. Wielkim wsparciem i koordynatorem siatki połączeń jest służąca Nadia (w tej roli genialny Cezary Kosiński). Oczywiście pewnego dnia cały misterny plan bierze w łeb, a zakończenie jest co najmniej zaskakujące… Szymon Bobrowski w roli Maksa wypada bardzo dobrze. Chyba jest stworzony do grania postaci wyrachowanych cwaniaczków. Na scenie doskonale uzupełnia się z ciapowatym bohaterem, w którego wcielił się Rafał Królikowski- ten przechodzi wielką przemianę. Tylko nie jestem pewien, czy w realu by się to dla niego dobrze skończyło;) Osobny akapit należy się Cezaremu Kosińskiemu. Absolutnie mistrzowska rola, która nadaje przedstawieniu tyle humoru, że gdyby nie ona to można mieć wrażenie, że główni bohaterowie rozmawiają tylko o wyrywaniu panien i kombinowaniu jak się nie dać złapać z inną. Ponoć rola napisana specjalnie dla niego, bo nie ma jej w oryginale. Jeśli to prawda, jest trafiona w punkt. Cięte i sarkastyczne riposty „Nadii” na polecenia „pan Maks” wywołują autentyczne salwy śmiechu. #bonus Dialog Christelle z obsługą: – Przepraszam, o której będzie przerwa?– Jeszcze nie wiadomo czy będzie…– Na stronie jest napisane, że w spektaklu jest jedna przerwa– Tak, ale jeśli aktorom się spieszy to jej nie robią! I dobrze, bo końcówka pierwszego aktu jest mega mocna:) fot. Archiwum Studio Buffo...

Read More
Oskarżyciel posiłkowy- zastąp policję, sądź się sam
Cze26

Oskarżyciel posiłkowy- zastąp policję, sądź się sam

Dzisiaj będzie garść wiedzy której nauczyło mnie życie. A życie zwykło dawać po dupie również tym, którym marzy się status oskarżyciela posiłkowego. Komisariat Policji- zgłoszenie, policjant kwalifikuje czyn jako wykroczenie. Delikwent wezwany, odmawia przyjęcia mandatu- ma prawo. Policja kieruje wniosek do sądu. Sąd Rejonowy, Wydział Karny wydaje wyrok w trybie nakazowym: kwota znikoma, koszty sądowe prawie żadne- na 99% mandat niższy niż proponował policjant. Delikwent się odwołuje. W takiej sytuacji wypij sobie browara, dwa, albo coś mocniejszego bo od tej pory może być tylko gorzej. Sprawa trafia więc na wokandę, gdzie na drzwiach sali rozpraw jest czarno na białym napisane: Komisariat Policji przeciwko obwiniony(a) Ktoś Jakiś. Po otrzymaniu pierwszego pisma z komisariatu z informacją, że kierują wniosek do sądu, w pouczeniu wyczytaliśmy, że w terminie 7 dni mogę zgłosić chęć występowania w postępowaniu jako oskarżyciel posiłkowy. Słowem kluczem było dla nas „posiłkowy”, bo o oskarżaniu wiem tyle, co się w amerykańskich filmach naoglądałem. A tam zawsze wszystko tak gładko idzie:) Wyszliśmy z bardzo naiwnego założenia: oskarżyciel publiczny (w przypadkach dotyczących wykroczeń tę rolę pełni policja) dostaje akta sprawy, a takich ma „od metra”. Skoro instytucja oskarżyciela posiłkowego ma dać możliwość pewnej pomocy, czyli zadawania pytań (przeze mnie jako pokrzywdzonego w sprawie) osobie obwinionej, świadkom, a także składania wniosków dowodowych, to może się na coś przydam. Nie żeby oskarżenie wyręczać, chociaż prawo i taką możliwość dopuszcza. Bardziej dla mojego komfortu psychicznego, że jest ktoś, kto „ogarnie” temat, a ja gdzieś z boku coś dopowiem. W sprawach o przestępstwa z oskarżenia publicznego pokrzywdzony może w postępowaniu sądowym działać jako strona w charakterze oskarżyciela posiłkowego obok oskarżyciela publicznego lub zamiast niego (art.53 kpk) Poszedłem więc na rozprawę i czekałem na oskarżyciela publicznego, wymienionego na wokandzie. I co? Nie pojawił się… Okazuje się, że nasza droga policja takie drobne sprawy to ma centralnie w pompce, ponieważ: zgodnie z § 72 ust. 2 zarządzenia nr 323 Komendanta Głównego Policji z dnia 26 marca 2008 r. w sprawie metodyki wykonywania przez policję czynności administracyjno-porządkowych w zakresie wykrywania wykroczeń oraz ścigania ich sprawców (Dz.Urz. KGP Nr 9, poz. 48, z późn. zm.) udział policjanta w rozprawie w charakterze oskarżyciela publicznego zapewnia się, gdy rozpoznawane są sprawy o wykroczenia: – zawierające znaczny stopień społecznej szkodliwości czynu, popełnione przez sprawcę uprzednio karanego za podobne przestępstwo lub wykroczenie albo popełnione po użyciu alkoholu lub podobnie działającego środka; – objęte postępowaniem przyśpieszonym; – w których uczestniczy obrońca; – w których uczestniczy biegły powołany na wniosek policji; – w których przewiduje się orzeczenie środka karnego w postaci zakazu prowadzenia pojazdów; – w których Policja wniosła środek odwoławczy lub środek zaskarżenia. (źródło) Czyli jeżeli oskarżycielowi publicznemu (policji) zależy, to przyjdzie, jeżeli nie, to ma to gdzieś. Wszak...

Read More
„Plotka”: Teatr Syrena
Cze20

„Plotka”: Teatr Syrena

Kilka lat temu, bodajże, oglądaliśmy bardzo dobry film z Gérardem Depardieu, Plotka.  Było to dzieło nie pierwszej świeżości, bo premiera miała miejsce w 2001 roku, jednak jakoś tak wyszło, że trafiliśmy na nie w „drugim rzucie”. Wrażenia pozostały bardzo miłe, więc kiedy nadarzyła się okazja zobaczenia wersji na deskach Teatry Syrena wahania nie było w zasadzie żadnego. Tym bardziej, że już pewne doświadczenia z TS mamy i były one pozytywne. Wybraliśmy się więc zobaczyć jak bohater, François Pignon (Tomasz Sapryk), księgowy w fabryce prezerwatyw, wybrnie z opresji jaką jest nadchodzące zwolnienie z pracy- tym razem w wersji teatralnej. Ponieważ jest takim pierdołą, że startując w pojedynkę w konkursie na największego pierdołę zająłby drugie miejsce, z pomocą przychodzi mu sąsiad. Sugeruje wypuszczenie plotki, jakoby Pignon był gejem co miałoby go chronić przed zwolnieniem jako formą dyskryminacji. Oczywiście nic nie idzie zgodnie z planem, jedno niewinne „kłamstwo” powoduje ciąg zdarzeń i wielkie zamieszanie, które może skończyć się dobrze lub źle. Gdyby autorem sztuki był amerykanin „happy end” byłby gwarantowany, a tak… nic nie jest pewne:) Tyle o fabule, pora poszukać wrażeń. Żeby specjalnie nie owijać w bawełnę, to ich nie było, a z teatru wyszliśmy autentycznie zawiedzeni. Cały spektakl jest nijaki, chociaż nie wiem czy to nie zbytni komplement.  Jedyny plus to rola Prezesa (Piotr Polk), który w odróżnieniu od oryginału został „przerobiony” na Hiszpana i zabawnie kalecząc język polski dodawał przedstawieniu koloru, a przede wszystkim humoru. Bo w pierwszym akcie było go tyle co kot napłakał. Punktem kulminacyjnym nuuuuuuudy była scena w restauracji, o ironio tak niestrawna, bezpłciowa i dłużąca się, że niewiele brakowało do drzemki.  Postać wrednego kadrowego Santiniego, którego kurewsko (dosłownie) monotonnie odegrał Piotr Szwedes, została sprowadzona do słania ze sceny „kurew” i „pedałów”. Nawet jak dla mnie było tego za dużo. Na pewno spektakl nie jest tak zły jak Romeo i Julia, jednak uprzedzam: idziesz na własne ryzyko. fot. Teatr Syrena / K. Bieliński....

Read More
Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie
Maj30

Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie

Ostatnich kilka dni było trochę stresujących, ponieważ nie spodziewaliśmy się ponownej operacji Lilki. Dlatego, celem poprawienia sobie humorów,  wybraliśmy się do kina na przedpremierowy pokaz filmu Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie. Tytuł mówił niewiele, skąpy opis jeszcze mniej, ale mimo to zaryzykowaliśmy wyprawę. Film okazał się być satyrą na wszelkiego rodzaju westerny, z iście westernową fabułą i westernowymi dialogami. Miejscowy sierota, hodowca owiec, Albert jest zakochany po uszy w pięknej Louise. W rolę Alberta wcielił się kompletnie mi nieznany Seth MacFarlane, który swoją zagrał postać niezwykle przekonująco. Był tak wzruszająco ciapowaty, że aż mi chwilami było szkoda:) Jak w każdym (prawie) amerykańskim filmie, ukochana odchodzi do jakiegoś buca, a bohater do niej tęskni. W międzyczasie pojawia się inna piękność (Charlize Theron), która chce mu pomoc odzyskać ukochaną. Oczywiście ona i Albert zakochują się w sobie i prawdopodobnie żyją długo i szczęśliwie. Być może aż do 35 roku życia, bo ponoć tak późnej starości wówczas ludzie dożywali:) Gdzieś po drodze musi jeszcze zginąć ten zły, w tym wypadku mąż nowej narzeczonej Alberta i przepis na miłość gotowy. Roi się w nim od gagów, sprośnych dowcipów i drwienia ze wszystkich przywar ludzkich. Mimo tak dużego natężenia dowcipu nie jest on przytłaczający i bardzo dobrze wpisuje się w scenariusz. Ja osobiście nie potrzebuję wiele, żeby się urechotać, ale już bardzo dawno nie słyszałem żeby Christelle tak dobrze bawiła się na komedii. To najlepsza rekomendacja, że dowcip był na swoim miejscu. Mega zaskoczeniem była dla mnie jedna scena, gdzie na kilka sekund pojawia się… jeden z bohaterów innego filmu, kultowego. Jakiego nie zdradzę, ale oczywiście wszystko do siebie pasuje:) Złota myśl, wygłoszona przez jedną z postaci brzmi mniej więcej: „Czasem, żeby znaleźć swoją drogę do szczęścia trzeba grupowo przyćpać”. Dlatego wszystkim zalecam grupowe wciąganie tego filmu :)...

Read More
Wesołe Miasteczko, czyli starcy się bawią :)
Maj18

Wesołe Miasteczko, czyli starcy się bawią :)

Był Dzień Dziecka, pora na Dzień Prawieczterdziestolatka:) Po wczorajszej deszczowej pogodzie plan był następujący: w niedzielę należy osłodzić sobie życie. Odbyło się to w dwóch odsłonach: „Cieszymy” się z Nutellą 50 lat Nutelli, którą Christelle zajada się jak ja chipsami paprykowymi to powód dla którego udaliśmy się w okolice Atelier Amaro, gdzie odbywał się swego rodzaju piknik. Zachodziło duże prawdopodobieństwo, że będzie dane skosztować słodyczy. Pierwsza niespodzianka to zamknięte Ujazdowskie, od Belwederu do Placu Trzech Krzyży, bo rolkarze uskuteczniali jakieś zawody. Fartem zaparkowaliśmy gdzieś przy Placu Unii i zrobiliśmy sobie mały spacerek. Kilkadziesiąt metrów przez pierwszymi piknikowymi atrakcjami przywitała nas jakaś kolejka. Skoro ludzie stoją, to znaczy że coś rozdają. Zająłem więc strategiczną miejscówkę na końcu ogonka, a Christelle udała się na przeszpiegi. Dobrze, że przede mną stał jakiś gościu w koszulce z wielką czerwoną kropą na plecach, dzięki czemu zawsze wiedziałem czy nikt się nie wcisnął podstępnie:) Po chwili okazało się, za czym ta kolejka stoi. „Śniadanie z Nutellą” było na końcu. Słodko, więc stoję dalej, a Christelle poszła do innej kolejki, jakieś gofrowej. Tu kończą się pozytywy, bo gofry skończyły się nagle i bez ostrzeżenia. Po prostu przestali wydawać i tyle. Dobrze, że załapała się na ostatnią sztukę. Kolejka „śniadaniowa” posuwała się jak krew z nosa i kiedy już byliśmy na ostatniej prostej – jakieś 20 osób przed nami – nagle tłum ruszył… bo przestali wydawać kupony. Znaczy żarcia już nie ma, więc śmiało „zapraszamy”. Kiedy przyszliśmy Christelle dowiedziała się od jakiejś „nutellanki”, że jest jeszcze około 1000 kuponów do wydania. Kolejka była może na połowę tego, więc dzielnie staliśmy półtorej godziny, żeby się oblizać. Siara wielka, bo nie było żadnej wiarygodnej informacji, że #jadalne_darylosu nie dla wszystkich i sterczysz na własne ryzyko. Za nami stało kolejnych kilkaset osób i też raczej nie dostali takiej informacji, bo nie wierzę, że kolejkowali się dla przyjemności konwersowania ze współstaczami i podziwiania wrzeszczących bachorów. My, zawiedzione głodomory, wiedzeni stadnym instynktem udaliśmy się do jakiejś innej kolejki, która posuwała się bardzo sprawnie. Kilka minut i znaleźliśmy się przy stanowisku gdzie rozdawali zwykłe #darylosu: jakaś koszulka, podkładka- standard. Problem był jeden: okazało się, że to była kolejka „wyjściowa” i po przytuleniu gadżetu ogropodobny ochroniarz jasno komunikował, że należy się od…dalić i opuścić teren imprezy. Wszak dar losu zabrany i jeszcze byś chciał człowieku drugi dostać. Więc wyszliśmy ściskając drobiazgi w ręku, gdyż torebek hostessy nie miały. Na drugim stanowisku były, ale jakoś nikt się kwapił z uzupełnieniem zapasu. Ocena imprezy: nędzna z minusem. Zero organizacji, zero informacji. Prowizorka jakiej by się sam PLL LOT nie powstydził. Zamiast nutellowego śniadania był na obiad quiche. Tres pyszny:) Cieszymy się z Ruskimi (chyba) Druga próba poprawienia nastroju...

Read More
87 RS Mobcomer GT i ekofaktura.info
Maj07

87 RS Mobcomer GT i ekofaktura.info

Jeżeli jesteś klientem Orange, w tym tekście możesz znaleźć odpowiedź na jedno z nurtujących cię pytań: czemu dostajesz dziwne smsy zachęcającego do różnych konkursów. Jakiś czas temu, konkretnie to kilka lat temu, miałem fazę na wysyłanie smsów konkursowych. Wszystkiemu „winny” był Orange, który zaproponował mi ciekawy abonament. Jedyny minus, że niewykorzystane środki przechodziły tylko na następny miesiąc. Potem ginęły bezpowrotnie. Żeby uniknąć oddawania im kasy za darmo z reguły na koniec cyklu przemielałem nadwyżkę na smsy konkursowe. Jakieś tam… w sumie to bez znaczenia. Wiązało się to oczywiście z akceptacją stu tysięcy regulaminów, których nie widziałem na oczy i dzięki którym mój numer telefonu mógł być przetwarzany, sprzedawany i tak dalej, i tak dalej… Dostawałem więc miliony reklam i przepowiedni od wróżek. Kiedy zabrakło mi cierpliwości zacząłem powoli się wypisywać z tego biznesu. Wbrew pozorom nie było to trudne- wystarczyło wysłać maila do organizatora i poprosić o usunięcie z bazy. Nikt nie robił problemów, a zlecenia były realizowane szybciej niż deklarowany w regulaminach. Zawsze też pytałem skąd mają mój numer telefonu i zawsze takiej informacji udzielali. Sielsko-anielsko:) Nie wypisałem się z tylko jednej subskrypcji. Pewnie dlatego, że spamowali rzadko i za każdym razem obiecywali dziesiątki tysięcy. Marzyłem więc, że wygrywam i nic z tymi smsami nie robiłem. Do dzisiaj się zastanawiam czemu mimo tak intensywnych marzeń nigdy nic nie wygrałem. Może samo „myślę, że wygrywam” to za mało żeby wygrać;) Jednak nadszedł dzień rozstania z nimi i jak zwykle napisałem wiadomość z pytaniem gdzie pozyskali mój numer i prośbą o usunięcie. MOBCOMER WCHODZI DO GRY Bardzo szybko uzyskałem odpowiedź, że numer został usunięty z ich bazy, a oni kupili go od firmy MOBCOMER. Wzbudziło to moją ciekawość, bo do tej pory nigdy moje namiary nie zostały odsprzedane dalej. No… przynajmniej na nic o tym nie wiem. Wysmażyłem maila z tym samym pytaniem do MOBCOMER i zrobiło się wesoło :) Odpisali bowiem: Państwa dane są przetwarzane na podstawie zgody udzielonej podczas rejestracji w serwisie www.ekofaktura.info oraz podczas akcji ją promujących. Łot de fak zapytałem sam siebie, a potem Wujka Gugla. Po pobieżnym zerknięciu na serwis zacząłem się zastanawiać czy jestem zdrowy psychicznie, albo czy za dziecka z wózka za często nie wypadałem. Bo tylko takie atrakcje mogłyby sprawić, żebym zdecydował się na wypełnienie formularza. Trzeba dodać formularza zawierającego wszystkie dane, łącznie z numerem PESEL. Wydawało mi się nieprawdopodobnym, żebym sam, będąc przy zdrowych zmysłach wklepał takie dane dlatego chciałem ustalić „co, gdzie, kiedy i dlaczego”. Odpowiedź na pytanie jakie moje dane są w bazie oraz kiedy niby miałem je podać brzmiała: data 26 lutego 2012 roku, adres IP 5.184.xx.xxx. Miałem również podać: imię, nazwisko, nazwę firmy, kod, miasto, telefon, PESEL. Zestawienie danych nie...

Read More
O tym jak na mszę papieską poszłam
Kwi27

O tym jak na mszę papieską poszłam

Dzisiaj, mocno kontekstowo, krótkie wspomnienie od Christelle. Dłuższy wstęp nie jest konieczny:) A propos dzisiejszych uroczystości… Od tygodnia w Wiadomościach trąbią, że spotkania z Janem Pawłem II przywołują same pozytywne skojarzenia. Muszę zaprotestować. Moja ukochana babcia mogła poszczycić się znajomością większości kleru w Radomiu, toteż załatwiła nam pierwszorzędną miejscówę na mszę papieską w 1991 r. Zostałam wygoniona w środku nocy aby drałować kilka ładnych kilosów na piechotę do tego pierwszego szeregu. Po usadowieniu dopadły mnie jednak ostre problemy gastryczne. Pozwijałam się godzinę z bólu, aż w końcu wezwano karetkę. W punkcie medycznym zapodali po 40 minutach domięśniowy w d…. po czym kazali leżeć 20 minut. Transportu powrotnego nie było. Jak już się przedarłam przez milion sektorów do matki i brata w pierwszym rzędzie, msza się właśnie kończyła. Znacznie więcej miałam tam przeżyć cielesnych niż duchowych! photo credit: paval hadzinski & DrabikPany via photopin cc...

Read More
Kto nie ma w głowie…
Mar20

Kto nie ma w głowie…

Cześć, to znowu ja, wasza gwiazda, Lili. Od mojego ostatniego wpisu minęło trochę czasu, więc pora się przypomnieć. Pan chyba był zazdrosny, że ostatnio tak fajnie o sobie napisałam i już nie chce za mnie klepać w klawiaturę. Dlatego dał mi dostęp i teraz mogę sama pisać do woli. No to piszę… Pańcia od kilu dni choruje:( Kicha całymi dniami ale mimo to jakoś zachęca mnie do zabawy, bo ciągle używa takich białych papierków. Chyba się wzoruje na mnie i sobie przystawia do nosa, zupełnie jakby chciała je wąchać. A potem wyrzuca… Ja bym tak nie zrobiła, tylko zaniosła na swoje posłanko i schowała. Dziwni ci państwo czasem są. Wczoraj wieczorem, oglądając telewizję, znowu podsłuchałam (oczywiście przypadkiem, nie żebym plotkara jakaś była), że Pańcia idzie dzisiaj na ważne spotkanie. I to z samego rana- na 9:30. Też lubię dłużej pospać, dlatego zgadzam, że ta godzina jest nieludzka. I „niepsia”. Więc Pańcia zaczęła się krzątać i przygotowywać ubranie. Trochę mi to przypominało moje strojenie się na spacer, tylko nie zakładała sobie butów na wszystkie cztery łapki. Pewnie dlatego, że śniegu już nie ma, bo i ja ich na razie nie noszę. W związku ze spotkaniem nawet budzik został wcześniej nastawiony, co jakoś nie robi mi większej różnicy gdyż zrywać się z tego powodu nie zamierzam. Niestety Pańci nie dane było pospać nawet do zaplanowanej 7:20 bo obudziła się godzinę wcześniej. Współczuję, bo nadal choroba trzyma i nie zamierza się odczepić. Potem wstał Pan, a to był już znak, że niedługo pójdę pozwiedzać okoliczne trawniki. Pańcia mnie ubrała w szykowne moro i udałam się z panem na spacer. Z nieznanego mi powodu wyszłam bez smyczy, więc standardowo stanęłam i zaczęłam się na pana gapić. A on na mnie… Jakież to było zabawne… W końcu mnie pan przypiął i poszliśmy dalej. Spotkałam Gacka, który zawsze śmiesznie warczy kiedy coś zakopuje na trawniku. Po powrocie jak zwykle dostałam pysznego łakocia. Podobno dawno temu dostawałam go jak byłam grzeczna na spacerze. Dzisiaj to już chyba z przyzwyczajenia:) Pan oczywiście się zebrał do pracy, dał Pańci kopniaka na szczęście i tyle go widzieli. No prawie tyle, bo kilka minut później, kiedy Pańcia już się ubrała do wyjścia okazało się, że pan bardzo lubi nosić ze sobą dwa komplety kluczy do domu. Przecież jeden to za mało. Musiała więc Pańcia ścigać kradzieja bo nijak z domu wyjść nie mogła. Chociaż w sumie mogła, przecież w razie czego bym dopilnowała dobytku. Budzi się ten respekt na osiedlu:) Za chwilę do domu dotarł zdyszany pan i zebrał od Pańci małą burę za brak myślenia. Nawet go nie broniłam specjalnie. Tylko trochę mi się go szkoda zrobiło jak siedział...

Read More
Ja tu rządzę
Lut14

Ja tu rządzę

Mój pan od kilku tygodni coś dłubie przy blogu. Do pewnego czasu nie miałam pojęcia w czym rzecz, ale przecież głupia nie jestem. Może mała, z metra cięta, jednak swój rozumek mam. Zorientowałam się, że pan po prostu upiększa stronę, żeby bardziej mnie wyeksponować. Co prawda kiedy rozmawia o tym z pańcią, to jakby zaprzeczali moim ustaleniom, ale ja i tak swoje wiem. Teraz ja będę Królową Bloga, więc teraz najzwyczajniej w świecie się przedstawię. Zwą mnie Lili (co wydaje się całkiem w porządku: Królowa Lili Pierwsza). Urodziłam się tak dawno temu, że już nie pamiętam. Mam pewne podejrzenia, że było wtedy ciepło bo  pańcia z panem już trzy razy (nazywają to „lata”) się zachwycali mówiąc „jaka ta nasza Lilusia już jest dorosła”. Nie mam pojęcia co znaczy być dorosłą, bo przez ostatnie 3 lata to ja się nie zmieniłam. No… może mi trochę trochę ciałka przybyło. Jednak to wszystko wina sera Comté, który z wielkim apetytem zajada pańcia. Nauczyłam się żebrać o niego tak skutecznie, że nigdy mi nie odmawia kawałeczka:) Pewnie to dlatego ważę teraz 1,8kg. Jak żyć…? :) Kiedy byłam mała i ważyłam jakieś 70 dkg bardzo lubiłam się bawić. Biegałam po mieszkaniu dźwigając kapcie, co akurat państwu bardzo się podobało. Czasem też upiększałam mieszkanie ziemią z kwiatka. Do dzisiaj uważam, że podłoga z lekkim akcentem piachu wygląda zdecydowanie lepiej. Pańcia nigdy nie podzielała mojego entuzjazmu:) Kwiatek miał ten minus, że się ze mną nie chciał bawić, w przeciwieństwie do mojego pierwszego kumpla Tobusia. Toby był trochę podobny do mnie: tak samo śliczny i urodziwy. Tylko z 5 razy większy. Nie przeszkadzało mi to wcale w zaczepianiu go do zabawy i skakaniu na nos. Jakaż ja wtedy byłam zaaferowana. Toby miał chyba inne zdanie na ten temat, bo patrzył na mnie z politowaniem i wskakiwał na kanapę. Ale co poszczekałam na niego to moje :) Jednym z moich ulubionych zajęć jest oglądanie telewizji. Czasami pańcia albo pan chcą oglądać beze mnie, wtedy ja się dopominam o należne mi miejsce na kanapie. Kto wie, może Durczokowi znowu się stół pobrudzi. Nie chciałabym tego przegapić;) Wiem też, że bez obecności w sieci dzisiaj ciężko żyć człowiekowi (a co za tym idzie i psu również), więc nie dziwne że żywo interesuję się tym co na Fejsbuku piszczy i w miarę możliwości staram się być na bieżąco:) Nie jest to łatwe, bo państwo mówią, że psy nie mogą mieć konta na fejsie. Dlatego jestem zmuszona podglądać co tam pańcia albo pan klikają. A że wiedzę chłonę niebywale, więc nie dziwne, że czasem mało nie wejdę w monitor. Oczywiście jest też pora na osiedlowy lans. 3 razy dziennie zadaję szyku spacerując sobie po...

Read More
Atelier Amaro
Wrz07

Atelier Amaro

Rezerwacja prawie 3 miesiące wcześniej. Kilka dni czekania na „liście rezerwowej” i radość, bo jest potwierdzenie: 06.09.2013, 18:30. Dzień, w którym zatrzymał się świat. Odwiedziliśmy Atelier Amaro, pierwszą polską restaurację odznaczoną prestiżową gwiazdką Michelin. 18 urodziny Christelle są tylko raz w życiu :) Atelier Amaro – spotkanie z doskonałością Restauracja nie posiada stałego menu. Czas, a raczej dania, płyną tam zgodnie z Kalendarzem Natury. Potrawy, określane tutaj momentami, nie mają nazw. Menu modyfikowane jest co tydzień, a raz w miesiącu następuje zmiana momentów. Na karcie wydrukowanej na czerpanym papierze, każdy jest opisany trzema głównymi składnikami. Reszta jest tajemnicą. Do wyboru trzy, pięć lub osiem momentów. Wahanie, który zestaw wybrać, było krótkie: pozwólmy się zaskoczyć od początku do końca. Przewidywany czas degustacji 8 momentów: około 2,5 godziny. Zaczynajmy. Na początek pytania o nielubiane produkty, uczulenia. Tych pierwszych pewnie bym u siebie trochę znalazł, ale chęć zmierzenia się z naturą wygrała. Lubiłem wszystko :) Do picia nie zdecydowaliśmy się na alkohol. Ktoś musi prowadzić, a degustować samotnie to niekoniecznie. Wybór padł na „orzeźwiający napój miętowy„, w którym znalazło się miejsce dla kilku plasterków świeżego ogórka. To zwiastowało, że niespodzianek będzie więcej. Dużo więcej. Na czas oczekiwania podano 3 rodzaje pieczywa, z których jedno było bardzo ciemnego koloru. Tajemnica tkwiła w mące czarnuszce i dodatku w postaci spopielonego siana. Pod pieczywem, zawinięty w serwetkę, sprytnie się schował rozgrzany kamień, dzięki czemu przez długi czas pozostawało ciepłe i świeże. Przed podaniem pierwszego z właściwych momentów obsługa serwuje 3 amuse bouche, które same w sobie są ogromnym zaskoczeniem zarówno pod kątem wizualnym jak i smakowym: – chipsy jabłkowe z majerankiem. Cieniutkie plasterki jabłka dosłownie muśnięte ziołami. Chrupiące, a jednocześnie z dającym się wyczuć sokiem jabłkowym mi osobiście przypominało jabłko suszone przez babcię. Jeżeli to miało być zaskoczeniem do zaskoczenia właściwego… to było. Bezdyskusyjnie. – „jabłko” z moreli z purée makrelowym. Na pierwszy rzut oka nie da się stwierdzić, że to „jabłko”, a nie jabłko. A smak… Obłędny. Jedyną niewiadomą było jak to zjeść. Obsługa szybko rozwiała wątpliwości: tak, aby było wygodnie. Można bez użycia sztućców, z czego ochoczo skorzystaliśmy. – trzeci krok do kulinarnego raju, to bataty ze smalcem z gęsi, z jabłkiem i czosnkiem. Po prostu smalec w gębie :) Żadna z podawanych potraw nie ma prostego składu, jednak każda z nich jest dokładnie opisywana przez kelnera. Ich sposób przekazywania wiedzy robi nie mniejsze wrażenie od tego, co na „talerzu”.  Moment 1: Bawole serce / Wanilia / Mirabelka Zgodnie z oczekiwaniami poziom rósł w każdym (nomen omen) momencie :) Podwędzany pomidor z liściem cykorii wypełnionym delikatnym purée mirabelkowym z odrobiną wanilii. Ciężko jest napisać coś mądrego, kiedy na stole pojawia się takie danie: perfekcyjny „look” i jeszcze...

Read More
Z Krety fotografie różne
Cze20

Z Krety fotografie różne

Ciężko mi je było gdzieś przypisać, więc wrzucam do jednego wora. BAZARKI Celem zanabycia drogą kupna lokalnych produktów dobrze udać się na bazarki. Łatwo trafić, łatwo kupić :) KOŚCIÓŁ PW. ŚWIĘTEGO TYTUSA TAM TEŻ CZASEM BANGLA-DESZCZ W STARYM PORCIE WENECKIM PTACTWO MORZO-LUBNE :) ZA DNIA I NOCĄ   POLSKA JEST WSZĘDZIE :)...

Read More
Ammoudara o zachodzie słońca
Cze19

Ammoudara o zachodzie słońca

...

Read More
Elafonisi: wycieczka do raju
Cze19

Elafonisi: wycieczka do raju

Jak zwykle będzie więcej zdjęć niż pisania. Tym razem garść informacji o wyprawie, którą uskuteczniliśmy za radą kolegi M.M. Szczegóły trasy zasugerowała rezydentka. Koszt wynajęcia pędzidełka z grupy Yaris/Fiesta wyniósł €54 za dobę. Podstawili go nawet o czasie bo o 8:00 rano człowiek z wypożyczalni Monza czekał w recepcji. Christelle stwierdziła, że nawet wyglądał jak „Monza” :) Żeby nie było idealnie, to przyprowadziłł samochód z prawie pustym zbiornikiem, tak po grecku.   PUNKT A (H): START / META AMMOUDARA Po kilku kilometrach śmigania małą grecką drogą znaleźliśmy się na… hajłeju. To faktycznie jest jakaś ichnia autostrada, tylko że jeszcze bardziej badziewna niż w Polsce, bo nawet u nas nie ma autostrad jednopasmowych. Znaczy czasami była dupasmowa. Zagadką jest jak można coś takiego hajłejem nazywać. Z drugiej strony to najbardziej wypasiona droga na wyspie, więc może robią taki lansik. Kolejne zdziwko: przez jakieś 200km jazdy tym autobanem nie widzieliśmy ani jednej kładki do przejścia na drugą stronę. Za to full rozjechanych kotów. Chyba greccy ludzie opatentowali sztukę przechodzenia przez jezdnię, w odróżnieniu od greckich kotów :/   PUNKT B – GEORGIOUPOLIS Krótki przystanek na tankowanie kalorii. Jedzenie OK, ale bez historii. Wynajmują też pokoje, tylko całość trąci towarzyszem Edwardem. Mają swoje leżaki i parasole na plaży. Jak ktoś nie ma zbyt wielkich wymagań co do standardu lokalu, tylko chce leżeć do góry kołami, to może być całkiem nieźle. Ponieważ greckie oznakowanie jest po pierwsze słabo widoczne, a po drugie robione po grecku, to przeoczyliśmy skręt z haj łeja do punktu C, co wiązało się z koniecznością zawrócenia po kilkuset metrach i złamaniem dwóch zakazów skrętu w lewo. Nie można mieć wyrzutów sumienia, bo podstawowym prawem ruchu drogowego na tej wyspie jest „kto pierwszy ten ma pierwszeństwo”. Cała reszta jest mało istotna.   GDZIEŚ POMIĘDZY PUNKTAMI C i D… zaczyna się jazda.  Wąskie serpentyny, gdzie z jednej strony przepaść, z drugiej mniej lub bardziej strome zbocze. Co jakiś czas stoją przydrożni handlarze oliwy, miodu i innych lokalnych przysmaków. Podobno warto od nich kupować, co też uczyniliśmy. Miód przetestowany a skutków ubocznych brak. Trafiliśmy jeszcze na jakiś remont i objazd. Na szczęście z naprzeciwka rupieciem pędził lokals, który nas pokierował. Krótka rozmowa była nacechowana wzajemnym zrozumieniem i przyjaźnią polsko-grecką:     Christelle: Elafonisi?- pokazując na wąską dróżkę Lokals: Yes. One hundred meters and… this hand (przy czym wymownie machnął lewą ręką wyposażoną w wysłużony pikacz) Christelle: Left? Lokas, machając tą samą łapką: This hand Może po grecku „this hand” znaczy w lewo, nie wiem… One hundred okazało się co najmniej fajf hundred, albo i dalej. Dobrze, że „this hand” się zgadzało i że nosiliśmy zegarki na tej samej kończynie górnej :)  ...

Read More
Flora i fauna ?
Cze18

Flora i fauna ?

Gdybym jeszcze wiedział co to za żyjątka i rośliniątka… Tak czy siak ładnie wyglądały to i wpadły do obiektywu....

Read More
Kreta: gdzie zjeść
Cze18

Kreta: gdzie zjeść

ΤΑ ΚΑΛΥΤΕΡΑ Jednego wieczoru wybraliśmy się na kolację do restauracji ΤΑ ΚΑΛΥΤΕΡΑ (chociaż tam co drugi lokal to „tawerna”). Pal licho, że ciężko było polecaną knajpę znaleźć, mimo iż dysponowaliśmy wizytówką zapchaną małymi, greckimi robaczkami. Próby dowiedzenia się jak trafić przypominały rozmowy ślepego z garbatym. Nie dość że w tym mieście ciężko się porozumieć na ulicy w języku innym niż grecki, to tabliczki z nazwami ulic są rzadkością, szczególnie poza centrum miasta. Wracając do dogadywania się: jakaś babcia patrząc na wizytówkę coś mamrotała po grecku, żeby na koniec powiedzieć „nicht tawerna” i odesłała do jakiejś lokalnej burgerodajni, bo tam za €3 można dobrze zjeść. Szliśmy w dobrą stronę, to nas zakamuflowana opcja niemiecka zbiła z tropu. W końcu po wielkich bólach trafiliśmy do celu, bogatsi o wiedzę, że mapka na wizytówce obejmuje promień może 200 metrów od lokalu. Kelner, miły chłopaczyna, jak na Greka mówił po angielsku dobrze (wait table = proszę poczekać przy stoliku) :) Kiedy powiedzieliśmy mu, że przychodzimy z rekomendacji konkretnej osoby zrobił coś, o czym Christelle opowiadała że jej znajomy też miał taką atrakcję (a ja jakoś nie moglem sobie tego wyobrazić). Mianowicie powiedział „come with me” i… zaprowadził nas do kuchni, otworzył lodówkę i powiedział, że to są świeże ryby i możemy sobie wybrać :) Słaba akcja? Wbić na kuchnię, żeby wybrać sobie potrawę? Porcje były ogromniaste, nie do przemielenia i bardzo smaczne. Mimo lokalizacji, wydawać by się mogło, na uboczu ruch w czasie „kolacyjnym” był duży. Przy kilku stolikach siedzieli jacyć „lokalsi” z popem na czele, więc chyba dobrze karmią.   Przy płaceniu było równie wesoło bo przecież w turystycznym regionie płatność kartą nie jest oczywistą oczywistością. 3 gości rozmyślało jak przyjąć zwykła kartę chipową. Gdzieś dzwonili, ktoś im tłumaczył co wcisnąć na terminalu. Wreszcie poszło!!! :) Na koniec, po zatwierdzeniu transakcji kodem PIN, poprosili o parafkę na wydruku z terminala. Nie wiem po co, bo i tak moja karta nie była podpisana:)   AMPHORA- PORT W CHANII Kolejne spotkanie z kuchnią grecką. Tutaj nie było żadnych przygód. Dogadanie się z obsługą nie stanowiło żadnego problemu. Nawet na zachętę potrafili powiedzieć „Pascal (Brodnicki) poleca”. Faktycznie, w jakiejś publikacji zamieścił swoją rekomendację. Nie kłamał. Zamówiliśmy Greek Mix, w skład którego wchodziły liście winogron, moussaka i inne łakocie. Wersja small, przewidywana dla dwóch osób to znowu porcja gigant. Czego jak czego, ale jadła na talerzach nie żałują. Strach pomyśleć ile się mieści na talerzu w wersji „large”. I całkiem dobrze o nich w necie piszą. EDIT: przy korekcie ocznej powstał mały rozdźwięk :) Christelle twierdzi, że „Pascal poleca” odnosi się do wydawnictwa Pascal. Jeżeli ktoś może pomóc rozwiać wątpliwość to będę wdzięczny. LIGO KRASI LIGO THALASSA Trzecim...

Read More
Majowa Lili
Maj11

Majowa Lili

...

Read More
Lili w czerniach
Mar16

Lili w czerniach

Dzisiaj dla odmiany będzie tylko BW....

Read More
Lili: kocie ruchy w obuwiu :)
Sty19

Lili: kocie ruchy w obuwiu :)

Tytuł posta niecnie ukradłem z FB Christelle :). Idealnie oddaje to co wyczynia ten brytan ;)   http://www.dailymotion.com/video/xwvov7...

Read More
W Muzeum Madame Tussauds
Gru24

W Muzeum Madame Tussauds

Muzeum Madame Tussauds nie mieliśmy w planach, ale skoro zgodnie z niemiecką „tradycją” atrakcja stanęła nam na drodze to zajrzeliśmy. Figury są rzeczywiście realistyczne.                          ...

Read More
Expresem przez Berlin
Gru23

Expresem przez Berlin

Immortalowy wypad do Berlina w telegraficznym skrócie: nocleg w Ibisie mega-super-hiper blisko dworca kolejowego (200-300 metrów) i hali (1,2-1,3km, 15 minut piechotą). To nie ja byłem autorem chytrego planu dojazdu i noclegu tylko moja Christelle. Lepiej wybrać nie można było:) Zupełnym przypadkiem trafiliśmy na obiad do typowego niemieckiego lokalu gdzie podawali jakąś zupę kartoflaną (całkiem dobrą) i currywursta berlińskiego (zjadliwe, ale bez rewelacji). Kelnerzy mają dziwny nawyk(?)- podają rachunek i sterczą w gotowości z portfelem… Żeby nie być gołosłownym to widok z okna hotelu na dworzec (niestety to ten po lewej;) Jako niespodziewany bonus nr 1 mogliśmy zobaczyć kawałek Muru Berlińskiego, albo raczej to co z niego pozostało. Akurat był po drodze. Jednak Niemcy wiedzą jak planować atrakcje, żeby się nie nachodzić za wiele:)   Drugiego dnia szybka wizyta na jednym (a nawet dwóch) z mniej więcej 60 !!! świątecznych jarmarków w Berlinie. Asortymentowo wygląda to podobnie jak w Warszawie pod PKiN tylko, że większą powierzchnię zajmuje. I bardziej czuć wszelakiego rodzaju zapachy ichnich wurstów. PLUS MILIONY MINIATUREK NA STRAGANACH. BARDZIEJ WYPASIONE, RĘCZNA ROBOTA CHODZĄ PO 400-500€ Jakoś nikomu nie przeszkadza robienie kasy (od metra handlarzy „ruskimi” czapkami wojskowymi) na dawnych czasach. Tylko nad Wisłą ludziom na dekle bije i nie potrafią tego wykorzystać.  ...

Read More
The Immortal Tour: Michael Jackson
Gru23

The Immortal Tour: Michael Jackson

Kilka zdjęć i krótkich filmów z koncertu (a może raczej widowiska multimedialnego) The Immortal Tour z berlińskiej O2 Arena 21.12.2012. Show niesamowity, podobało się:) Problem był tylko jeden: helmucko-jurgeńska ochrona pilnowała tak, jakby co najmniej prezydent był na scenie. Po raz pierwszy zakaz filmowania był zakazem przestrzeganym. Cały spektakl siedzieli przodem do widowni i strzelali latarkami po ludziach jak tylko wyczaili tymi kaprawymi ślepiami, że ktoś coś knuje. Niech siedzą i pilnują. Obie strony odniosły umiarkowany sukces: coś nagrałem, ale jakość jest raczej z dolnej strefy stanów średnich. Trudno, lepiej tyle niż nic....

Read More
Myszo-pies, czyli na śniegu Lili
Gru18

Myszo-pies, czyli na śniegu Lili

   ...

Read More
Bóg i Madonna
Sie17

Bóg i Madonna

     Mogło być śmiesznie, było jak zawsze… Trzech naczelnych egzorcystów kraju, specjalizujących się w dostawach energii elektrycznej do miejsc publicznych, zapowiedziało, że wzniesie modły do Boga, żeby elektryczność nie dotarła na Stadion Narodowy i żeby amerykańska piosenkarka, której egzorcyści czegoś nie lubią, miała pod górkę.  I w ogóle żeby wreszcie tę głupią i rozwiązłą wydrę trafił szlag! Tak sobie goście od demonów umyślili i się natężyli… Jak wiadomo, piosenkarka Madonna nie umie śpiewać bez nagłośnienia, czyli unplugged, więc naturalne było, że trzech dorosłych (?), wykształconych (?) i chcących w niektórych kręgach uchodzić za poważnych (?) fachowców w duchownych sukienkach postanowiło ten fakt w zmowie i porozumieniu z Panem Bogiem wykorzystać. Niespecjalnie się to im udało, rozgłosu ani pożytku nikomu nie przybyło, choć prawdą też jest, że niewielu ludzi potraktowało hucpiarzy na serio.    Egzorcyzmy przeciw artystkom same w sobie muszą budzić wesołość ptasich gniazd, ale skoro w naszym śmiesznym kraiku marszałek Sejmu Marek (to pełne nazwisko) wprowadza pod obrady parlamentu modły o deszcz, to czy nie dziwi nas, że tym razem obyło się bez ofiary z dziewic konsystorskich? Pojawiły się za to apele, by modlić się przeciw amerykańskiej Madonnie, co samo w sobie jest śmieszniejsze od komika Rewińskiego, bo jedyną modlitwą wymierzoną przeciw bliźniemu, jaka się kojarzy, były pacierze Pawlaka przeciwko Kargulom. Widać religijność nasza nie tyle łagiewnicką, co krużewnicką pozostaje i trzeba ją grubo strachem podszywać, żeby jaki taki posłuch w narodzie zyskać. Postraszył więc jeden biskup, wołając, że bluźnierstwo grzechem jest, choć prawda to znana. Kilkoro młodzianków niewinnych modlitewną krucjatę przeciw szansonistce nawet rozpoczęło, ale kiedy i jak ją skończyło, tego nie wie nikt. Na szczęście stary Bóg, siłą rzeczy ciut niedosłyszący, nie potraktował ani jednych, ani drugich poważnie i zajął się widać poważniejszymi sprawami. Koncert Pani Madonny za to odbył się bez przeszkód; jednym się podobał, drugim nie, ale widziały gały, co brały.     Można by machnąć na dewocję, egzorcystów, red. Terlikowskiego i biskupa Hosera, a nawet młodzianków świętych niepotrzebnie niewinnych, bo cała ich religijna potencja funtów kłaków okazała się warta. Podobnie krzyki, że Amerykance nie wolno śpiewać w rocznicę Powstania Warszawskiego, jakie wznieśli stołeczni bigoci, nie byłyby godne wzmianki, gdyby nie fakt, że powstaniu i powstańcom naprawdę tego dnia uchybiono. I nie na Stadionie Narodowym, ale nad powązkowskimi grobami, gdzie nawet w najczarniejszych latach, kiedy nie tylko powstaniu odmawiano racji, ale i powstańców odzierano z godności, zawsze królowała powaga, siostra szacunku. Dziś nad grobami trwa żałosny jazgot, i to nie w wykonaniu onej pieśniarki, ale jedynych w swoim rodzaju „prawdziwych” patriotów. Gwizdy i buczenie, lżenie słowem, okazywanie pogardy demokratycznym władzom i hałaśliwy aplauz dla własnych partyjnych kacyków raziły uczucia zwykłych ludzi głębiej i boleśniej, niż...

Read More